CZĘŚĆ II · ROZDZIAŁ 38

Czasy Eliasza

KONRAD TOMASZ

1. Czasy Eliasza i pomieszanie religii

(1)

„Kiedy schodzili z góry, uczniowie zapytali Jezusa: Czemu więc uczeni w Piśmie twierdzą, że najpierw musi przyjść Eliasz? On odparł: Eliasz istotnie przyjdzie i naprawi wszystko” (Mt 17, 10–11).

Żyjemy w czasach Eliasza, w czasach prorockich. Chrześcijańskie wspólnoty o charakterze prorockim, charyzmatycznym rozwijają się w skali, którą można określić tylko jako cud Boży. Jest w nich obecnie kilkaset milionów wiernych. Są to żywi Eliasze przepowiadający Królestwo Niebieskie.

Żyjemy w czasach Apokalipsy, czyli Objawienia. Bóg, Święta Maria, święci, aniołowie objawiają się ludziom i dają znaki poprzez cudowne manifestacje na całym świecie. Jest bardzo wielu mistyków z nimi rozmawiających i otrzymujących tzw. objawienia prywatne. Te znaki stają się niemal masowe. To naprawdę jest czas wielkiego objawienia.

To ogromne wołanie Boga poprzez proroków i mistyków ma swoje uzasadnienie w zbliżającym się końcu czasów. Ludzie swoimi grzechami zniszczyli swój piękny świat. W miejsce wody od Wodnika, którego sobie wymyślili i czczą, Kosmos odpowie suszą i ogniem z nieba. To też znak Eliasza, proroka ognia, lecz to nie Bóg jest sprawcą tego żywiołu, tylko grzech ludzki.

Konieczne należy więc wpatrywać się w Boga. Świata nie da się już uratować i będą się działy rzeczy straszne, co stanowi skutek ludzkiego zła, którego suma jest przerażająca. Trzeba się nieustannie ofiarować Bogu, modlić się, adorować Go. Cokolwiek się stanie, należy przyjmować i oczekiwać odrodzenia w Nowym Stworzeniu. Kosmos się oczyści kosztem ludzi, którzy go zanieczyścili. Jedyna nadzieja w Bogu.

(2)

Skoro są to czasy Eliasza, to powinniśmy rozważać, jakie pouczenia płyną z jego biblijnej historii. Był on największym spośród wszystkich proroków. Biblia dla Izraelitów w czasach Chrystusa dzieliła się na dwie zasadnicze części – Prawo i Proroków. Prawodawcą był Mojżesz, a modelowym typem proroka Eliasz. Widzimy ich obu przy Chrystusie na Górze Tabor, co oznacza jedność Starego i Nowego Przymierza.

(3)

Czasy Eliasza czasami podwójnej religii

Jak kiedyś w Izraelu pozbyto się kapłanów i wiary w Boga, tak jest i dziś na świecie. Rządzi Achab, czyli władza publiczna, która nie liczy się z Bogiem i sumieniem. Panuje też Jezabel, wiedźma czcząca demony i prześladująca zdrową wiarę. Duch Achaba i Jezabel bezlitośnie wypiera dobrą religię i wiarę.

Dla Izraelitów przyjmowanie obcych religii wiązało się z rozprzężeniem moralnym – były one po prostu mniej wymagające. Ówczesne religie bliskowschodnie nie zawierały wyrafinowanych kodeksów moralnych. Wytwarzały praktyki z gruntu niemoralne. Przykładowo w samym Babilonie kult Isztar w przypadku każdej z kobiet obejmował obowiązek dokonania aktu prostytucji, a z uzyskanych w ten sposób pieniędzy złożenia ofiary bogini. Kwitły ofiary z ludzi, szczególnie z własnych dzieci, mające zaskarbić powodzenie w interesach lub innych zamysłach. W imię religii dokonywano najróżniejszych grzechów, które Bóg na kartach Starego Testamentu wyrzuca ościennym narodom. Nie zarzuca im jednak samego kultu obcych bogów, bo przecież tamtym ludom jeszcze się nie objawił. Z kolei dla Izraelity poszukiwanie pomocy i wybawienia w kulcie sił natury, względnie złych mocy upostaciowanych w bogach narodów ościennych, było niesamowitą i fundamentalną obrazą Jedynego Boga. Do tego dochodziły grzechy popełniane w ramach tych obcych kultów.

W takich czasach przychodzi Eliasz. W jego kraju, Izraelu, panuje wyjątkowo ponura, typiczna para władców – obcego pochodzenia ladacznica i czarownica, królowa Jezabel, oraz jej mąż, tyran, złodziej i morderca, odstępca od wiary w Boga, Achab. Achab i Jezabel to symbole degeneracji władzy państwowej w samowoli, rozpuście, czarostwie i przemocy religijnej. Dziś nazwalibyśmy to totalitaryzmem rozpusty, bezprawia i odstępstwa od wiary. Ta para władców jest odpowiedzialna za wymordowanie kapłanów Boga i osadzenie w ich miejsce kapłanów Baala i Aszery. Achab i Jezabel to postaci historyczne, a przy tym symbole zła. W Księdze Apokalipsy Jezabel to figura pseudoprorokini zwodzącej wiernych w stronę nierządu i spożywania ofiar składanych fałszywym bogom, czyli uczestniczenia w tych ofiarach (por. Ap 2, 20–23).

Niegdyś panowała tyrania duchowa. Kiedyś rządził Achab opętany swoją władzą. Dziś rządy powszechnie tyranizują ludy. Poprawność polityczna wyznacza sposób myślenia. Ponad rządami funkcjonują środowiska niezmiernie bogate i wpływowe, bez trudu manipulujące całymi państwami i działające na rzecz zniszczenia chrześcijaństwa, a w zamian zaprowadzenia rządów grzechu i zepsucia. Wydaje się, że centralną postacią tych grup jest pewien znany ze swojej bezwzględności w interesach miliarder. Jego realna władza nad ludźmi znacznie przekracza oddziaływanie pojedynczych rządów i wszelkich innych grup wpływów. To postać bez precedensu w historii.

Herod to jakby kontynuator Achaba, także potężny władca, który umocnił kraj i znacznie go rozbudował, przy tym tyran i okrutnik pozbawiony wiary w Boga. Nasze czasy to też rozpusta, kpina, śmiejące się z Boga potomstwo Heroda. Współcześni ludzie to biblijni herodianie, rozpasani, zajęci głupią zabawą dla zabawy. Dziś umysłami rządzi duch Jezabel, usuwa się wiarę i prawdziwych kapłanów. Czczone są złe duchy w postaci pogańskich bogów czy magicznych mocy. Jezabel była złą królową: czarownicą, rozpustnicą i morderczynią. Stanowiła apogeum zła, a także typ zepsucia, nierządu w każdym wymiarze, również duchowym. Właśnie Jezabel jest fałszywą prorokinią dla naszych czasów, jej przesłanie bardzo głęboko osadziło się w ludzkich umysłach. Wyuzdanie (rozpusta, pornografia, zboczenia, gender) stało się obowiązującą religią, której nie wolno się przeciwstawiać pod karą wymierzaną przez usłużne sądy. Czary, ezoteryzm, tzw. medytacje wschodnie powodujące wzrost mocy magicznych stały się jedyną dostępną i wyobrażalną religią, innej już się właściwie nie praktykuje, jeśli chodzi o prywatną, osobistą praktykę duchową. Nawet księża uczą dziś jogi, zen i mieszają to z chrześcijańską duchowością.

Istotą zepsucia religijnego Izraelitów było to, że naraz uprawiali dwie religie – własne obrządki ku czci Boga Izraela oraz ryty na cześć Baala i Aszery. Obecnie to także jest problemem chrześcijan, którzy niby wierzą w Boga, a nawet jeszcze chodzą w niedziele do kościołów, ale w domach zajmują się, jeśli w ogóle jakąś duchowością, to obcą, wynikowo wrogą Bogu. Nasze czasy są niemal identyczne jak czasy Eliasza. Na wiele sposobów, także poprzez władze państwowe, usuwa się wiarę w Boga (tam, gdzie była obecna), a w to miejsce wprowadza się obce światopoglądy i wierzenia, jakie proponuje New Age i podobne środowiska.

Na ołtarzach złej religii zniszczono już ponoć dwa miliardy istnień ludzkich. Masowo dokonuje się tzw. aborcji, czyli zabijania dzieci. Zwyrodniałe kobiety, żeby nie przerywać sobie rozpusty, czyli kultu Aszery, dla zabawy, zabijają własne dzieci. Żaden nienormalny kult antyczny Baala, Molocha itp. nie pochłonął tylu istnień ludzkich w ramach ofiar, co dzisiejsza religia lubieżności.

(4)

Eliasz i kapłani Baala i Aszery

Król wymordował kapłanów Boga Izraela. Eliasz za jego odstępstwa wstrzymał na całe lata deszcze w kraju. Występna para królewska nie zrozumiała, że oto Bóg w ten sposób coś do nich mówi, zamiast tego postanowili się zemścić na proroku i go zamordować. Bycie ściganym, szczutym, marginalizowanym przez władze i opinię publiczną, mordowanym to niestety nie jest nic niezwykłego w sytuacji proroków Boga. Apogeum tego procesu stanowiła historia Chrystusa, który także wykonywał pracę prorocką, głosząc nawrócenie i przypominając o tym, że to nie Herodowie i cesarze są ostateczną władzą.

Z czasem Eliasz zaproponował eksperyment duchowy. Cały lud miał się zebrać pod górą Karmel i patrzeć, co się wydarzy. Kapłani Baala mieli złożyć mu ofiarę i sprawić, aby strawił ją ogień z nieba. Próbowali, stosowali wszelkie praktyki duchowościowe, prorokowali, nawet podejmowali wielkie poświęcenia ascetyczne, kaleczyli się tak, że stali się pokrwawieni. Baal jednak milczał. Wtedy Eliasz złożył ofiarę, którą pochłonął płomień z nieba. Bóg ukazał swoją moc i obecność całemu ludowi. Baal nie dokonał niczego. Eliasz, zabijając odstępców w osobach proroków Baala, wykonał na nich przypisany Torą wyrok.

Podwójna religia Izraelitów stała się przyczyną ich upadku, głodu, suszy i zapewne kary po śmierci. Bóg nakazał takie praktyki z całą surowością oddzielać od właściwego kultu i odrzucać. Ludzie poświęceni Bogu – kiedyś obrzezani, dziś ochrzczeni – żadną miarą nie mogą popadać w podwójny kult tego typu. Jest to fundamentalna wina.

(5)

Drugi Eliasz

Eliasz przyszedł przed nauczaniem Chrystusa jako naśladujący oczyszczenie ludu Jan Chrzciciel. Zastąpił on Eliasza w wielkości, o czym świadczy chociażby fakt, że Chrystus nazywał go największym z narodzonych ludzi; stał się też największym prorokiem. Jan chrzcił Żydów. Chrzest był i jest obrządkiem, w którym przyjmowali oni do swojej wspólnoty wiary pogan. Jeszcze i dziś można być w ten sposób ochrzczonym, jeśli przystaje się do religii judaistycznej. Jan jednak chrzcił Żydów. To znamienne, bo w ten sposób traktował ich jako pogan. Oczyszczał ich ze światowych, bezbożnych naleciałości, które realizują się w grzechach.

Eliasz oczyszczał lud z pogaństwa nauką i cudami. Jan oczyszczał dusze. Ostatnie czasy Eliasza powinny być zatem oczyszczeniem umysłów i świadomości z innowierczych wpływów.

(6)

Prorok w sporze z władzą człowieka

Król Achab miał się za boga – ten problem dotyka każdej ludzkiej władzy. Miara samoubóstwienia jest miarą odczłowieczenia. Tak samo zrobiły demony, zastępując wolę Boga samowolą, przez to straciły swoja anielską naturę.

Dzisiejsze ośrodki władzy publicznej to: państwo, autorytety społeczne, media, celebryci rządzący świadomością mas i naukowcy. Wszyscy oni przypuścili ofensywę przeciwko Bogu. Ludzie uznali siebie za ostateczną rzeczywistość, istoty, ponad którymi nie ma wyższego bytu, co sprawia, że mają siebie za bogów. W realiach demokracji władzą jest całe społeczeństwo, które dopuszcza się samoubóstwienia. Wobec tego, że media przekształciły świat w globalną wioskę o zbliżonej mentalności, cała ludzkość stała się na naszych oczach tworem samoubóstwiającym się, oddanym rozpuście i wszelkim żądzom jak niegdyś Achab i Jezabel.

Skoro musimy uczyć się od Eliasza, to powinniśmy jasno odciąć się od współczesnej walki z wiarą i Bogiem w ogóle. Trzeba przywrócić najpierw w samych sobie właściwy porządek rzeczy, uznać życie społeczne i polityczne za zupełnie zepsute. Nie można stale tkwić w rozdwojeniu ani niepewności, należy z zapałem Eliasza jasno się określić po stronie Boga, a odrzucić wiary i praktyki obce, występne.

(7)

Sprowadzenie suszy i ognia

Pod wpływem grzechu buntuje się przeciw człowiekowi nawet przyroda, o czym pisałem już wcześniej. Chaos i zniszczenie w ludziach przenoszą się na poddaną nam rzeczywistość materialną.

