CZĘŚĆ II · ROZDZIAŁ 39

Podstawy duchowości

KONRAD TOMASZ

1. Ku zdrowej duchowości

(1)

„Ponieważ wiele studiowałem, mam wiarę wieśniaka bretońskiego, a gdybym jeszcze więcej studiował, miałbym wiarę wieśniaczki bretońskiej” (L. Pasteur).

Hasło „duchowość” zazwyczaj wywołuje skojarzenia gdzieś w okolicach mistrza Yody: trzeba się dziwnie zachowywać, dużo siedzieć i medytować, przemawiać, a nie mówić, i tak specyficznie się uśmiechać – współczująco wobec otoczenia. Należy mieć przy tym oczywiście kaptur (niektórzy posiadają go przy habitach). Od razu wiadomo, że taki mistyk to ktoś ponad, nadczłowiek. Wszystkie te skojarzenia są jak najbardziej mylne.

Pneumatikos – ludzie duchowi żyją według Pneumy, którą dwojako rozumiano. Po pierwsze jest ten dech, którym Bóg ożywił glinę przy stwarzaniu człowieka, ruach. Izraelici nie interesowali się konstrukcją człowieka, nie tworzyli precyzyjnej filozofii, dlatego trudno opowiedzieć, czym jest ruach w kategoriach antropologicznych. Trzeba pamiętać, że wypowiedzi hebrajskie i biblijne należy odczytywać przede wszystkim kierunkowo; pytać, co one wnoszą do mojego życia, a nie oczekiwać od nich jakiejś doskonałej precyzji. Jest to inny rodzaj logiki – logika pouczenia, a nie sądów i opisów, do jakiej jesteśmy przyzwyczajeni w paradygmacie greckim. Dlatego, gdy czytamy, że Bóg tchnął swój dech w glinę, a ta zaczęła żyć, to należy rozumieć te słowa w ten sposób, że ja dziś winienem pamiętać, iż moja sama zdolność życia pochodzi bezpośrednio od Boga. Znaczy to również, że mamy i możemy żyć z Bogiem i według Boga. Życie i jakaś obecność Boga w człowieku są ze sobą istotowo połączone. Ma to prosty skutek w grzechu, który jest odcięciem się od tej obecności, a więc śmiercią.

Druga interpretacja Pneumy wiąże się z rozumieniem nowotestamentowym i polega na uznaniu za nią Ducha Świętego. Żyć według Ducha znaczy tyle, co żyć według prowadzenia Ducha Świętego. Można długo rozważać, która interpretacja jest lepsza, ale tak naprawdę obie sprowadzają się do tego samego: człowiek duchowy żyje według Boga, a nie według siebie samego.

Należy dodać, że pierwsze rozumienie Pneumy bardzo blisko koresponduje z gnostycyzmem, który dostrzegał w człowieku boską iskrę. Stary Testament także poucza o Bożym pierwiastku w ludziach, co jednak nie generowało rozważań na temat wspólnej substancji, jakiejś boskości człowieka. Tam te tematy odczytywane w sposób ukierunkowujący człowieka są przejrzyste i zrozumiałe, pozbawione filozofii, ale wypełnione duchowością. Trzeba przy tym zaznaczyć, że samo określenie ludzi jako pneumatikos pochodzi z gnozy. Wymiana myśli między różnymi systemami metafizycznymi nie jest niczym niezwykłym; ważne jest, byleśmy ich ze sobą z tego powodu nie mieszali.

W tej książce „duchowość” oznacza życie według Ducha Świętego, bo taka interpretacja jest najprostsza i najbardziej czytelna. Jeśli nawet mówimy o dechu Bożym w człowieku (ruach), to i tak człowiek jako całość, jeśli dąży do świętości, zyskuje prowadzenie przez Ducha Świętego, który mu wszystko przypomina, jak to zapowiedział Chrystus.