Co ciekawe, czytałem gdzieś, że Baal był bogiem burzy, czyli władcą deszczu i wegetacji. Tego typu bogów na Bliskim Wschodzie czczono pod postacią młodych byków kojarzących się z witalnością; także Izraelici odlali sobie złotego byka, aby go czcić. Eliasz zakpił z tego kultu, wywołując suszę. Potem ostatecznie z niego zadrwił, żądając pioruna z nieba, który zgodnie z charakterem Baala powinien się pojawić. Nie było go. Dopiero Bóg Izrael zesłał taki ogień, dowodząc, że to On jest Bogiem deszczu, wegetacji, witalności i w ogóle życia. Później takim ogniem z nieba Bóg obronił Eliasza, tym razem paląc siepaczy królewskich wysłanych przeciw prorokowi.

Dziś żyjemy w podobnych czasach. Nawet kapłani Boga i papież skłaniają się coraz bardziej otwarcie w stronę Ducha Świata; zaczęli praktykować religie naturalne, a proces ten zapoczątkowała Paczamama. Zwykli ludzie tak się pogrążyli w światowej gonitwie za majątkiem, pozycją i uznaniem, że zupełnie wyrzucili Boga z kultury i przekazu. Winna temu jest Europa jako opiekunka wiary, która przerażona własnymi zbrodniami (kolonializm, ludobójcze ideologie i wojny światowe) wyparła się samej siebie, w tym wiary, którą miała się opiekować. Zachód pogrążył się po tej klęsce w wyuzdaniu, narkomanii i wszelkiej rozpuście.

W sprawach metafizycznych panuje magia i praktyki innowiercze, które wypierają zdrową wiarę. Nasze czasy są o wiele gorsze niż te niegdyś w Izraelu, bo tam to władcy narzucali zło, a lud odnosił się do ich działań różnie. Dziś władcy (rządy i elity) także narzucają zło, ustawicznie propagują ateizm i szyderstwo z wiary, ale wiele niewiary jest w zwykłych ludziach. Skala nieprawości i zdrady wydaje się bezprecedensowa w dziejach. Właśnie zdrada ludu niegdyś chrześcijańskiego okazuje się najboleśniejsza, a przecież udzieliła się ona całemu światu, który się ateizuje.

Warto pomyśleć, czy jest prawość w tym pokoleniu, czy są sprawiedliwi w takiej liczbie, żeby ogień Boga nie spadł na świat. Czy żyją wśród nas zainteresowani Jego Prawem, Przykazaniami, czy raczej jest to lud o bezczelnych twarzach i hardych sercach pogrążony we wszystkich rodzajach nierządu duchowego i cielesnego. Twierdza Trójcy Świętej, Polska, właśnie powoli upada, choć jeszcze broni się resztkami sił. Czas się już niemal dokonał.

Duch Eliasza, który już jest na świecie, przyniesie potop ognia, co już się zaczęło. Odpowiedzialnymi za to wszystko są wyłącznie dzisiejsi ludzie, którzy pragną piekła i upajają się swoimi grzechami, wskutek czego piekło coraz potężniej włada światem. Temperatura rośnie, woda paruje, wysychają lasy i niszczeje cała roślinność. Ogień gęstnieje na świecie. Pogłębia się susza w wielu miejscach, także w Polsce.

Skoro ludzie wybrali Wodnika (patrona New Age), to niech im teraz pomoże w gorącej suszy, niech im da wody do picia. Wieki temu Baal jako bożek deszczu przecież tego nie uczynił. Bóg wzbudza w ludziach żar duchowy, żar miłości, modlitwy, ci jednak go nie przyjmują. Ten żar wysypuje się zatem na nich. Straszne są prawa Kosmosu, ale niewzruszone. Wybrali Wodnika, otrzymają żar. Niegdyś wielbili Baala, bożka burzy i deszczu, ale on im nie dał deszczu przez lata suszy za Eliasza. Nie zesłał też ognia z nieba. Teraz nowym Baalem jest Wodnik. Mają to, co wybrali. Giną przez swoje decyzje.

Na zmiany z żarem pojawiają się ulewy i powodzie. Oba żywioły są jakoś strasznie nienaturalnie poruszone. Behemot i Lewiatan przestały być łagodne i podniosły się przeciw człowiekowi.

(8)

Nauka o innowiercach

W historii Eliasza jest też mowa o samych innowiercach. Na pozór to przedziwna nauka. Wiemy, że są dwa porządki duchowe:

• naturalny kanaanitów z ich magią, rozpustą i kultem siły,

• nadnaturalny Eliasza, oparty na objawieniu się Stwórcy.

Jak była mowa powyżej, Bóg Trójjedyny jest przeciwny jakimkolwiek innym kultom. Stanowią one Jego największą obrazę i prowadzą do samobójstwa duchowego dla danego człowieka, społeczności i ludzkości w ogóle. To nie podlega żadnym wyjątkom. Praktykowane dziś – jak za czasów Eliasza – pomieszanie obu tych porządków wywołuje najcięższe reakcje Boga i przyrody. To wszystko jest bardzo stanowcze i jednoznaczne.

Co jednak z samymi innowiercami? Odpowiedź znajdziemy również w historii Eliasza. Bóg posyła proroka do domu wdowy z Sarepty Sydońskiej, czyli Fenicjanki. To jej Bóg powierzył dzieło goszczenia Eliasza, a ona była posłuszna. Zadziwiające, że Bóg nie znalazł tak posłusznej osoby wśród ludu Izraela uchodzącego za wierny, przez co wybrał tę pogankę. Wiele wieków później Chrystus przypomni te okoliczności, żeby wyrzucać Izraelitom ich występki oraz podważać ich pychę opartą na przynależności do narodu, formalnie rzecz biorąc, wierzącego w Boga.

Zadziwia w tej historii, jak wyraża się szacunek dla pobożnych porządnych ludzi spoza grona nominalnie wierzących i przynależących do Ludu Bożego. Tylko ta wdowa otrzymała chleb (mąkę i oliwę) z nieba przez ręce Eliasza wprost od Boga, choć nie dostała go żadna wdowa izraelska, gdzie przecież panował głód. Bóg wyróżnił jedną Kanaanitkę, a odsunął Izraelitki. Wybrał nie tę formalną zewnętrzną wiarę Izraelitów, często pustą i obraźliwie pomieszaną z pogaństwem, znajdując dom dla swojej łaski u pobożnej poganki, oddanej Mu swoją pokorą, wewnętrzną poczciwością – to ta kobieta przeszła próbę wiary i posłuszeństwa. To zadziwiające, że ta poganka nazwała Eliasza mężem Bożym, a to znaczy, że widziała w nim więcej, niż dostrzegał cały Izrael.

Później przyszedł czas drugiej próby – śmierć syna, jej jedynej pociechy w życiu. Wtedy kobieta buntowała się, oskarżając Boga i proroka. Jednocześnie wyznała jakąś dawną winę, a swoje nieszczęście połączyła z nią oraz mocą Boga karania za grzechy. Powiedziała: „Czego ty, mężu Boży, chcesz ode mnie? Czy po to przyszedłeś do mnie, aby mi przypomnieć moją winę i przyprawić o śmierć mego syna?”. W tych słowach brzmi wielka gorycz po utracie dziecka, ale jednocześnie naprawdę głębokie wyznanie wiary. Wdowa wiedziała, że Bóg Izraela jest panem życia i śmierci, że karze za grzechy. Na głos wyznała swoją winę przed Eliaszem. Pamiętamy, że wcześniej ten prorok sprowadził karę za grzechy na cały lud izraelski, ale nikt, nawet jeden, nie widział w tej sytuacji swojej winy. Jedynie ta Fenicjanka uznała w sercu Boga Izraela de facto za najwyższą władzę nad światem – władzę zakończenia życia ludzkiego i karania za przewiny. W historii Izraela te dwie zdolności Boga są bardzo podkreślane, zwłaszcza przy okazji wyjścia z Egiptu, gdy władza odbierania życia pierworodnym synom sprawiła, że Egipcjanie wypuścili Izraelitów z niewoli. Później Bóg wychowywał swój naród karami za grzechy. Jednak w tamtym czasie to nie lud formalnie Boży przyjął do wiadomości wielkość Boga, tylko ta jedna Fenicjanka.

Nawet jej gorycz i wewnętrzny bunt wybrzmiały w tonie rozpaczy i rezygnacji oraz wołania o pomoc, a nie wojny z Bogiem i prorokiem. Kobieta nie wyrzuciła Eliasza z domu, choć krzyczała z bólu nad swym losem. W odpowiedzi poruszyła serce nawet poważnego i potwornie doświadczonego proroka, który wyszedł ze skorupy swojej krzywdy i zlitował się nad biedaczką, oddającą mu życie swoje i dziecka, a także dzielącą się z nim ostatnim kawałkiem chleba. Jak zwykle takie wołanie znajduje pocieszenie, bo jest wołaniem bez nienawiści, walki i gniewu. W wyniku modlitwy Eliasza chłopiec wrócił do życia. Było to o tyle dziwne, że Izraelici – prorocy Baala i królewscy żołnierze – jedynie ginęli z jego ręki. U Fenicjanki za sprawą Eliasza stał się cud odwrotny – dziecko wróciło do życia.

Bóg widzi serca i dusze i sam ocenia, które są mu bliskie. Patrzy inaczej niż ludzie. Izraelici lubili się przechwalać, że są potomkami Abrahama, czyli niejako z automatu doskonałymi i zbawionymi. Bóg, mając takich oficjalnych wyznawców, znalazł miejsce dla swoich łask u formalnych innowierców, którzy w głębi serca nosili wiarę doskonałą, chociaż miewali skomplikowane i nieświęte życiorysy.

(9)

Eliasz zmusił lud do wybrania wyłącznie wiary w Boga Izraela. Zarzucał mu, że czczono zarówno Boga, jak i baale, chwiejąc się na dwie strony. Później paradoksalnie się okazało, że wiarę doskonałą miała wyznawczyni Baala z innego narodu. Historia Eliasza stanowi dla nas przedmiot do namysłu. Lud izraelski niby wierzył w Boga, ale w sercach czcił zmyślonych bogów naturalnych. Fenicjanka wraz ze swoim ludem niby wyznawała baale, ale w duchu nosiła wiarę w Boga.

Ta historia zupełnie przewartościowuje to, jak sami siebie oceniamy jako wierzący (niby), a także zmusza nas do refleksji nad sposobem, w jak powinniśmy czasem spojrzeć na niektórych formalnych innowierców, którzy jednak mimo przynależności do oficjalnie mylnych religii mogą nas przerastać pod względem autentycznej wiary w Boga jako Pana, Sędziego i Wybawcę. To dziwne, ale formalnie wierzący chrześcijanie muszą się niekiedy uczyć wiary od formalnie niewierzących. Bóg jest wielki – tego żaden człowiek by nie wymyślił.

Właśnie czasy Eliasza, takie jak nasze, wymagają nowego spojrzenia na te sprawy i uznania, że Bóg czasem każe nam się uczyć wiary i pokory od ludzi formalnie nieznających wiary w Niego, a jednak dzięki intuicji mających ją w doskonałej postaci. Widać, jak Bóg kocha ludzi innych religii, jednocześnie nie dozwalając na przejmowanie ich religii.

2. Eliasz i Kosmos

(1)

Historia Eliasza ilustruje, jak świętość ludzka oraz łaska Boga zbliżają do siebie Stwórcę, człowieka i przyrodę. Dzieje proroka mają zatem wymiar kosmiczny.

(2)

Kruki karmią Eliasza

Bóg sprawił, że Eliasz ukrywający się w odludnym miejscu zaopatrywany był w jedzenie przez kruki. Przyroda wspomaga ludzi, uczestniczy w dziele zbawienia, ale jednocześnie potrzebuje człowieka. Nowy świat będzie dla niej wybawieniem od zniszczenia i upodlenia w nieustającym wzajemnym mordowaniu się zwierząt. Pokój w przyrodzie został zastąpiony wojną na skutek zaburzenia stosunków przez grzech człowieka.

Niektóre kultury propagują zasady oparte na nieszkodzeniu zwierzętom, w tym zachęcają do niejedzenia mięsa. Dziś wegetarianizm ma niewielki sens moralny, ale jednocześnie nie zakazuje się jego uprawiania. Takiemu stylowi życia może towarzyszyć pewne poczucie wzniosłości, ale jeżeli już się pojawia, to nie powinno być uwarunkowane postawą wobec zwierząt, tylko stanem ducha samego człowieka, która przestaje być drapieżny. W ten sposób żywią się niektórzy zakonnicy. Osobiście przez dwa lata byłem jaroszem i dobrze wspominam ten okres. Przede wszystkim stonizowały się moje emocje i znacznie złagodniał mi temperament, zapewne w wyniku niespożywania hormonów z mięsa. Problemem u wegetarian jest jednak niedobór białka, jeśli nie dostarczają go organizmowi odpowiednio dużo, a to wywołuje pewien specyficzny rodzaj stresu, czego także na sobie doznałem. Niedobory dietetyczne są wykorzystywane w niektórych sektach do osłabiania woli ich wyznawców i ich psychicznego podporządkowania. Kruki przynoszą Eliaszowi mięso, nie ma zakazu jego spożywania, nowy świat jeszcze nie nastąpił, a one same są drapieżnymi ptakami. Żyjemy w przedświecie, to jeszcze nie jest świat zbawiony. Musimy radzić sobie najlepiej, jak się da, i nie udawać, że możemy swoimi siłami wznowić rajskie stosunki z przyrodą, dziś to niewykonalne. Dopiero Chrystus odnowi ziemię, gdy powróci. W nowym świecie lew będzie pasł się z barankiem, a cała przyroda, nie tylko ludzie, odzyska swoją niewinność, pokój i harmonijne piękno.

W historii Eliasza i kruków widzimy, że zwierzę stało się przyjacielem i wspomożeniem człowieka. To cud chwilowego nadzwyczajnego przywrócenia harmonii, kiedy to człowiek – pan przyrody – był rozpieszczany przez posłuszne zwierzęta, które go karmiły.

(3)

Później nastąpiło rozmnożenie mąki i oliwy u wdowy z Sarepty (por. 1 Krl 17, 14–16) oraz wskrzeszenie jej syna (por. 1 Krl 17, 17–24). Eliasz znalazł zrozumienie u poganki. Jezus wspomniał o tym, gdy Żydzi powoływali się na swoją wyższość. Jezus jej zaprzeczył. To ważne. Bóg z jednej strony walczył z ponurymi kultami zmyślonych bogów. Z drugiej jednak otaczał troską intuicyjnie pobożnych pogan w osobie wdowy i jej syna. Karmił ich pospołu ze swoim prorokiem. Wreszcie wskrzesił dziecko, ukazując, że jest panem życia i śmierci.

Widzimy, jak materia pożywienia, a później ciało człowieka są posłuszne swojemu Stwórcy. Dziś wielu zaprzecza cudom, nawet jeśli dzieją się wokół nich. Wręcz ukuto taki sposób myślenia, w którym cud traktowany jest z kpiną i powątpiewaniem. Dotyczy to też wielu nominalnych chrześcijan. Ludzie tacy uważają, że cuda Boże naruszają prawa natury. Tymczasem naturą świata jest bycie Bożym cudem. Nie ma niczego bardziej naturalnego niż to, że Bóg czyni cuda. Rozmnożenie pożywienia i zwycięstwo nad śmiercią ciała przypominają nam o raju, gdzie nie było śmierci ani głodu dzięki stale działającej łasce Boga. Jest to też zapowiedź Nowej Ery Chrystusa.

(4)

Sprowadzenie ognia z nieba na ofiarę

Ogień jako symbol boski zjada ofiarę i unosi ją z dymem i ciepłem do niebieskiego wyższego świata. Ofiara ogniowa jest ważna w Wedach, a Agni jako bóg przyjmujący takie ofiary był najważniejszą mocą obok Somy – przeciwnej mu żeńskiej, mokrej i oszałamiającej mocy boskiej. To najważniejszy, potężny, nieokiełznany żywioł, źródło życia, ruchu. Ogień u Heraklita to sama istota świata w jego nieustannej przemianie. Przemiana zaś to czas. Ogień to też aktywność przeciwna pasywności wody. Piorun był podstawowym atrybutem głównych bogów jako zwiastun burzy i deszczu dających życie ziemi. Piorun, czyli ogień z nieba, to ruch, który porusza materią, zmienia ją. Daje życie i je odbiera, gdy wywołuje pożary, trafia w człowieka. Także Słońce jest ogniem. Ogień płonie w żywych organizmach i je ogrzewa, cały czas w każdej naszej komórce trwa utlenianie, które warunkuje nasz ruch i ciepło. Ogień to żywioł, moc życia.

Ogień to dar Boga. W nocy chronił od drapieżników, dawał światło, ciepło i przygotowany z jego pomocą pokarm. Jest najistotniejszym elementem tego, co z czasem stało się domem. Ognisko, później ognisko domowe, gromadzi wokół siebie ludzi, którzy tworzą domową wspólnotę miłości.

Żar duchowy to żar ofiary składanej przez człowieka Bogu z siebie. Ten żar to też asceza, wypalenie z życia światowego nalotu. Asceza i ofiara wskazują nam rolę materialnego świata: jest on po to, aby człowiek miał co ofiarować Bogu. Dostał go, aby go zwrócić, by był darem. To przedmiot wzajemnego obdarowania. Najpierw Bóg dał go człowiekowi, a potem człowiek oddaje go Bogu. Najpóźniej robi to w godzinie śmierci, ale lepiej oddać go wcześniej. Krótka modlitwa oddania każdej konkretnej sprawy Bogu jest najpiękniejszą ofiarą: Panie Jezu, oddaję to… Tobie! Każdy trud, każdą łzę, każdą radość, każdy problem i utrapienie. „Przyjedźcie do mnie, którzy jesteście utrudzeni i utrapieni, a Ja was pokrzepię”. Bóg przyjmuje w ofierze nawet nasze winy, choć je najmocniej tulimy przy sobie i powtarzamy w zniewoleniu grzechem. Właśnie je Bóg przyjmuje najchętniej, aby nas wyzwolić z ich mocy. To jest nowa ofiara całopalna – ofiara człowieka z jego całego życia, tak aby miłował Boga całym sobą, nie pozostawiając sobie samemu już niczego. To nowy ogień duchowy.

Ogień to żywioł, który ma duże odniesienia duchowe. Duch Święty, czyli Bóg działający na ludzi, symbolizowany jest przez ogień. W Indiach wielkie znaczenie ma tapas, żar duchowy, obecny także w Nasadiya Suktam. Ogień ma tak wielkie znaczenie w historii Eliasza, że nazywany jest on prorokiem ognia. Susza i upały, które sprawił swoim słowem, to też ogień pochodzący ze Słońca, które może niemiłosiernie palić w tamtym klimacie. Widzimy, jak święty człowiek panuje nad żywiołami ziemi.

(5)

Rozdzielenie wód Jordanu

Eliasz uderzył płaszczem wody Jordanu, a te się rozdzieliły. Chwilę później jego sukcesor w dziele prorockim tym samym płaszczem czyni to samo. Przyroda słucha człowieka, gdy jest blisko Boga. Eliasz władał ogniem i wodą, kiedy służył Bogu. Ziemia była mu posłuszna, bo reprezentował Stwórcę.

(6)

Odejście na ognistym rydwanie do nieba

Eliasz nie umiera, tylko odchodzi z ciałem do nieba. Doskonale oczyszczony z przywiązań ziemskich trafia razem z ciałem do wieczności. To jest wielki symbol teologii ciała, która zaprzecza dualizmowi niektórych religii traktującemu ciało jako chwilowy wehikuł duszy – jaźni. Ciało ma się jedno, a jego zadaniem jest służba duszy, o ile człowiek odpowiednio zajmie się duchowością.

Wielu dziś żywych stanie przed Bogiem, nie zaznawszy śmierci. Muszą być na to gotowi, równie czyści jak Eliasz. Rolą duchowości jest przygotowanie na spotkanie z Bogiem.

3. Eliasz nauczycielem duchowości

(1)

W naszym czasie świat bardzo poszukuje mistyki. Tradycyjnie jej nauczycielem był Eliasz. Jego dziedzictwo stanowi najpierw życie pustelników judaistycznych na Karmelu, a później – tamtejszy klasztor chrześcijański, wynikowo duchowość karmelitańska zgromadzeń zakonnych oraz wielu świeckich.

Postać Eliasza to biblijny typ aż dwu ważnych zjawisk w religii – proroka i mistyka. Całość objawienia sprzed Chrystusa streszcza się w terminach „Prawo” i „Prorocy”. Eliasz jako największy prorok jest drugą kluczową dla objawienia izraelskiego postacią po Mojżeszu, przy tym jawi się jako nauczyciel duchowości.

(2)

Nauka duchowości proroka Eliasza

„Kiedy Achab opowiedział Izebeli wszystko, co Eliasz uczynił, i jak pozabijał mieczem proroków, wtedy Izebel wysłała do Eliasza posłańca, aby powiedział: «Chociaż ty jesteś Eliasz, to jednak ja jestem Izebel! Niech to sprawią bogowie i tamto dorzucą, jeśli nie postąpię jutro z twoim życiem, jak się stało z życiem każdego z nich». Wtedy Eliasz, zląkłszy się, powstał i ratując się ucieczką, przyszedł do Beer-Szeby w Judzie i tam zostawił swego sługę, a sam na odległość jednego dnia drogi poszedł na pustynię. Przyszedłszy, usiadł pod jednym z janowców i pragnąc umrzeć, rzekł: «Wielki już czas, o Panie! Odbierz mi życie, bo nie jestem lepszy od moich przodków». Po czym położył się tam i zasnął. A oto anioł, trącając go, powiedział mu: «Wstań, jedz!» Eliasz spojrzał, a oto przy jego głowie podpłomyk i dzban z wodą. Zjadł więc i wypił, i znów się położył. Powtórnie anioł Pański wrócił i trącając go, powiedział: «Wstań, jedz, bo przed tobą długa droga». Powstawszy zatem, zjadł i wypił. Następnie mocą tego pożywienia szedł czterdzieści dni i czterdzieści nocy aż do Bożej góry Horeb.

Tam wszedł do pewnej groty, gdzie przenocował. Wtedy Pan skierował do niego słowo i przemówił: «Co ty tu robisz, Eliaszu?» A on odpowiedział: «Żarliwością rozpaliłem się o chwałę Pana, Boga Zastępów, gdyż Izraelici opuścili Twoje przymierze, rozwalili Twoje ołtarze i Twoich proroków zabili mieczem. Tak że ja sam tylko zostałem, a oni godzą jeszcze i na moje życie». Wtedy rzekł: «Wyjdź, aby stanąć na górze wobec Pana!» A oto Pan przechodził. Gwałtowna wichura rozwalająca góry i druzgocąca skały szła przed Panem; ale Pan nie był w wichurze. A po wichurze trzęsienie ziemi: Pan nie był w trzęsieniu ziemi. Po trzęsieniu ziemi powstał ogień; Pan nie był w ogniu. A po tym ogniu szmer łagodnego powiewu. Kiedy tylko Eliasz go usłyszał, zasłoniwszy twarz płaszczem, wyszedł i stanął przy wejściu do groty. A wtedy rozległ się głos mówiący do niego: «Co ty tu robisz, Eliaszu?» Eliasz zaś odpowiedział: «Żarliwością rozpaliłem się o chwałę Pana, Boga Zastępów, gdyż Izraelici opuścili Twoje przymierze, rozwalili Twoje ołtarze i Twoich proroków zabili mieczem. Tak że ja sam tylko zostałem, a oni godzą jeszcze i na moje życie». Wtedy Pan rzekł do niego: «Idź, wracaj twoją drogą ku pustyni Damaszku. A kiedy tam przybędziesz, namaścisz Chazaela na króla Aramu»” (1 Krl 19, 1–15).

(3)

Musimy pamiętać, że Eliasz był prorokiem, czyli kimś, kto przemawiał w imię Boga do ludu. Prorok przekazuje słowa Boga. Słowem Bóg stwarza ludzi. Także słowo proroka jest stwarzaniem ludzi, wydźwiganiem z odczłowieczenia, z upadku. Ma ono moc regeneracji człowieka.

„Słuchaj, Izraelu – Szma, Izrael” – taki początek wypowiedzi jest znamieniem objawienia historycznego, którego recepcja polega na słuchaniu, czyli posłuszeństwie. Kogo słuchasz, temu służysz. Dlatego należy otoczyć się Bogiem, Jego słowami, wypełnić nimi serce i umysł. Pobożność to otoczenie się Bogiem i odcięcie się od przekazu, kultury grzechu i śmierci.

To jest podstawa obcowania z przekazem od proroków, trzeba go uważnie słuchać, rozważać, wprowadzać w czyn odpowiednie zmiany w życiu.

(4)

Udręki Eliasza

Świat jest w ręku zła; tak było niegdyś w Królestwie Izraelskim, tak jest teraz na całej ziemi. Pobożny Eliasz doznał prześladowań z powodu wierności Bogu. Bardzo długo balansował na granicy życia i śmierci ścigany jak zwierzę przez całe hordy siepaczy.

Zło nie przewidziało jednak tego, jak potężny stał się Eliasz. Akcja wywołała reakcję, na potworne napaści na swojego proroka Bóg odpowiedział niezwykłymi zjawiskami. Także sam Eliasz nabrał z wolna tak potężnej woli oraz świętości, że Bóg mógł go zabrać wprost do siebie. Stąd widzimy, że duchowość krzyżowa, asceza i akceptacja trudnych doświadczeń życiowych są drogą duchową, która wznosi wprost do nieba.

(5)

Eliasz pod janowcem

Scena pod janowcem jest tak prawdziwa dla każdego, kto wstąpił na drogę duchową, że aż wzrusza. Chwilowa depresja, rozpad osobowości pod wpływem oczyszczających, ale bolesnych doświadczeń to coś najzupełniej naturalnego. Człowiek, nawet najpotężniejszy i najświętszy, może po prostu w którejś chwili mieć wszystkiego dosyć. Eliasz chciał już umrzeć. Psychologowie twierdzą, że wielu ludzi ma takie myśli. Droga duchowa jest trudna, każdy ma prawo do bycia wyczerpanym. Bóg nie traktuje tego jak problem, to po prostu normalne. Zadziwiająca jest zaś sama odpowiedź Boga – Eliasz dostaje jeść i pić. Tak po prostu, bez pocieszeń, tłumaczeń. Słyszałem, że ten podpłomyk to tak naprawdę w teście hebrajskim placek z rodzynkami, trochę jak słodkie ciastko, jakie daje się dziecku, gdy jest smutne. Bóg się nie rozczula nad naszymi dąsami, tak samo jak rodzic nie rozczula się nad marudzeniem swojego malucha. Zaspokaja jednak rzeczywiste potrzeby, co wyraźnie sygnalizuje, że Bóg opiekuje się prorokiem. Przecież najważniejszą wymową cudu jest samo jego zaistnienie i przejawiająca się w nim obecność Boga. Eliasz zwątpił w chwili kryzysu w opatrzność Bożą, a odpowiedzią Boga był syty placek. To bardzo podobne do historii Hioba, gdzie Bóg także niczego nie tłumaczy swojemu wiernemu słudze, dotkniętemu nieszczęściami i pełnemu najgorszych myśli. Bóg obu tym wielkim ludziom po prostu ukazuje siebie, swoje istnienie.