Duchowość to pojęcie stricte chrześcijańskie. Nowy Testament stale ukazuje nam potrzebę życia według Ducha Świętego. Mówi się o życiu z Ducha i – przeciwnie – o życiu według ciała (co nie znaczy przeciw ciału). Mamy narodzić się z Ducha ponownie i żyć według Ducha życiem dzieci Bożych. Ten motyw przewija się przez cały Nowy Testament. Z czasem taką postawę nazwano „duchowością” właśnie od słowa „Duch”, czyli od Ducha Świętego. Każde inne użycie tego pojęcia (np. w innych religiach) jest zapożyczeniem, co prawda już w języku utartym, ale jednak mylącym. Innowiercy mówią o „duchowości” jednak, co oczywiste, nie w kontekście Ducha Świętego, ale w opozycji do materializmu. Często bowiem traktują materię i jej sprawy jako ostoję zła i przeszkodę w rozwoju. W istocie chodzi im o spirytualizm.

Duchowość to po prostu życie chrześcijanina w Duchu Świętym. Właściwie cały Nowy Testament mówi na różne sposoby o życiu według Ducha i cała Tradycja prowadzi nas do takiego życia. Duch potrzebny jest nawet po to, żeby powiedzieć: „Jezus jest Panem” (najkrótsze wyznanie wiary chrystianizmu). Każdy prawy czyn zanurzony jest w Duchu, każda dobra myśl i pragnienie. Duchowość może więc realizować się na tyle sposobów, ilu jest ludzi. Każdy ma swoją drogę, nie ma dwu takich samych. Jeden święty lepi garnki, drugi śpiewa piosenki, trzeci orze ziemię, czwarty pisze uczoności, piąty jest charyzmatykiem lub mistykiem. Póki to czynią na chwałę Bożą, posuwają się w duchowości.

Zdarza się jednak, że dzieje się przeciwnie. Może być upadły garncarz, pieśniarz, oracz, uczony, a nawet mistyk i charyzmatyk. Wystarczy chociażby pycha żywota. Wtedy to nie jest duchowość, tylko upadek i degeneracja.

Święty Ignacy Loyola dopowiedział, że zdolność takiego życia trzeba świadomie kształtować („ćwiczyć”), a proces ten nazwał „ćwiczeniami duchowymi”, „żeby pozbyć się nieuporządkowanych przywiązań, a gdy się już ich pozbędziemy, żeby szukać woli Bożej i odnajdywać ją w ułożeniu własnego życia tak, by zbawić duszę”. Wśród tych ćwiczeń możemy wyróżnić: „rachunek sumienia, rozmyślanie, kontemplację, modlitwę ustną i myślną oraz wszystkie inne czynności duchowe”. Według tego Świętego są to „Ćwiczenia duchowe mające na celu odniesienie zwycięstwa nad samym sobą i uporządkowanie swojego życia tak, by nie ulegać jakiemukolwiek nieuporządkowanemu przywiązaniu”. To ważne, Pan Bóg musi stanąć na pierwszym miejscu, przed wszystkimi ziemskimi przywiązaniami, które mogą prowadzić do grzechu lub zaciemniać ogląd prawdy.

(2)

Terminy „duchowość” i „mistyka” stosowane są zamiennie zwykle na oznaczenie doświadczeń przekraczających codzienne materialne doznania w kierunku metafizycznym. Kolejnym ważnym pojęciem jest „asceza”, zwykle kojarzona ze stylem życia odznaczającym się większą dyscypliną nakierowaną na wartości wyższe. Często obejmuje ona odmawianie sobie zaspakajania niższych potrzeb dla uzyskania dóbr wyższych, takich jak postępy w doskonaleniu siebie lub nawiązanie więzi z Bogiem. Asceza jest wysiłkiem człowieka – tak najłatwiej zrozumieć to zjawisko.