Następnie w cudowny sposób Eliasz przez czterdzieści dni i nocy jest w drodze. Analogia z czterdziestoma latami w drodze narodu izraelskiego wydaje się oczywista. Ta droga to czas oczyszczenia z bezładnych myśli i przeżyć, okres przygotowania na nowe powołanie, na reset świadomości. Wielu ludzi chodzi dziś na pielgrzymki, żeby oderwać się od codziennego życia i na nowo spojrzeć wzrokiem duchowym na rzeczywistość – jak widać, nawet sam Bóg zadawał takie ćwiczenia duchowe swoim wybranym.

(6)

Nauka duchowości w jaskini

To najważniejsza część drogi duchowej, ale musiała być poprzedzona kryzysem, pocieszeniem, oczyszczeniem. Te symboliczne wydarzenia pokazują przemianę człowieka cielesnego w doskonale duchowego.

Najpierw Eliasz znajduje jaskinię. To miejsce odosobnienia, pustynia, ukrycie. Można rozciągać wymowę symboliczną: grota jest to łono ziemi, ale także grób. Wejść do groty to zarazem umrzeć, jak i narodzić się na nowo. Także Chrystus wieki później urodzi się w grocie.

Następnie Bóg nakazuje Eliaszowi, aby ten się jednoznacznie samookreślił. Prorok musi w krótkich, szczerych słowach opisać swoją sytuację. To niezwykle ważne. Istotą duchowości jest bowiem rozmowa z Bogiem. Trzeba oddawać Bogu sytuację, w jakiej się znajdujemy; powierzać Mu swoje życie z jego problemami i sukcesami. Szczerość, realizm i oddanie siebie to podstawa. Słowa same w sobie leczą, pozwalają zracjonalizować swoje położenie, powrócić do panowania nad swoim życiem, przeżyciami.

Bóg nakazuje Eliaszowi wyjść i stanąć przed sobą. Pamiętamy, że duchowość chrześcijanina jest drogą wychodzenia. Exodus, Pascha to są jej główne symbole. Wyjście, przejście z rzeczywistości skażonego świata do duchowego obcowania z Bogiem. Także Eliasz ma wyjść z łona ziemi i niejako wejść do nieba, dostąpić oglądania Boga. Przypomina to duchowe narodziny, wyjście z łona matki-ziemi. Eliasz chce tego dokonać, natrafia jednak na przeszkody.

Wichura niszcząca ziemię, trzęsienie ziemi, wreszcie ogień – to obrazy małej apokalipsy, która, jak wyraźnie zaznaczono, nie pochodzi od Boga. To są fizyczne manifestacje stanu ducha ludzkości, w tym przypadku samego Eliasza. Pamiętamy, że czuje on ogromny gniew na wszystko, co się dzieje w jego kraju. Zapałał zapalczywością i nie jest to bezowocne. W tych wichrach, wstrząsach, w tym całym zniszczeniu ogląda samego siebie. To ważny symbol i przestroga dla nas. Gdy już oglądamy takie apokaliptyczne zjawiska w skali globu, trzeba pamiętać, że w nich nie ma Boga. Wreszcie pojawia się ogień. To jest żywioł, który towarzyszy Eliaszowi. Ogień z nieba strawił ofiarę. Ten ogień pozostał w nim, takich doświadczeń łatwo się nie zapomina. Ogień dopełnia małej apokalipsy zniszczenia. Serce proroka i ziemia wokół niego zostały oczyszczone, wywiane, wstrząśnięte i wypalone. Gniew, cierpienie, rozpacz i niemożność w końcu się wypaliły. Powstał nowy człowiek, który wyszedł z grobu groty, a zarazem urodził się z łona ziemi. To tak, jakby ta duchowa śmierć była nowym początkiem życia duchowego.

Bóg przychodzi do oczyszczonego Eliasza tak, jak przychodził do Adama, zanim ten zgrzeszył. Ujawnił się w najlżejszy możliwy sposób – poruszeniem powietrza, lekkim powiewem. Ruach (podmuch) to znak Ducha Świętego.

Eliasz zasłania siebie, zanim staje przed Bogiem. To ważny gest, który oznacza niegodność. Prorok już nie skupia się na sobie i swoim nieszczęściu, jak zrobił to pod janowcem. Nie rozpacza, nie szaleje z gniewu i bezsilności. Jest spokojny i świadomy sytuacji. Na pierwszym miejscu znajduje się bowiem Bóg, wszystko inne przestaje się liczyć.

Bóg ponownie pyta proroka o to, co się z nim dzieje. Eliasz odpowiada słowo w słowo to samo, co wcześniej, jednak jego ogólna postawa jest diametralnie inna. Po prostu dorósł duchowo.

To jest istota duchowości. Niektórzy stale patrzą tylko na siebie. Inni oczekują od Boga jakichś niezwykłych interwencji, cudów i nie wiadomo czego jeszcze. Bóg przychodzi z czymś innym, z przemianą, ale nie otaczającego nas świata, tylko nas samych. To jest najważniejsze. Dusza człowieka znaczy więcej niż cały materialny świat. Z tego powodu Bóg troszczy się właśnie o nią, a i my powinniśmy robić to samo.

Na koniec Bóg posyła oczyszczonego i umocnionego mistycznym doświadczeniem Eliasza do nowych prac. Końcem duchowości zawsze jest posłanie. Nawet Eucharystia kończy się rozesłaniem: Ite, missa est. Nie żyjemy tylko dla siebie, swoje doświadczenia mamy propagować aż po krańce ziemi, być tą solą, która nada światu nowy smak, nowy wyraz.

Wydarzenia w jaskini stanowią początek duchowości i jej najdoskonalszy wzorzec. Jeśli dzisiaj ktoś szuka duchowości, najlepiej w tych czasach Eliasza wrócić do jego nauki przemiany, mistyki i służby.

(7)

Eliasz nauczycielem Elizeusza

Przemieniony Eliasz zostaje nauczycielem Elizeusza, który później go zastąpi w posłudze prorockiej. To ważne, żeby duchowości nie uczyć się od byle kogo, bo dziś jest wielu fałszywych nauczycieli, którzy jednak żadnej prawdziwej przemiany, mistyki i posłania nie zaznali. Takich fantastów najlepiej omijać z daleka. Niestety wielu podaje się za znawców duchowości i wypisuje najróżniejsze głupstwa w swoich tekstach, zwodząc inne osoby. Modne są praktyki innowiercze, jakieś terapie psychologiczne, wschodnie „medytacje”. Generalnie jakieś 95% współczesnej literatury „duchowościowej” pochodzi od oszustów i manipulantów próbujących wyrabiać sobie nazwiska i sławę. Ci, niestety, zakrzyczeli tych niewielu naprawdę wartościowych, którzy mogliby ludzi czegoś nauczyć. W moim doświadczeniu jedyną realną pomocą była lektura Biblii i jej medytacja (modlitewne rozważanie) oraz stare teksty chrześcijańskie, najlepiej starożytne. Potrzebujemy nauczycieli, ale dziś nie sposób już ich znaleźć. Mamy Jezusa, który określił siebie naszym jedynym rabbi, nauczycielem. Trzeba otworzyć na Niego serce i być gotowym na drogę duchową równie trudną i zmienną jak u Eliasza.

Z czasem Eliasz przekazał Elizeuszowi swój płaszcz, a wraz z nim charyzmat prorocki. Szata ma ogromne znaczenie symboliczne. W przypadku proroka wskazuje na jego godność. Szata jest materialna, ale uczestniczy jako element Kosmosu w porządku duchowym. W niebie ludzie są ubrani, czysta szata duchowa oznacza nowy świat. Szata to obraz pozycji społecznej, a pierwotnie dar od Boga po grzechu. Ubranie ratuje nam godność i odróżnia od zwierząt. W przypadku stroju widać wielkie powinowactwo duchowe i symboliczne z duszą. Z jednej strony jest on odbiciem konstrukcji emocjonalnej człowieka, ekspresją jego wnętrza. Pogodni ubierają się wesoło, ciekawi – ciekawie, eleganccy – elegancko. Czasem jest w tym też pewna poza, usiłowanie bycia jakimś. Dzieje się tak chociażby wtedy, gdy niezbyt bogaci stroją się na bogaczy, bo pragną być zamożniejsi, niż są. Na strój wyczulone jest bardzo nasze otoczenie, które traktuje nas w zależności od naszego ubioru.

Z drugiej strony Pismo mówi o tych, którzy opłukali szaty we krwi Baranka. Szata jest więc symbolem duszy i jej historii, jak suknia po latach zbiera ślady życia, plamy, wytarcia itp., które są obrazem kolei życia jej właściciela. Pozbawić człowieka ubrania to tak, jak pozbawić go duszy i godności ludzkiej, uczynić podobnym do zwierzęcia, przedmiotu. W ten sposób hitlerowcy traktowali ludzi przed zamordowaniem ich w komorach gazowych.

Płaszcz Eliasza odróżniał go od reszty świata. W jego obrazie zawierała się surowa osobowość proroka. Musimy pamiętać, że możemy i powinniśmy się odróżniać od reszty społeczeństwa. W naszych czasach oznacza to m.in. po prostu przyzwoite ubranie, gdy ludzie dziś na wyścigi publicznie się obnażają i noszą się nieskromnie. Mamy też wielu, którzy ubierają się dziwacznie, ostentacyjnie akcentują wrogość wobec normalności, jak w przypadku parad zboczeń i perwersji. Od tego wszystkiego musimy się odróżniać.

Płaszcz proroka to też rekwizyt wyrażający jego charyzmę. Posłany chrześcijanin zyskuje szczególny rodzaj władzy nad duszami, co wyczuwa się nawet bez zewnętrznych manifestacji strojem. To ten nieuchwytny, ale odczuwalny klimat głębokiej duchowości i wewnętrznej mocy, które skupiają na sobie uwagę i w przedziwny sposób przyciągają. Módlmy się i poddajmy przemianom duchowym, żeby stawać się nowymi, duchowymi ludźmi obleczonymi w światło duchowe.

4. Otwarte niebo

(1)

Eliasz otworzył niebo. Życiodajny deszcz i święty ogień – dwa najważniejsze żywioły – spłynęły na ziemię. Drugi Eliasz otworzył niebo dla dusz chrztem, a sens temu nadała ofiara Chrystusa. Dzisiejsze czasy Eliasza to epoka, kiedy niebo schodzi na ziemię. Wśród trzęsień ziemi i wichru otwiera się nam perspektywa zjednoczenia nieba i ziemi. Eliasz jako nauczyciel duchowości otwiera oczy na te sprawy.

(2)

„† Ciąg wydarzeń został uruchomiony i nabiera rozpędu. Nie da się go powstrzymać. Można i trzeba ratować wielu, ale cywilizacja obecna zmierza do zagłady – zbyt jest chora. Zniszczenie jej może odrodzić ludzkość. Przez cierpienie i zniszczenie tego, co już umarło[,] można przywrócić życie. Tak musi się stać.

– Czuję to, Ojcze, od pewnego czasu wyraźnie. Tak, jakbym chodziła po wulkanie albo nawet już po zgliszczach i dziwny mi się wydaje pozorny spokój. Co robić?

† Modlić się za siebie i za świat. Trwać we Mnie. Poza tym nic więcej: spokój, modlitwa, życzliwość i pomoc wobec ludzi.

Nie powinnaś być zasmucona. Zbliża się Moje Królestwo. A żaden ból nie jest w stanie umniejszyć radość i szczęście Moich dzieci. Cóż może ci grozić, gdy Ja jestem z tobą? Potrzebna jest ci tylko wiara. Umacniaj ją w swym sercu i w sercach tych, których postawię na twej drodze.

Ufaj, Jam zwyciężył świat!” (Jezus Chrystus [†] do Alicji Lenczewskiej [–], A. Lenczewska, Świadectwo, 88, pt. 23 V 86, g. 23:30).

(3)

Apokalipsa z winy ludzi, nie Boga

Ludzie stali się w swoich wnętrzach potworami. Nadal są panami świata, choć świadomie tego nie rozumieją i nie potrafią wykorzystać z powodu degeneracji świadomości. Jednak potworność naszych dusz dąży do ujawnienia, realizacji. Wpływa to na Wszechświat, który posłusznie odpowiada na nasze wezwanie. Kosmos zmienia się tak, aby ta ludzka potworność mogła się ujawnić. Czasy wojen i katastrof, gdy ludzkie prawa zawodzą, są taką okazją do jawnego okazania się tych potworności. Wtedy bezprawie i rozpacz wobec nieszczęść wyciągają z ludzi prawdę ich dusz na wierzch. Nic ich nie krępuje, a sytuacja skłania do walki, przemocy, gwałtu, zbrodni, nawet kanibalizmu. Tak oto natura świata staje się posłuszna duszy człowieka nastawionej na zło i przemoc. Człowiek sam sobie stwarza Apokalipsę, Bóg nie musi mieć z tym niczego wspólnego.