Słowo „mistyka” chyba najlepiej przełożyć jako doświadczanie Tajemnicy. Pochodzi ono prawdopodobnie od „misterium”, co z kolei oznaczało tajemne obrzędy przeobrażające człowieka. Grecki „mysterion” to też chrześcijański sakrament. Z kolei „mistykę” odnoszono wpierw do takiego odczytania Pisma, które pozwala przełożyć je na życie – chodzi o wydobycie sensów alegorycznych, pouczających. W najcelniejszym ujęciu mistyka to poznanie przekraczające (transcendentne). Ciekawe wyjaśnienie tego terminu wskazuje, że pochodzi on od greckiego „zamykać (oczy)” i odnosi się do patrzenia mimo zamkniętych oczu, nie przez cielesne oczy.

Duchowość we właściwym znaczeniu chrześcijańskim, gdyż z tej kultury pochodzi, oznacza życie według Ducha Świętego. W praktyce jest to proces doskonalenia człowieka według objawienia Bożego i prowadzenia Ducha Świętego.

Wszystkie te zjawiska mogą występować osobno. Można być ascetykiem z różnych przyczyn. Można prowadzić życie duchowe bez uprawiania ascezy. Można też mieć doświadczenia mistyczne bez ascezy i wcześniejszego uprawiania duchowości. Jednak dojrzałe życie duchowe nie obejdzie się bez ascezy. Oczyszczenie duchowe otwiera człowieka na doświadczenie Tajemnicy, czyli przekazu od Pana Boga. Takie połączenie jest typowe i w praktyce dosyć częste. Powstaje zespół zjawisk – człowiek wykonujący pracę duchową podejmuje wysiłek ascetyczny i bywa dotykany mistycznie przez Pana Boga. W ramach tej książki postaram się trzymać następującego rozumienia tych terminów:

• asceza to wysiłek samoograniczenia człowieka,

• mistyka do doświadczenie, rodzaj poznania,

• duchowość to przemiana życia według Ducha Świętego.

Mistyka stanowi jedną z dróg duchowości. Jest ona czynnością poznawczą, chociaż poznanie nie zbawia ani nie uświęca samo w sobie (jak to czasem twierdzi gnoza). Do zbawienia może prowadzić to, co sami z tym poznaniem zrobimy, jak się Bogu odwzajemnimy za miłość.

O mistyce w chrześcijaństwie mówimy dopiero w pewnych specyficznych sytuacjach. Nie każdy ćwiczący duchowo jest od razu mistykiem. Zazwyczaj droga duchowości indywidualnej – owych ćwiczeń duchowych – polega na tym, że dusza najpierw uświadamia sobie to, co powyżej opisałem, a następnie rozpoczyna świadomą przygodę ze swoim życiem. Rozpatruje je w świetle pouczenia Bożego w Słowie Bożym, które jest niejako zwierciadłem, w którym się przeglądamy. Logos stanowi doskonały wzór, w oparciu o który nas stworzono. Jest więc także kryterium naszej prawdziwości, tożsamości i dobra. Praktykując oczyszczenie, oczyszczamy w sobie obraz Boży. Żeby było to jednak możliwe, trzeba Boga poznawać, praktykować w trudzie i znoju tzw. studium, czyli po prostu naukę Kościoła o Bogu. Trzeba bezpośrednio obcować ze Słowem poprzez jego medytację (inaczej rozmyślanie, rozważanie – zamiennie w literaturze). Im serdeczniej to czynimy, tym bardziej wypełnia to nasze serca i czas. Prawdy wiary odnajdujemy nie gdzieś na zewnątrz, tylko w sobie dzięki duchowej intuicji, darom Ducha. Okazuje się, że Biblia i Tradycja opowiadają nam o nas samych w naszej pełni i głębi. Powoli przechodzimy w stan nieustannego obcowania ze Słowem. Poznanie Boga nieodmiennie skłania do uznania Jego piękna i potęgi, adoracji i bojaźni zarazem, zachwytu, fascynacji i trwogi. Wzrastają wiara, nadzieja i miłość poprzedzone pokorą i pobożnością. Wszystko to jest owocem rozważania Słowa w kontekście swojego życia. Konkretne tego sposoby mogą być różne, opisuje je m.in. św. Ignacy. Może to być modlitwa na głos (ale ze świadomością każdego słowa, a nie automatyczne, bezduszne powtarzanie), myślna, wyobrażeniowa (scen biblijnych), a wreszcie modlitwa serca. Warto wspomnieć też o modlitwie Imieniem Jezusa (kiedy sponiewieranej duszy nie stać akurat na więcej) lub modlitwie Jezusowej, opartej na aktach strzelistych. Czasem nawet wystarczy modlitwa milczenia i tęsknoty, kiedy jest naprawdę kiepsko. Stałe nawracanie się, inaczej zwane pokutą, z czasem prowadzi do radości dziecka Bożego. Generalnie nie ma radości bez uprzedniej pokuty i nie ma pokuty bez następującej po niej radości, nie w chrześcijaństwie. To wszystko nie jest jednak jeszcze mistyką, ale duchowością.