Starsze symbole oparte na myśleniu kosmologicznym zawodzą przy próbach wyjaśnienia katastrofy, jaka już się zaczęła. Symbol Boga – władcy ziemi, który za dobre wynagradza, a za złe karze – nie przystaje do tego, jak ogromną władzę dano ludziom nad sobą i własnym światem. Lepiej tutaj sprawdza się myślenie gnostyckie czyniące człowieka bogiem samym w sobie, bogiem własnego otoczenia, panem danego mu ogrodu. Chodzi o to, że metafizyczna władza człowieka nad materią faktycznie istnieje, choć działa to inaczej, niżby sobie tego życzyli magowie. Kosmologiczny sposób myślenia wskazywał, że jedynym suwerenem samego siebie, państwa i Kosmosu był w ludzkiej wyobraźni król. Ten symbol króla – władcy Kosmosu przeniesiono zbyt dosłownie i mechanicznie na Boga w języku wiary. W pradawnym pierwotnym rozumieniu istotą kosmologii było – przeciwnie – ubóstwienie człowieka, choć tylko w osobie króla. Później przeniesiono wyobrażenia przypisywane władcom w całości na Boga. Tym samym dokonano naraz aż dwu wypaczeń:

• Boga oskarżono o cierpienie ludzi jako wszechwładnego, choć tej wszechmocy nie wykonuje w pełni po oddaniu części władzy ludziom,

• ludzi zwolniono z jakiejkolwiek odpowiedzialności za własne życie, bo symbol absolutnie wszechmocnego Boga czyni z życia ludzkiego i człowieczych decyzji złudzenie.

W tej symbolice stosowanej w czasach kosmologicznych i feudalnych, gdy antropologia była dopiero namiastkowa, zatracono rozumienie wolności człowieka i jej skutków dla Kosmosu. Człowiek jest zdolny w przedziwny metafizyczny sposób dbać o swój ogród, gdy jest dla niego wzorcem harmonii, pokoju, wszelkiego dobra. Może też pogrążyć Wszechświat w zniszczeniu, kiedy niszczy sam siebie, swoją duszę. To się dzieje obecnie. Musimy dokonać kolejnego kroku w rozumieniu, żeby pojąć to, co nas obecnie otacza. Masy ludzkie kierują się w stronę zła i to zło osiągną. Demoralizacja jest niszczeniem świata najpierw w duszy człowieka, a potem w wymiarze materialnym. Co gorsza, te procesy zaszły już daleko. Jedyny ratunek to powrót Boga na ziemię, żeby uratować resztki dobra. Czas apokaliptycznego zniszczenia może przynieść atrapę Boga rozumianego po staremu kosmologicznie w postaci ludzkiego władcy lub „mędrca” łudzącego masy przez przekonywanie ich, że siłami ludzkimi można zatrzymać globalną katastrofę, zapewnić szczęście ideologią. To jednak tylko dopełni zła, jakim jest niepamięć o Bogu i jej efekty.

Tylko powrót do miłości Boga i duchowości może złagodzić skutki nieodległych strasznych czasów.

(4)

Bóg nie niszczy, tylko ratuje ludzkość od czasów Adama. Ludzie ściągnęli na siebie i świat zagładę, a Bóg ją opóźnia. Świat od czasu pierwszego grzechu powinien sam siebie zniszczyć wraz z mieszkającymi na nim ludźmi. Bóg jednak poprzez dzieło zbawienia, które zapoczątkowane zostało tuż po grzechu (dowodem tego jest Protoewangelia), łagodzi skutki zagłady. Ta jednak trwa od tamtej chwili. Żyjemy w nienaturalnym stanie – nasze życie jest jakby namiastkowe i nikłe, a moc zagłady przeważa. Boża, zbawcza, czyli ratunkowa, działalność napotyka jednak coraz większy opór ze strony zepsutych ludzi i w obecnym czasie przestaje być wystarczająca. Moc zagłady jest tak potężna grzechem zarówno licznych ludzi, więc wielkim co do ilości, jak i przepotężnym pod względem skali i wagi, że już nic nie jest w stanie powstrzymać hekatomby.

Żyjemy w stanie namiastki życia, na wpół żyjąc, na wpół zanurzeni w emanacji śmierci: chorobie, niedorozwoju duchowym, emocjonalnym i cielesnym, wszelakim niedostatku, wreszcie umieraniu i rozkładzie. Zasługujemy wszyscy na śmierć, co nam przypomina Jezus Chrystus w perykopie o tragicznie przygniecionych wieżą w Siloe. Bóg powstrzymuje zagładę ludzkości wywołaną przez nią samą, aby dać szansę na przyjęcie zbawienia wiecznego i obdarować nas nowym prawdziwym i pełnym życiem. Ludzka determinacja w zniszczeniu siebie samych jest jednak w tym czasie tak zajadła, że w końcu to się wydarzy. Chrystus wzywa przede wszystkim do nawrócenia, co jest jedynym ratunkiem od samozniszczenia, zwłaszcza duchowego i wiecznego. Zawsze się zastanawiałem, jakim cudem ludzkość przetrwała XX wiek. Nagromadzono tyle narzędzi zniszczenia, że jakiś drobiazg mógł spowodować zagładę w jeziorze ognia bomb atomowych. Ta perspektywa nadal nad nami wisi. Zważywszy na naszą nie za mądrą kondycję, jedynie cud nas uratował do atomowego spalenia. To jednak w każdej chwili może się wydarzyć. Na tle naszej krwiożerczości dobrze widać ten cud trwania ludzkości, a nawet pewnego jej rozkwitu w sferze technicznej i organizacyjnej. Niestety w sferze duchowej nastała katastrofa cywilizacji śmierci.

(5)

Świat istnieje jeszcze tylko dzięki Bogu. To On stworzył rajski ogród i dał go człowiekowi, a ten zakończył jego istnienie. Ludzie decydują o świecie danym nam we władanie. Wynik jest taki, że zabiliśmy go duchowo. Świat powinien od tego natychmiast przestać istnieć, zapaść się z powrotem w niebyt. Jednak Bóg mocą swojej wiecznej ofiary zbawczej sprawił, że świat przetrwał na tyle długo, żeby wydać z siebie Zbawiciela i rozprzestrzenić o Nim wieść. Na więcej już brak sił nawet Bogu. Człowiek robi wszystko, żeby zniszczyć duchowo siebie, a razem ze sobą cały świat. Wola mordu na Bogu i ludziach jest wszechwładna. Nigdy jeszcze promieniowanie śmierci nie było tak potężne jak teraz. Jezus z całych sił podtrzymuje świat w istnieniu, ale ta praca już się kończy. Ludzie postanowili zamordować swoje dusze, samych siebie i swój świat. Koniec jest niedaleki. Ludzie narzekają na swoje życie, ale to niewiarygodny cud, że w ogóle mogli zaistnieć w takiej rzeczywistości.

Teraz zabijamy świat fizycznie, zatruwamy go, wypalamy, mordujemy na nim życie. To nie jest przypadek, że niesiemy śmierć, której jesteśmy niewolnikami. To obraz naszej duchowości – toksycznej i morderczej.

(6)

„Potem dano mi trzcinę podobną do mierniczego pręta i powiedziano: «Wstań i zmierz Świątynię Bożą i ołtarz, i tych, co wielbią w niej Boga. Dziedziniec zewnętrzny Świątyni pomiń zupełnie i nie mierz go, bo został dany poganom, i będą deptać Miasto Święte czterdzieści dwa miesiące. Dwom moim Świadkom dam władzę, a będą prorokować obleczeni w wory, przez tysiąc dwieście sześćdziesiąt dni». Oni są dwoma drzewami oliwnymi i dwoma świecznikami, co stoją przed Panem ziemi. A jeśli kto chce ich skrzywdzić, ogień wychodzi z ich ust i pożera ich wrogów. Jeśliby zechciał ktokolwiek ich skrzywdzić, w ten sposób musi być zabity. Mają oni władzę zamknąć niebo, by deszcz nie zraszał dni ich prorokowania, i mają władzę nad wodami, by w krew je przemienić, i wszelką plagą uderzyć ziemię, ilekroć zechcą. A gdy dopełnią swojego świadectwa, Bestia, która wychodzi z Czeluści, wyda im wojnę, zwycięży ich i zabije. A zwłoki ich [leżeć] będą na placu wielkiego miasta, które duchowo zwie się: Sodoma i Egipt, gdzie także ukrzyżowano ich Pana. I [wielu] spośród ludów, szczepów, języków i narodów przez trzy i pół dnia oglądają ich zwłoki, a zwłok ich nie zezwalają złożyć do grobu. Wobec nich mieszkańcy ziemi cieszą się i radują; i dary sobie nawzajem będą przesyłali, bo ci dwaj prorocy mieszkańcom ziemi zadali katuszy. A po trzech i pół dniach duch życia z Boga w nich wstąpił i stanęli na nogi. A wielki strach padł na tych, co ich oglądali. Posłyszeli oni donośny głos z nieba do nich mówiący: «Wstąpcie tutaj!» I w obłoku wstąpili do nieba, a ich wrogowie ich zobaczyli” (Ap 11, 1–12).

Prorocy opisani w tym fragmencie kontynuują dzieło Eliasza i Mojżesza. Eliasz, ten największy prorok Starego Przymierza, miał swojego naśladowcę w osobie Jana Chrzciciela, największego z ludzi do czasów Chrystusa. Objawienie św. Jana zapowiada dwu świadków, do których odnosi eliaszowe i mojżeszowe symbole. Takie przedstawienie sprawy naprowadza nas na zrozumienie, że tu nie chodzi o jakieś ziemskie wydarzenia. To są rzeczywistości duchowe, mistyczne, niewidoczne dla ludzi. Eliasz wiele razy się ukrywał w okresie swojej posługi prorockiej. Dzisiejsze pokolenie nie jest zdolne do przyjęcia czy w ogóle zauważenia proroków Bożych, więc niezauważeni mogą przeżyć życie w ukryciu lub nawet publicznie nie będąc rozpoznanymi. Symbole eliaszowe i mojżeszowe wskazują, że ci ostatni prorocy noszą w swojej historii powinowactwo do wielkości Eliasza i Mojżesza. Ta symbolika nie oznacza, że opisane zdarzenia dadzą się ludziom zauważyć; to są atrybuty tych proroków wiadome dla Boga i świętych.

Cechą wyróżniającą tych świadków jest to, że są oświeceniem, lampami duchowymi, noszą charyzmat objawicielski. Objawienie końca czasów ma dla ludzkości wymiar bolesny, więc ludzie po prostu go nie chcą. Spuścizna obu świadków jest odrzucana. Ludzkość nie chce przyjmować do wiadomości, że żyje w czasach ostatnich, bo to skłania do nawrócenia, a grzech i bezbożność bardziej dziś pociągają. Ci świadkowie, nawet potraktowani z pogardą i odrzuceniem, są wypełnieniem obietnicy przyjścia Eliasza, czyli wielkiego proroka, co ma nastąpić przed końcem czasów. Bóg się wywiązuje z obietnic, nawet jeśli ludzkość zdegenerowała się do tego stopnia, że nie jest w stanie tego zauważyć.

Wydarzenia opisane w Apokalipsie już się rozgrywają. Nie jest jednak tak, jak to sobie wielu wyobraża, myśląc, że włączą telewizor i będą jako kolejną ciekawostkę oglądać zapowiedziane obrazy. One się rozgrywają w przestrzeni mistycznej, a na ziemi odczuwamy jedynie ich skutki. Jak nie widziano naocznie wcześniej pokonanej Bestii, tak i teraz nie stanie ona przed kamerami. Natomiast owe skutki duchowe już bardzo silnie odciskają się na ludzkości. Nawet patrząc na dostępny mi okres mojego życia, widzę, jak wielkie zmiany zaszły w ludziach na gorsze. Wydaje nam się, że zobaczymy Apokalipsę dzięki kamerom reporterów, tymczasem to właśnie my jesteśmy tą straszną rzeczywistością, która jest w niej opisana.

5. Podwójna wiara

Clive S. Lewis jest mistrzem w opisie zła. To nie dziwi – kto dobrze poznał światło, bez trudu rozpoznaje mrok. Filozof ten w Perelandrze opisał zło pierwotne, rajskie. Zło codzienne ukazał w Listach starego diabła, a zło przedostatnie, gdzie grupa trzymająca władzę, bardzo wpływowa, okazuje się sektą skupioną wokół demonicznego medium i zamyśla przekształcić społeczeństwo na swój sposób, słuchając głosu „makrobów” przedstawił w Tej ohydnej sile. Z kolei zło ostateczne odsłonił w swojej bajce Ostatnia bitwa. Te rodzaje zła z biegiem czasu kumulują się na świecie, przyrastają. Obserwujemy je wszystkie w naszym czasie.

Ostatnia bitwa to baśń, proroczy mit. Jej autor doskonale zdawał sobie sprawę, że zło, zanim ogarnie całe społeczeństwa, najpierw musi urosnąć wśród elit. Świetnie znając życie duchowe i intelektualne, jakie toczyło się kilkadziesiąt lat temu w elitarnych naukowych kręgach, bez problemu mógł opisać szerzące się tam mechanizmy zła (Ta ohydna siła) i dalsze wypadki jego rozpowszechnienia. Clive Lewis użył do tego języka baśni, co mnie początkowo dziwiło. Dlaczego jedno z najważniejszych swoich przesłań, skierowane do przyszłości, zapisał akurat w cyklu o Narni? Lepiej to rozumiem dopiero po czasie. Mit, baśń oddają esencję zdarzeń, ich ducha. Zwłaszcza do wieszczby taki język jest najlepszy, bo pomaga skupić się na najjaskrawszych i najistotniejszych elementach bliskich duszy odbiorcy. Mówi wprost do serc. Paul Tillich dodałby, że przenosi sensy niepoddające się konceptualizacji. Mit i baśń są tym przekazem, który każe nie traktować się w limitacji dosłowności, ale poszukiwać rozwinięcia sensów wynikających z metafor.