Mistyka w życiu chrześcijanina to doświadczenie Boga. Bóg je daje, komu sam chce. Nie jest ono konieczne do zbawienia. Wręcz trzeba pamiętać o tych, którzy są błogosławieni, bo uwierzyli, choć nie widzieli. Jeśli rozpatrujemy duchowość według zwykłych etapowych schematów, owocem takiego rozważania będzie kontemplacja czynna, zdziałana przez nas samych (nazywana także „czynnym skupieniem”). Jest to nieustanne wyrobione w sobie poczucie obecności Bożej przy nas. To także nie jest jeszcze mistyką. Również doświadczenia negatywne, bolesne, doświadczenia nocy nie są jeszcze mistyką. Za mistyczne stricte uznajemy dopiero doświadczenia wlane, porwania, uniesienia, zwane kontemplacją (skupieniem) wlanym albo biernym (otrzymanym, a nie zdziałanym). To właśnie jest w życiu chrześcijańskim mistyką, a jako taka pozwala nam ona poznać Boga.

Wiatr wieje, jak sam chce, a drogi Boże nie są naszymi drogami (wyobrażeniami). Jeśli spodobało się Panu unieść niecnego Szawła aż do siódmego nieba i ukazać mu siebie, to tak właśnie zrobił. Bóg najlepiej wie, jak się nami opiekować. Dlatego nie jest naszym staraniem osiągać mistykę, choć należy rozwijać się w duchowości. Cel naszych wysiłków stanowi świętość i to do niej prowadzi droga duchowości, a nie do mistyki. Tym chrześcijaństwo różni się od gnozy i ezoteryzmu.

Dlatego też z niejakim zdziwieniem przyjmuję, gdy niektórzy adepci WCCM i podobnych ruchów nowoerowych tytułują się „mistykami” i czynią z tego przedmiot dumy, gdy głoszą „mistykę”, upatrując jej w praktykach innych religii (zen, joga), względnie w doświadczeniach mistyki naturalnej czy sporadycznych praktykach rozważań biblijnych bądź – co obserwuję najczęściej – w złożonej, rozprężającej relaksacji. Niestety, poduszeczka na podłodze, a nawet kaptur nie czynią ani mistykiem, ani świętym. Wręcz przeciwnie, mogą utwierdzać w samozachwycie, a to już jest antyduchowość, umacnianie się w postawie przeciwnej Bogu i Kościołowi – poważna wada. Może to prowadzić do życia według ciała, domagającego się odprężenia, łatwego optymizmu i radości. Z pewnością nie jest to duchowość, ale wyrafinowana cielesność, która ma niewiele wspólnego z porządkiem Ducha i duszy.

(3)

Czasem zadajemy sobie pytanie, co właściwie robić, jak na daną chwilę się modlić. Ktoś kiedyś przykładowo wyznał, że poradzono mu czytać na głos Pismo Święte, tak jak robiono to dawniej. Przeczytał całą Księgę i niczego nie zaznał. Niecierpliwość to przeciwieństwo wiary, która zawiera w sobie przecież cierpliwe, ufne oczekiwanie, a nie wymagania. Liczy się czas poświęcony Bogu i nasza ufna wiara, nie zaś to, jak akurat się modlimy. Zapewne warto modlić się naturalnie, w sposób niewymuszony, szczerze przedstawiać Bogu siebie i swoje życie. Bóg chce być z nami w każdej sytuacji naszego życia, a Jego łaska buduje na naszej naturze. Metoda, jaką się modlimy, ma niewielkie znaczenie, trzeba po prostu dać się prowadzić poprzez chęci naszego serca wyrażane w modlitwie, względnie wybierać to, co przynosi największą duchową korzyść. Istotą jest nie tyle nasza przemowa, ale wsłuchanie. Bóg mówił poprzez impulsy serca, jednak trzeba chcieć słuchać, ukorzyć się, być gotowym na zmianę i nawrócenie. Szerzej o oświeceniu piszę w innym miejscu.

Nasza stała dyspozycja do kwestionowania własnych przyzwyczajeń i postaw w toku duchowej pracy sprawia, że duchowość opisuje się także jako przekraczanie samego siebie w aspekcie odpowiedzi na Boże wyzwania.

Skutkiem postępów duchowych jest m.in. także apatheia, czyli spokojne akceptowanie zdarzeń swojego życia, również tych niemiłych. Ma to związek ze skupieniem się na Bogu bardziej niż na kolejach własnego losu.

Pozostaje jeszcze pojęcie „ascezy”, które jest dosyć wieloznaczne. W pewnym uproszczeniu omówione wyżej terminy „duchowość” i „asceza” oznaczają w praktyce to samo. „Asceza” jest to niejako ujęcie tego samego zjawiska, akcentujące jednak negatywne i zubażające aspekty duchowości, ogołocenie siebie.

Duchowość nie jest czymś sztucznym ani wymuszonym. Polega na odkrywaniu własnej natury i jej oczyszczeniu jako skażonej grzesznością. To czuwająca obecność sumienia oraz rozumu. To odkrywanie sensu swojego życia w logice życia i świata (Logosie). To wyostrzenie świadomości, poszerzenie i pogłębienie percepcji. To wyzwalanie siebie do wzrostu, przygoda. To w końcu miłość najpierwotniejsza i wieczna, miłość Boża, absolutnie zachłanna i zazdrosna o każde drgnienie ludzkiego serca, ale i absolutnie łaskawa, obsypująca darami, królewska miłość z Pieśni nad Pieśniami: „bo jak śmierć potężna jest miłość, a zazdrość jej nieprzejednana jak Szeol, żar jej to żar ognia, płomień Pański”.

W duchowość trzeba chcieć wejść. Oblubienic zakazał budzić Umiłowanej, dopóki sama nie zechce (PnP). Kiedy miłość się budzi, dusza powoli staje się „chora z miłości” i pragnie coraz goręcej, bo „mój miły jest mój, a ja jestem jego”.

2. Cele duchowości

(1)

Duchowość nie jest tylko modlitwą, to całe życie, kształtowanie własnej egzystencji. Duch to napęd, ruch, to życie.

(2)

Celem duchowości jest świętość, życie według Ducha Świętego. W tym procesie następuje wykształcenie duszy. W naszym czasie dusze w ludziach są jakby martwe; ich śmiercią jest grzech. Działa on jak nóż wbity w ciało – paraliżuje sprawności duszy. Nie tylko sam grzech, bo także nawet bierne przyzwolenie na niego zabija duszę. Ćwiczenie bardzo powoli przywraca jej sprawność.

(3)

Odradzaniem się duszy i tego, co ją wypełnia, jest duchowość. Moc odrodzenia pochodzi z ofiary Chrystusa i stanowi zaczątkową postać zbawienia, czyli właśnie zmartwychwstania z grzechu i śmierci.

Pracujemy w duchowości nad duszą i jej władzami:

• rozumem – przy pomocy poznania, wiedzy, logiki, prawdy,

• wolą – daje samozaparcie, determinację, hart ducha, dobre wybory,

• sercem – oczyszczamy przeżycia i emocje.