W historii tej mieszkańcy Narni najpierw czynią sobie niby-boga. To osioł przebrany za lwa (a trzeba wiedzieć, że w Narnii wielki lew Aslan jest bogiem). Ten bóg jest wygodny, poddany i uległy. Po prostu osioł. Idą za nim, chociaż nie sposób pomylić lwa z osłem, jeśli nawet narzucimy mu oślą skórę. Za tą intrygą stoi małpa, która jest dość czytelnym symbolem Szatana. Ludzie i mówiące zwierzęta nie rozpoznają osła, bo nie widzieli wcześniej lwów.

Jeśli odczytamy tę metaforę w odniesieniu do naszych czasów, to zobaczmy, że tak wiele dziś się mówi o miłości Boga w spaczony sposób, tworząc sobie taki właśnie obraz nie Boga, ale osiołkowatego bożka przytulności i ckliwości: ślepego, bezradnego, nieco upośledzonego. Tymczasem Pan Bóg przychodzi do człowieka zarówno jako Dzieciątko czy Baranek, jak i jako Pan Zastępów i Sędzia Ostateczny. To w dużej mierze zależy od naszych postępków. W narnijskiej przypowieści ten etap to rozmiękczanie obrazu Aslana/Boga. Z czasem prawdziwy obraz zatraca się i z tą fałszywą wizją, teraz już będącą ludzkim fałszerstwem, można zrobić wszystko.

Małpa – formalnie sługa osłoboga – faktycznie jest jego sprawcą, zdrajcą swojej krainy (kultury, wiary, wspólnoty). Osłabia to miejsce i sprowadza do niego obcych, którzy zamierzają je podbić. Sprzyja ich ekspansji. Znowu widzimy dziwną zgodność. Środowiska liberalne wśród chrześcijan o rozmiękczonym obrazie Boga łatwo stają się otwarte na pogaństwo. Sprowadzają do kościołów (sic!) apostołów pogaństwa. Uczą fałszywej obcej religii zamiast prawdziwego chrześcijaństwa.

Następuje etap drugi – zespolenie obrazu Boga Żywego z pogańskimi demonami.

„– Proszę o głos! – zabeczało nagle cienkim głosem wełniste jagnię, tak młode, że wszystkich zdumiała jego śmiałość. – Co tam znowu? – zapytał szympans. – Mów, tylko szybko.

– Proszę mi darować, ale nie mogę zrozumieć. Co my mamy wspólnego z Kalormeńczykami? My należymy do Aslana – oni do Tasza. Mówią, że Tasz ma cztery ręce i głowę szakala. Na jego ołtarzu zabijają ludzi. Nie wierzę, żeby istniał ktoś taki jak Tasz, ale gdyby nawet istniał, jak Aslan mógłby być jego przyjacielem?

– Głupi, zarozumiały brzdącu! – wrzasnął piskliwie. – Idź do mamy i napij się mleka. Co ty możesz pojąć z takich spraw? Ale wy wszyscy – posłuchajcie! Tasz to tylko inne imię Aslana. Te wszystkie stare bajdy, że niby to my mamy rację, a Kalormeńczycy się mylą, to najczystsza głupota. Teraz wiemy już lepiej, jak się to wszystko przedstawia. Kalormeńczycy używają tylko innych słów, ale i nam, i im chodzi o to samo. Tasz i Aslan to tylko dwa imiona – wiecie dobrze Kogo. Dlatego między nimi a nami nigdy nie może być żadnej różnicy zdań. Wbijcie sobie to do głów, tępe zwierzaki. Tasz jest Aslanem. Aslan jest Taszem” (C.S. Lewis, Opowieści z Narni).

Jedynego, który rozpoznaje i chce zdemaskować intrygę, po prostu zdzielono w twarz, zakneblowano i uwięziono. Przypomina mi to niedawny ordynarny napad odstępców z „Tygodnika Powszechnego” i WCCM na księży egzorcystów. Ta sama agresja.

Mamy w Narni także współczesnych sceptyków – to karły. Kiedy ujawniono wobec nich oszustwo, zamiast powrócić do prawdziwej wiary, nastawili się agresywnie do każdej możliwej wiary. Stali się cyniczni i odrzucili w ogóle jakikolwiek światopogląd i idącą za nim etykę. Uczynili się panami. Uznali, że nikomu nie będą się kłaniać.

Także inni zaczęli szukać własnych korzyści w tym zamęcie bardziej niż prawdy, nawet jeśli wcześniej kłamstwo im przeszkadzało:

„To był ten Imbir i Riszda Tarkaan, jak go nazywają. «Szlachetny Tarkaanie – mówi kot swoim jedwabistym głosem – chciałem się upewnić, czy my dwaj rozumiemy to samo przez powiedzenie, że Aslan NIE ZNACZY WIĘCEJ niż Tasz». A na to tamtem: «Nie ulega wątpliwości, o najmądrzejszy z kotów, że dobrze wiesz, co mam na myśli». «To znaczy – mówi Imbir – że w ogóle nie istnieje ani żaden Aslan, ani żaden Tasz». «Wie o tym każdy oświecony człowiek» – odpowiada na to ten czarny diabeł” (C.S. Lewis).

Pojawił się synkretyczny kult Taszlana. W Narnii zaś zamieszkał we własnej osobie wezwany Tasz – demon uznawany za boga przez pogańskie ludy. Wraz z wojskami swoich wyznawców wziął krainę w swoje władanie. Pogański demon zajął miejsce Aslana, stopniowo wypierając go z jego świata. W spotkaniu z nim dotąd mówiące zwierzęta straciły „duszę”, stając się zwykłymi zwierzętami.

Kiedy doszło do otwartej konfrontacji między kłamcami a wiernymi (jakże nielicznymi), okazało się, że są też zwierzęta zupełnie zagubione w skomplikowanej sytuacji i z tego powodu przyłączające się do obcych najeźdźców.

Na koniec zaprzestano mówić o Taszlanie, a zdobywcy powrócili do prawdziwego imienia swojego Tasza. Ten zaś niepodzielnie zapanował nad Narnią.

Żyjemy w czasach spełniających się przepowiedni, baśni i mitów. To wszystko jest wokół nas. Na naszych oczach dzieje się masa takich zjawisk religijnych jak synkretyzm, indyferentyzm, eklektyzm, tzw. religia indywidualna czy duchowość areligijna (deklaratywnie areligijna, a zwykle to buddyzm). Łączy je jeden mianownik – są to zjawiska antropogenne, gdzie religia osobista jest przykrawana wedle gustu danej osoby. W istocie więc w centrum tej religii znajduje się sam wyznawca. Niekiedy takie formy religijności nazywane są „religią z supermarketu”, bo każdy wybiera sobie, co mu pasuje, a także „religią czasów konsumpcji”. W skali globalnej jest to New Age w wielu swoich odmianach. Istotę stanowi tu samolubna postawa, według której człowiek sam sobie wymyśla swoją religię.

Rozejrzyjmy się, ilu demagogów próbuje wywierać na nas moralny szantaż (ulubione narzędzie Szatana), abyśmy uwierzyli w ich wizję najpierw osłoboga reprezentującego jedynie ogłupiałą miłość, pozbawioną odniesień do prawdy i prawości. Niedługo potem zaleca się nam „dialog międzyreligijny”, którego efektem jest wyparcie prawdziwej wiary i zastąpienie jej elementami innych religii, których skutki muszą po czasie leczyć kapłani modlitwą uwolnienia.

Sieje się zamęt, chaos, pomieszanie, bezład, nieokreśloność. Wmawia się niewyrażalność werbalną spraw ostatecznych, a więc też rozumową, choć przecież Bóg sam jest Logosem: SŁOWEM, ROZUMEM i ŁADEM. Czyni się homogeniczne papki, tnąc wiarę w Trójjedynego na fragmenty, żeby ją potem pomieszać z diabelskimi kultami bytów metafizycznych obecnych (a jakże – obecnych) w religiach pogan. Chrześcijan namawia się do jogi, zen i innych obcych tradycji, co już od 40 lat czyni ruch New Age głoszący właśnie ogólnoludzką jedną religię „miłości” (w wersji osłoboga) i duchowość hinduską lub podobną. Ściąga się te metafizyczne byty do dusz ochrzczonych i zastępuje się Ducha Świętego demonem. Ten jest w stanie dać poszczególnym ludziom CAŁE DOBRO tego świata, jeśli tylko dany człowiek uzna w nim przymioty boga, zacznie go słuchać i podda się jego kierownictwu. Wszak wystarczyłby jeden pokłon demonowi, żeby Syn Boży miał władzę nad światem…

Osobiście cenię filozoficzne odkrycia ludzi Wschodu i rozumiem też ich metafizykę, której doświadczałem jako uczestnik New Age. Zgrozą jednakże napawają mnie relacje chrześcijan uwikłanych we wschodnie praktyki, którzy dosyć szybko doznają „przepływów energii”, władz nadzwyczajnych (okultne dary diabła, surogat Bożych cudów i charyzmatów) – czarny pan jest łaskawy dla swych poddanych. Potem zapełniają się poczekalnie księży egzorcystów.

Dobry mit wpisuje się w historię społeczeństw, ale rozgrywa się także w poszczególnych duszach. Mit C.S. Lewisa jest doskonały i boleśnie prawdziwy. Czasy Eliasza to epoka pomieszania wiary w Chrystusa z wiarą w najróżniejszych pogańskich bogów, za których imionami kryją się duchy, które zawładnęły światem. Historia Eliasza uczy nas, że Bóg kocha pogan, szanuje ich naturalną pobożność (obecną, nie oszukujmy się, u nielicznych), ale radykalnie każe odrzucać ich religie i związane z nimi praktyki.

6. Czas postu

Epoka Eliasza to czas postu i zarazem adwentu. Powinniśmy go właściwie obchodzić w pokucie i ascezie, skupieniu na Bogu. Dlaczego jest to konieczne, zrozumiemy, patrząc w przeszłość. Biblia naucza, że ludzi wygnano z raju, czyli stanu błogiego szczęścia i beztroski. Tak naprawdę ludzie samodzielnie zniszczyli swój raj, gdy pokochali i posłuchali Węża, a znienawidzili i zapomnieli o Bogu. Mamy zakaz powrotu do rajskiego ogrodu pod groźbą anielskiego miecza – to ważny symbol. Ludzie mają od tego czasu wierzyć Bogu, słuchać Go i wykonywać obowiązki kolejnych Przymierzy (Noego, Mojżesza, Chrystusa). To jedynie powstrzymuje ostateczną zagładę, o jakiej ostrzeżono Adama i Ewę, którzy mimo to ściągnęli ją na świat. Mamy wierzyć Bogu, a nie rekonstruować raj, bo to niemożliwe. Ludzie jednak uporczywie wierzą w sztuczny raj, w swoje techniczne wieże Babel. Dzięki nauczaniu Chrystusa tworzymy naukę i technikę. Nauczanie to czyni prawdę jedną z najwyższych wartości i otacza ją czcią, jest ona bowiem imieniem Boga. Na czym innym polega jednak ubóstwienie ludzkiej działalności naukowej w scjentyzmie. Ostatnio przyłączył się do tego masowy ruch Nowej Ery, który buduje ten sztuczny raj w oparciu o popularyzację magii i diabolicznych kultów natury. Jednym z nich jest kult Paczamamy. Kto nie rozumie Bożego zakazu powrotu do raju i wytwarza sobie utopie jego sztucznych namiastek, w które wierzy zamiast w Boga, nieodmiennie sam wchodzi pod miecz archanioła. Teraz jesteśmy w takiej sytuacji.

Jeśli najkrócej wyrazić wiarę, byłoby to: „Pamiętaj o Bogu!”. Oczy Węża wpatrzonego w każde ludzkie serce mówią coś przeciwnego: „Zapomnij o Bogu, skup się na mnie, skoncentruj się na złu. Doszukuj się zła zawsze i wszędzie w innych, nigdy w sobie! W końcu sam się nim staniesz”.

W Rzymie została zapoczątkowana fundamentalna zdrada w imię nowego raju – w imię powrotu do magii i zapomnienia o Bogu – przez wprowadzenie do domu Bożego figury indiańskiego bożka. Świat się nie kończy; gdy ludzie grzeszą, Bóg jest tryumfalnym Wybawicielem od skutków ich grzechu. Co jednak, gdy sól rzucona na świat, aby go uświęcać i zbawiać, traci smak? Co, gdy Kościół Rzymski zwraca się do drewnianych magicznych bożków? To wstrząsa posadami świata, który istnieje tylko ze względu na nielicznych, jak to stało się z Sodomą pod obecność w niej Lota. Ziarno zła w Kościele rzymskim zostało zasiane, a tym samym złamano filary istnienia tego świata. Jeszcze one nie runęły, ale zapoczątkowano proces odstępstwa od wiary na rzecz ludzkiej nadziei na własny raj na ziemi zdobyty siłami nauki i magii, przez co prędzej czy później runą.

Pojawiają się kolejne plagi: susza i pożary na zmianę z powodziami, zaraza, szarańcza i inne. Nawet niewierni zauważają, jak nowy wirus uczy nas pokory. Uczmy się na powrót podstawowych najważniejszych wartości: prawdy o swojej niewystarczalności i konieczności pomocy od Boga oraz miłości (poświęcenia, solidarności, współpracy). To głosi zmartwychwstały Chrystus. Ten czas postu stanowi ważne ćwiczenie duchowe. Trzeba je jak najlepiej wykorzystać i wykształcić w sobie wiarę jutra, jakiej zapowiedzią są warunki tego czasu:

• Należy pamiętać o Bogu w każdym momencie życia, nie przekraczać Przykazań, chronić w sobie wiarę, rozważać Ewangelię. Głowa wiernego, jak pamiętamy, jest oznaczona Krwią Baranka. Naznaczyć ją sobie Chrystusem, to o Nim pamiętać.