Tym, co spaja duszę, jest prawość, przyzwoitość, uporządkowanie (gr. dikaiosyne – w Biblii oddane jako „sprawiedliwość”). Efekt jej rozwoju to właściwie skierowane uwielbienie w stronę Pana Boga oraz potępienie, odrzucenie złych czynów czy prowadzących do zła poglądów.

Praca władz duszy polega na rozumnym myśleniu, skutecznej woli i dobrej miłości. Duchowe cnoty duszy to wiara, nadzieja i miłość duchowa. W jakiś sposób stanowią one wyraz transcendencji duszy, ludzkiego przekraczania siebie. Wiara wyprzedza pracę rozumu i daje mu „paliwo” do myślenia. Nadzieja napędza pracę woli, dodaje energii do działania. Z kolei miłość duchowa (agape) tworzy związki z innymi Osobami i osobami.

Gdy odnawiamy duszę poprzez nawrócenie, czyli regenerację jej siły i działania, jej władze i przymioty rozkwitają. Dusza to duchowa część człowieka. Jednocześnie jest ona nośnikiem jego natury. Zabijana sprawia, że człowiek upada i się degeneruje. Odnowiona prowadzi do tego, że człowiek ma na powrót kontakt z samym sobą, może siebie poznać i żyć pełnią życia oraz swoich władz.

(4)

Duchowe odkrycie Pana Boga prowadzi do wielu efektów. Przynosi np.:

• pokój duchowy,

• radość, szczęście i błogość nieba,

• zrozumienie spraw duchowych,

• postawę wdzięczności i adoracji i wiele innych pomniejszych zjawisk, • na ostatku zjednoczenie z Bogiem.

(5)

Każda praktyka duchowa zmierza do uwewnętrznienia Ewangelii. Chrystus wzywa nas do stałego nawracania: „Nawracajcie się i wierzcie w Ewangelię!”.

(6)

Duchowość to czynna realizacja Wielkiego Przykazania: „Będziesz miłował Pana Boga swego z całego serca swego”, a także: „Szukajcie wpierw Królestwa Bożego i jego sprawiedliwości, a wszystko inne będzie wam przydane” oraz: „Przyjdźcie do mnie wszyscy strapieni – a ja was pokrzepię”. Modlitwa, studium, asceza, nawrócenie, pokora – to nic innego jak owo przychodzenie do Pana.

(7)

W przypowieści o porzuceniu wszystkiego dla jednego skarbu większego od innych, nadzwyczajnego widzimy, jak to jest z tym miłowaniem całym sercem. Trzeba porzucić dotychczasowe skarby, żeby zrobić miejsce dla Chrystusa.

(8)

Kolejnym efektem jest rozmiłowanie w modlitwie i rozważaniu. Rozważać możemy dniami i nocami, a modlić się nieustannie – jest to ideał znany od najstarszych wieków.

(9)

Żeby rozpocząć duchowość chrześcijańską, czyli właściwą wyznawcy Jezusa Chrystusa, wpierw należy uwierzyć w Trójjedynego Boga, a odrzucić wszelkich bogów innych religii, zjawiska ezoteryczne i okultystyczne (duchy przewodników, energie i ich kanałowanie itp.) oraz wszelkie inne moce, idee i osoby, które dotąd traktowaliśmy jako dobro ostateczne, cel naszych starań i najwyższy autorytet. To jest Pierwsze Przykazanie. Jeśli tego nie ma, nie możemy mówić o chrześcijaństwie. „NIE BĘDZIESZ MIAŁ BOGÓW CUDZYCH PRZEDE MNĄ’’. Jeśli istnieje jakaś duchowość, która nie spełnia tego warunku, nie jest ona chrześcijańska.