• Trzeba wyjść z Sodomy, nie patrzeć za siebie, zapomnieć o dotychczasowym świecie i jego myśleniu. Wchodzimy w okres apokaliptyczny; to, co było, nie wróci, bo było z gruntu złe.

• Musimy jak najwięcej rozmawiać bezpośrednio z Bogiem (jak Abraham) i modlić się tak dużo, jak się da, bez względu na wszystko. Chrystus dał nam na te czasy Koronkę do Bożego Miłosierdzia. Sens jej wezwań – prośba o litość nad nami – coraz bardziej pasuje do naszej sytuacji. Wschód chrześcijaństwa od wieków modli się modlitwą Jezusową, tradycyjnie będącą powtarzaniem wezwań podobnych do modlitwy biblijnego Bartymeusza. Modlitwy te można praktykować niemal przez cały czas.

• Trzeba być zawsze przygotowanym na spotkanie z Bogiem, nie da się już bowiem cofnąć apokalipsy. To wymaga nawrócenia i oddania Bogu swoich wcześniejszych błędów, grzechów i zdrad.

7. Chrześcijaństwo a innowiercy

(1)

Religie naturalne w Biblii

Czasy Eliasza wymagają nowego spojrzenia na stosunki chrześcijan i innowierców. W symbolu wdowy z Fenicji uwidacznia się przedziwna tajemnica, że Stwórca, który objawił się poprzez Jezusa Chrystusa, pozostaje w duchowym kontakcie z całą ludzkością. W każdym narodzie zdarzają się ludzie, którzy są posłuszni Bogu, pilnie słuchają Jego głosu w swoich sercach.

(2)

Termin „poganie” oznaczał mieszkańców wiosek, którzy w okresie popularyzacji chrześcijaństwa obstawali przy swoich naturalnych religiach. Nabrał on pejoratywnego znaczenia, dlatego niechętnie go używam. Niemniej jest to słowo tak utrwalone w języku, że nie zamierzam też od niego uciekać. Zaznaczam jednak, że dla mnie wyraz ten nie oznacza jakiegoś poniżającego traktowania, ale stanowi pewien termin techniczny. Zresztą także dziś jest wielu ludzi, którzy sami siebie tak tytułują lub stosują zamienne określenie „rodzimowiercy”.

(3)

„Ja jestem dobrym pasterzem i znam owce moje, a moje Mnie znają, podobnie jak Mnie zna Ojciec, a Ja znam Ojca. Życie moje oddaję za owce. Mam także inne owce, które nie są z tej owczarni. I te muszę przyprowadzić i będą słuchać głosu mego, i nastanie jedna owczarnia, jeden pasterz” (J 10, 14–16).

Izraelscy pasterze spędzali na noc różne stada w jedno miejsce do zagrody, żeby były bezpieczne. Rano pasterz wołał swoje owce, a one poznawały jego głos i wychodziły za nim zza ogrodzenia, choć były przemieszane z innymi. Chrystus wspaniale wykorzystuje ten obraz, aby nam uzmysłowić, że istotą przynależności do Jego owiec jest umiejętność odróżnienia Jego głosu spośród wszystkich innych.

W tym miejscu zapowiada coś zaskakującego. W różnych narodach żyją ludzie, którzy są posłuszni Jego głosowi, a On jest im Bogiem i Panem. Zjawisko to nie ma masowego wymiaru – ilustracją tego jest sam obraz wielu stad pomieszanych w zagrodzie. Są jednak niektórzy, nieliczni wśród innowierców, którzy poznali głos Chrystusa i za Nim poszli, a słyszeli go w swoich sercach i duszach.

(4)

„Odpowiedział jej Jezus: «Wierz Mi, kobieto, że nadchodzi godzina, kiedy ani na tej górze, ani w Jerozolimie nie będziecie czcili Ojca. Wy czcicie to, czego nie znacie, my czcimy to, co znamy, ponieważ zbawienie bierze początek od Żydów. Nadchodzi jednak godzina, owszem już jest, kiedy to prawdziwi czciciele będą oddawać cześć Ojcu w Duchu i prawdzie, a takich to czcicieli chce mieć Ojciec. Bóg jest duchem: potrzeba więc, by czciciele Jego oddawali Mu cześć w Duchu i prawdzie». Rzekła do Niego kobieta: «Wiem, że przyjdzie Mesjasz, zwany Chrystusem. A kiedy On przyjdzie, objawi nam wszystko». Powiedział do niej Jezus: «Jestem nim Ja, który z tobą mówię»” (J 4, 21–26).

W tym cytacie Jezus objawia siebie wobec kobiety z Samarii. Samarytanie istnieją do dzisiaj. Dla Judejczyków byli ludnością, którą traktowali z wyjątkową pogardą jako osiedleńców zajmujących miejsce wygnanych z tych terenów Izraelitów. Przyjęli oni namiastki religii mojżeszowej. Judejczycy podchodzili do nich bodaj gorzej niż do typowych pogan. Chrystus tymczasem właśnie wobec tej kobiety z obcego narodu dokonuje objawienia siebie. Tak jasno i czytelnie nie określał siebie wobec własnych rodaków, a nawet swoich uczniów. To przedziwne, bo ta kobieta nie cieszyła się dobrą opinią, żyła bez ślubu z mężczyzną, a wcześniej miała pięciu mężów. Chodziła do studni w południe, kiedy nikogo tam nie było, zapewne nie miała najlepszej reputacji. To przedziwne, ale właśnie ona rozpoznała głos Chrystusa i w Niego uwierzyła. Kobieta ta ogłosiła swoją wiarę w Jezusa, po czym jeszcze wielu jej rodaków w Niego uwierzyło. Mamy tu przykład tego, jak ci, którzy już jakoś wewnętrznie żyli w Duchu i prawdzie, na koniec przystali do Chrystusa, słysząc Jego głos.

(5)

Żaden Izraelita nie okazał Jezusowi takiej czci, jak to zrobili mędrcy ze Wschodu. Najpewniej byli to magowie perscy, ale brakuje nam o nich dokładnych informacji. Po liczbie darów sądzimy, że było ich trzech. Wędrowali oni długi czas pod wpływem nieznanych dziś nam proroctw i zjawisk astronomicznych (tzw. gwiazda betlejemska). To zadziwiające, jak ogromna była ich wiara i poddanie Chrystusowi. W ich wizycie objawia się kosmiczny aspekt historii zbawienia, kiedy przyroda, jakieś przedziwne proroctwa, wspólnota ludzkości z różnych narodów – wszystko to wskazuje na Jezusa jako Króla Nieba i Ziemi.

Także kolejne lata Jezus spędza wśród obcych, u których gości i może spokojnie funkcjonować. Wyjazd do Egiptu ratuje Jego życie przed ówczesnym władcą żydowskim – mordercą.

(6)

Zadziwiająca jest wymowa chrztu Janowego. Obmywano w nim pogan, którzy chcieli przystąpić do religii mojżeszowej. Było ich w antyku całkiem sporo. Biblia nazywa ich „prozelitami”. Jan chrzcił Żydów, a to znaczy, że w symboliczny sposób zrównał ich z poganami. Była to dla nich zadziwiająca praktyka, głęboko upokarzająca, niemniej wielu ten chrzest przyjmowało. Ten ryt przejęli również uczniowie Jezusa, który nakazał im chrzcić.

(7)

„Gdy wszedł do Kafarnaum, zwrócił się do Niego setnik i prosił Go, mówiąc: «Panie, sługa mój leży w domu sparaliżowany i bardzo cierpi» Rzekł mu Jezus: «Przyjdę i uzdrowię go». Lecz setnik odpowiedział: «Panie, nie jestem godzien, abyś wszedł pod dach mój, ale powiedz tylko słowo, a mój sługa odzyska zdrowie. Bo i ja, choć podlegam władzy, mam pod sobą żołnierzy. Mówię temu: Idź! – a idzie; drugiemu: Chodź tu! – a przychodzi; a słudze: Zrób to! – a robi». Gdy Jezus to usłyszał, zdziwił się i rzekł do tych, którzy szli za Nim: «Zaprawdę powiadam wam: U nikogo w Izraelu nie znalazłem tak wielkiej wiary” (Mt 8, 5–10). To zadziwiające, ale przykładem najwyższej wiary w Ewangelii jest Rzymianin.

(8)

„Gdy przybył na drugi brzeg do kraju Gadareńczyków, wybiegli Mu naprzeciw dwaj opętani, którzy wyszli z grobów, bardzo dzicy, tak że nikt nie mógł przejść tą drogą. Zaczęli krzyczeć: «Czego chcesz od nas, <Jezusie>, Synu Boży? Przyszedłeś tu przed czasem dręczyć nas?» A opodal nich pasła się duża trzoda świń. Złe duchy prosiły Go: «Jeżeli nas wyrzucasz, to poślij nas w tę trzodę świń!» Rzekł do nich: «Idźcie!» Wyszły więc i weszły w świnie. I naraz cała trzoda ruszyła pędem po urwistym zboczu do jeziora i zginęła w falach. Pasterze zaś uciekli i przyszedłszy do miasta, rozpowiedzieli wszystko, a także zdarzenie z opętanymi. Wtedy całe miasto wyszło na spotkanie Jezusa; a gdy Go ujrzeli, prosili, żeby odszedł z ich granic” (Mt 8, 28–34).

To wydarzenie także pokazuje pogan, ale takich, którzy – przeciwnie – nawet widząc wielki cud uwolnienia dwóch opętanych, tak są przejęci swoimi świniami, że odrzucają Chrystusa.

„Potem Jezus odszedł stamtąd i podążył w stronę Tyru i Sydonu. A oto kobieta kananejska, wyszedłszy z tamtych okolic, wołała: «Ulituj się nade mną, Panie, Synu Dawida! Moja córka jest ciężko dręczona przez złego ducha». Lecz On nie odezwał się do niej ani słowem. Na to podeszli Jego uczniowie i prosili Go: «Odpraw ją, bo krzyczy za nami!» Lecz On odpowiedział: «Jestem posłany tylko do owiec, które poginęły z domu Izraela». A ona przyszła, upadła przed Nim i prosiła: «Panie, dopomóż mi!» On jednak odparł: «Niedobrze jest zabrać chleb dzieciom, a rzucić psom». A ona odrzekła: «Tak, Panie, lecz i szczenięta jedzą z okruszyn, które spadają ze stołów ich panów». Wtedy Jezus jej odpowiedział: «O niewiasto, wielka jest twoja wiara; niech ci się stanie, jak chcesz!» Od tej chwili jej córka była zdrowa” (Mt 15, 21–28).

W tym przypadku widzimy także kobietę z obcego narodu i religii, która uwierzyła w Chrystusa. Ten poddaje jej wiarę próbie i znowu okazuje się, że poganka wykazuje się ogromnym zaufaniem wobec Niego.

(9)

„«Naprawdę, mówię wam: Wiele wdów było w Izraelu za czasów Eliasza, kiedy niebo pozostawało zamknięte przez trzy lata i sześć miesięcy, tak że wielki głód panował w całym kraju; a Eliasz do żadnej z nich nie został posłany, tylko do owej wdowy w Sarepcie Sydońskiej. I wielu trędowatych było w Izraelu za proroka Elizeusza, a żaden z nich nie został oczyszczony, tylko Syryjczyk Naaman». Na te słowa wszyscy w synagodze unieśli się gniewem. Porwali Go z miejsca, wyrzucili Go z miasta i wyprowadzili aż na stok góry, na której ich miasto było zbudowane, aby Go strącić” (Łk 4, 25–29).

Chrystus, źle potraktowany przez swoich rodaków, czyni im wyrzut i ich napomina, przypominając, że bywają poganie bardziej wybrani i doznający większej pomocy Boga niż cały Izrael.

(10)

W podrozdziale o objawieniu dialogicznym opisałem udział innowierczych kultur w kształtowaniu się objawienia historycznego. To zadziwiające, jak wiele jest w Biblii postaci będących wzorami wiary pochodzących spośród innych narodów. Nawet w honorowym rodowodzie Chrystusa wymienia się poganki: Tamar, Rachab i Rut.

(11)

Abram, ojciec trzech religii, protoplasta Izraelitów, był zapewne Aramejczykiem. Żydzi nie spadli z nieba, są to członkowie ludu, który w całości odstąpił od Boga, a jednocześnie w jakimś niewielkim bardzo stopniu u niektórych swoich przedstawicieli zachował wrażliwość na głos Stwórcy. Takim posłusznym temu głosowi człowiekiem był Abram. W nagrodę powstał z jego potomków cały wielki naród wyznawców Boga.

(12)

Ciekawa jest historia centralnego dla religii mojżeszowej ośrodka, jakim jest Jerozolima. Jak pisze E. Voegelin, to było miasto o szczególnym znaczeniu religijnym zapewne od zawsze, choć nie znamy dziś imienia czczonego tam boga, mówi się o Bogu Najwyższym. Jego przydomki – Shalom (Pokój), Zedek (Sprawiedliwość) – zostały przypisane do Boga Izraela zapewne po zdobyciu tego miasta i przeniesieniu tam kultu Jahwe. Wokół tego ośrodka przechowała się w późniejszych wiekach religia izraelska, ale Jerozolima miała korzenie pogańskie. Jej prastary kapłan Melchizedek stanowi nawet wzorzec dla kapłaństwa Chrystusa. W Biblii wręcz wypomina się Syjonowi, że jego ojcem był Amoryta, a matką – Hetytka. Najwyraźniej przed podbiciem przez Dawida miasto to było jakimś wielokulturowym tyglem. Eric Voegelin dowodzi na podstawie analiz językowych, że Jerozolima była głównym ośrodkiem religijnym zachodniej części Bliskiego Wschodu przed podbojem Dawida. To zadziwiające, że główne państwo izraelskie zostało zniszczone, ludność wysiedlona, a naród hebrajski ze swoją religią przetrwał właśnie wokół Jerozolimy, w Judzie. Jest jakaś niezwykła moc duchowa tego miasta i to starsza niż obecność tam Izraelitów.

(13)

Pascha jako ceremonia jest najpewniej starsza od judaizmu i prawdopodobnie pochodzi także z otoczenia kulturowego Izraelitów, co widzimy w Biblii, gdy w Egipcie Hebrajczycy obchodzą ją jako coś dobrze znanego. Kulturoznawcy odnajdują ślady jej celebracji także u innych ludów tamtego regionu. Święto to stało się później wspomnieniem wyjścia z Egiptu i zawarcia przymierza z Bogiem. W ten dzień Chrystus zawarł Nowe Przymierze z ludźmi, samemu za nich się ofiarując. Należy pamiętać, że w tamtym czasie ofiara była częścią rytu Paschy w świątyni. Baranek Boży zastąpił baranki ofiarne. Jak widać, najgłębsze pokłady świadomości chrześcijańskiej zbudowane są z pojęć przejętych z dziedzictwa kulturowego różnych ludów.

(14)

Bodaj największym wzorem pobożności w Biblii, któremu poświęcono osobną księgę, jest Hiob, również niebędący z pochodzenia Izraelitą. Ten poganin okazał się modelowym wiernym, później otoczonym szczególną uwagą Boga i wypróbowywanym. Wreszcie dostąpił on wielkich doświadczeń mistycznych: rozmawiał z Bogiem, słyszał Jego głos, doznawał wielu łask. Można pomyśleć, że chodzi tu o idealnego Hebrajczyka, tymczasem był to poganin.

Chrześcijaństwo miało trzy kolebki: Syjon, Ateny (filozofię) i Rzym (prawo i organizację). Dopiero w takim zestawieniu należy rozpatrywać fenomen tej religii.

(15)

W afirmacji dla innowierców nie wolno się jednak zapędzić za daleko. Szczególne łaski Boże odnoszą się do nielicznych spośród nich. Generalnie religie naturalne stały się groźną bronią zła przeciw wierze w Stwórcę i Jego Syna. Dlatego rozważania tego typu trzeba prowadzić niezwykle ostrożnie i z wyczuciem odpowiednich proporcji.

Bóg czynnie występuje przeciw martwym bogom wytworzonym przez ludzi. Arka w świątyni filistyńskiego Dagona powoduje obalenie jego posągu. Oznaczało to tyle, co zniszczenie boga uobecnionego w posągu. Przeraziło to Filistynów, którzy odprawili Arkę na wozie bez woźnicy. Przykazanie wierności Bogu jest pierwszym i najważniejszym. Nie wolno mieszać ani łączyć wiary w Stwórcę z imionami bogów religii naturalnych.

(16)

To ciekawe, że gdy mowa w Biblii o złu pogan, to chodzi o konkretne ohydne praktyki, takie jak magia, czary, rozwiązłość, ofiary z dzieci. Musieli oni wyznawać religie naturalne, bo inne nie były im jeszcze dane. Nie stanowiło to w stosunku do nich zarzutu, choć powtarzało się ostrzeżenie dla Żydów, żeby nie oddawali czci drewnianym figurom, jak to robiły narody ościenne. Taka praktyka nie mogła być traktowana poważnie w perspektywie wiary izraelskiej w Boga transcendentnego, a nie zaklętego w posąg.

(17)

Nie będziesz miał bogów cudzych przede Mną

Przesłanie pierwszego przykazania zaprzecza narzucanemu nam współcześnie przekonaniu, że Bóg jest jeden, a tylko religie są różne. Niektórzy twierdzą, że przykazanie to straciło sens. Skoro jest tylko jeden Bóg, to nielogiczne, aby można było czcić bogów, których nie ma. To nieprawda, ale żeby to zrozumieć, trzeba dokonać analizy samego zjawiska religii.

Bogowie to istoty nadludzkie, obdarzone władzą, często opiekuńcze dla jakiejś grupy, zwykle miasta, ludu, rodu. Wydaje się, że zjawisko bogów mogło być niekiedy blisko związane z animizmem, czyli wiarą w powszechną obecność duchów, w tym dusz ludzi, zwierząt i rzeczy oraz różnych innych istot duchowych dobrych i złych. W ramach pierwotnych wiar animistycznych występowało zjawisko totemizmu, czyli obrania sobie przez ród, lud ducha opiekuńczego i posługiwania się jego symbolem, figurą, emblematycznymi przedstawieniami. Od tych praktyk do prostych religii opartych na wierzeniach w opiekuńcze bóstwa jest bardzo niedaleko. Wobec opiekuńczego, patronalnego ducha można było sprawiać proste obrządki. Na większą skalę stawały się one religią, a duch opiekuńczy – opiekuńczym bóstwem. Nie chodzi mi o jakieś teorie religioznawcze, tylko o proste konstatacje, że dawni ludzie poszukiwali odniesień przedreligijnych i religijnych swojej społeczności do istoty metafizycznej, z którą wiązali swoje losy. Tak powstawali bogowie, zresztą mający zazwyczaj status bynajmniej nie absolutny, a jedynie ponadludzki.

„Bogów” w rozumieniu pierwszego przykazania jest wielu. Wierny ma czcić tylko Boga Izraela, jeśli rozpatruje go obok bogów innych religii. W tym aspekcie nie ma żadnego znaczenia, że większość z nich nie istnieje, będąc fantazją wiernych, a część to upadłe anioły uzurpujące sobie cześć boską. To wszystko jest bez doniosłości w sensie, że Bóg i inni bogowie są dla ludzi rzeczywistą alternatywą, jeśli chodzi o wiarę.

Znaczy to, że inni bogowie, owszem, istnieją jako rzeczywistość ludzkiej wiary. Dlatego właśnie i w tym kontekście wiara w nich jest zakazana. Nie ma innego imienia poza Imieniem Jezusa Chrystusa, którego wezwanie z wiarą może zgodnie z Biblią przywieść człowieka do zbawienia.

(18)

Po krańce ziemi

Podstawowym obowiązkiem każdego chrześcijanina jest być świadkiem Jezusa Chrystusa jako jedynego i wyjątkowego Boga i człowieka zarazem. Nie jesteśmy misjonarzami swoich kościołów, wspólnot, stylów życia czy też sposobów wyznawania. To są sprawy wtórne. Najistotniejsze jest to, aby mieć w sercu poczucie obecności Jezusa i Jego miłość do każdego człowieka. To, co nazywamy „wiarą”, jest przecież zaczątkiem duchowej miłości. Chrystus kocha każdego człowieka w sposób zupełnie niepojęty. Ludziom jednak trudno w to uwierzyć, że jest Stwórca, który nas kocha. Wolą swoje skomplikowane nieraz wierzenia i religie naturalne, które można po swojemu wyznawać, rozumieć, a nawet kształtować. Być panem swoich wierzeń to wielka pokusa. Czymś zupełnie innym jest stanąć w prawdzie o tym, że nie są potrzebne żadne skomplikowane mitologie i filozofie, a fakty dotyczące Boga jawią się jako dojmująco proste – On nas po prostu stworzył i naprawdę kocha. Niestety, ludzie poukrywali się przed Nim w swoich fantastycznych wierzeniach i wolą te swoje podszyte egoizmem pomysły oddalające ich od prostoty realnej sytuacji.

O perspektywach chrystianizmu uniwersalnego pisałem już wcześniej.

(19)

Błąd Pawła w Atenach

Nie jestem w stanie opowiedzieć tego, jak świadczyć o Chrystusie. O tym decyduje sam Jezus, który nas prowadzi w tym dziele. Dla mnie takim świadectwem wiary jest napisanie tej książki, wcześniejsze lata blogowania, a także inna działalność w Kościele. W tym zadaniu potrzeba oddać się prowadzeniu Ducha Świętego.

Mogę wskazać pewien specyficzny dla chrześcijan błąd w podejściu do ludzi innych kultur duchowych, zaprezentowany w Biblii na przykładzie poczynań Pawła w Atenach. Saul, zwany wśród greckojęzycznych Paulusem, głosząc Mesjasza, zawędrował do stolicy ówczesnej myśli, czyli do Aten.

„Paweł burzył się wewnętrznie na widok miasta pełnego bożków” (Dz 17, 16). Jako Żyd nienawidził wizerunków bóstw, to jasne. Pyszniące się na Akropolu świątynie były wielką chlubą Aten. Doskonałość rzeźby greckiej, dumy Greków, osiągnęła tutaj swój szczyt. Dłuto Fidiasza i jemu podobnych do dziś zadziwia i nie znajduje godnego naśladownictwa. Pawła to jednak mierziło i denerwowało – Żyd nie potrafił ścierpieć akurat takich dzieł kultury.

„Niektórzy z filozofów epikurejskich i stoickich rozmawiali z nim: «Cóż chce powiedzieć ten nowinkarz» – mówili jedni, a drudzy: – «Zdaje się, że jest zwiastunem nowych bogów» – bo głosił Jezusa i zmartwychwstanie. Zabrali go i zaprowadzili na Areopag, i zapytali: «Czy moglibyśmy się dowiedzieć, jaką to nową naukę głosisz?» (…) A wszyscy Ateńczycy i mieszkający tam przybysze poświęcają czas jedynie albo mówieniu o czymś, albo wysłuchiwaniu czegoś nowego” (Dz 17, 18–19.21).

Wiele nowinek przychodziło ze wschodu. Grecja w ogóle była pomostem pomiędzy wschodem i zachodem, wiele przyjęła z wpływów wschodnich. Jońskie miasta greckie na ziemi azjatyckiej przez stulecia stanowiły wręcz ostoję dla greckiej kultury, a późniejsze podboje Aleksandra poszły właśnie na wschód i uczyniły z Azji aż do Indii greckie dominium, w którym tradycje greckie i wschodnie mieszały się na wiele sposobów. Wschód był dla Ateńczyków ciekawy. Stamtąd przychodziły nowe wiary, takie jak Magna Mater, Mitra i inne. Kultura Minojska, prapoczątek greczyzny, miała korzenie kapadockie ze swoimi bykami i podwójnymi toporami. Grecy byli silnie związani z Azją, gdzie rozkwitały kultury starsze od nich o tysiące lat, które podziwiali.

Paweł przychodził ze wschodu. Przynosił jakąś nową, tajemniczą, misteryjną religię. Grecy lubili misteria. Naprawdę byli ciekawi czegoś nowego, wręcz prosili się o nowości. Wtedy Paweł, najwyraźniej mocno zdenerwowany na posągi i świątynie, ganił Greków, że prawdziwego Boga nie trzeba oporządzać w świątyniach: „(…) nie mieszka w świątyniach zbudowanych ręką ludzką i nie odbiera posługi z rąk ludzkich, jak gdyby czegoś potrzebował, bo sam daje wszystkim życie i oddech, i wszystko” (Dz 17, 24–25).

Święty Paweł odniósł się do świątyń z obrządkami wokół posągów, a przecież mówił do stoików i epikurejczyków, którzy byli ateistami… Oni uczestniczyli w życiu polis, także w uroczystościach religijnych, ale w nie nie wierzyli. Pobożny Żyd z nadwyrężoną psychiką na widok pyszniących się marmurowo-złotych bóstw zapomniał, do kogo mówi.

To właśnie był jego błąd. Prosili go (sic!) o nowość, a powiedział im to, co sami wiedzieli. Już zupełnie zdyskredytował się w ich oczach, podkreślając zmartwychwstanie, podczas gdy dla każdego Greka ciało było więzieniem, grobem dla duszy (gr. soma – sema), stąd powrót do niego wydawał się czymś absurdalnym. W wierzeniach orfickich i platońskich dusza nieczysta odradzała się w kolejnych wcieleniach, co stanowiło jakby karę, niewolę, przywiązanie do materii ciała – więzienia. Dusza oczyszczona pozostaje w nieśmiertelności. Dla nich zmartwychwstanie było karą.

Jest to najbardziej znana porażka Apostoła Narodów. Może gdyby powiedział to, co kiedyś sam Chrystus w nawiązaniu do Greków, kiedy to tłumaczył, że ziarno musi obumrzeć, żeby wydać owoc, łatwiej byłoby im zrozumieć sens wyzwolenia duchowego. Może gdyby jak św. Jan streścił grecką filozofię w słowach „Na Początku (Arche) było Słowo (Logos)’’, odnosząc całą jej mądrość do Chrystusa, zostałby lepiej przyjęty.

Z pewnością taka krytyka ze strony Pawła wobec swoich rozmówców, na dodatek zupełnie chybiona, nie była dobrym początkiem dialogu. Chrześcijanie, jak kiedyś uczeni w Piśmie, mają skłonność do wywyższania się ponad innych. Tymczasem mamy jak Chrystus umywać, jeśli trzeba, stopy osobom, które Bóg stawia przed nami do świadczenia o Nim wobec nich.