(10)

„BĘDZIESZ MIŁOWAŁ PANA BOGA SWEGO Z CAŁEGO SERCA SWEGO…’’

Człowiek nie stanowi sam dla siebie ostatecznego celu. Jest nim Trójjedyny objawiony nam w pełni przez Syna Bożego. Skupiamy się na Przedwiecznym w swojej duchowości, a nie na samych sobie. Jeśli więc ktokolwiek twierdzi, że duchowość ma służyć jemu samemu, to znaczy, że jego religią jest egoizm. Choćby przemawiał, jakby był wypełniony Biblią, nic by nie zyskał, bo nie ma w nim miłości. Choćby miał taką wiarę, żeby czynił cuda i przenosił góry, póki nie robi tego dla Boga w miłości, nic to nie jest warte. Choćby na swoją modłę nawrócił miliony, nauczył ich dbać o samych siebie, o swoje dobre samopoczucie, o równowagę emocji czy jakieś metafizyczne wglądy, póki to nie jest świadczenie na rzecz Ukochanego stanowi to wyraz egoizmu. Może on być nawet mistyczny, a wtedy okazuje się wyjątkowo perfidny. Miłość przymnaża chwały Trójjedynemu i Jego Imieniu, bo tylko tak może mu się przysłużyć; choćby tylko chwały w tym jednym gorejącym sercu.

3. Mistyka a duchowość

Mistyka to wgląd, doświadczenie „widzenia przez zamknięte oczy”. Duchowość jest szerszym pojęciem. Mistyka stała się modna dzięki New Age, gdzie oznacza zjawiska ezoteryczne i okultystyczne. Nazwanie czegoś „mistycznym” stało się dla niektórych po prostu przymiotnikiem synonimicznym do określenia tego czegoś jako arcy-, super-, ponad-. Twierdzi się, że chrześcijaństwo musi być mistyczne, żeby przetrwać. Są też osoby synkretyzujące jogę z chrystianizmem, które przedstawiają się jako „mistycy”. Poczuwają się w tym do pewnej nobilitacji, wyższego statusu. Taki „mistyk” nie potrzebuje Kościoła, wystarczy mu jego własne przekonanie nabrane w czasie praktyk. Dowiedział się i wie, nikt mu nic nie będzie wmawiał. To bardzo niebezpieczna postawa, a w istocie zła gnoza.

W Kościele celem jest nie mistyka, tylko świętość. Mistyka to zatem tylko droga, jedna z wielu prowadzących do świętości. W drodze tej, jak w każdej, można upaść. Mistyka stanowi proces poznawczy. Trzeba przy tym pamiętać, że nawet najlepsze poznanie nie czyni człowieka zbawionym ani lepszym. Żadna „wyższa świadomość” nie jest jeszcze zbawieniem. Pycha wiedzy to jedno z najstraszniejszych narzędzi diabła. Atakuje człowieka, który już doświadczył jakiegoś oświecenia. Mistyk może upaść na wiele sposobów, także nie posiadając odpowiedniego rozeznania duchowego i angażując się w fałszywe duchowości. Wiąże to się z brakami w studium, które pomaga rozeznawać. Może w końcu pozostać stosunkowo obojętny na najlepsze i najczystsze poznanie, nawet swoje, po prostu nie zmieniając zasadniczo swojego życia.

Te błędy to efekt oddziaływania gnozy i ezoteryzmu. W gnozie pneumatyk stanowi niejako najwyższą formę człowieczeństwa. Taki gnostycki człowiek duchowy rodzi się już lepszy od innych, ma w sobie boską iskrę, którą odkrywa poprzez mistykę. Poza tym są psychicy, czyli niższy gatunek ludzi, żyjący znośnie, bo według uczuć. Najniżej znajdują się somatycy, ludzie cieleśni, zajęci dogadzaniem swoim ciałom. Jak widać, pyszne zadufanie „mistyków” bierze się ze specyficznego światopoglądu, nawet jeśli nie zdają sobie sprawy z tej genezy, a jego ślady pozostały tylko w popularnych postawach.

Co ciekawe, ojcowie duchowości chrześcijańskiej także czasem stosowali taki trójpodział do opisania ludzkiej zbiorowości. Wskazane kategorie traktowali jako usposobienia konkretnych osób, a nie jako ludzi z różnego tworzywa, odmiennych kast, różnej przyrodzonej wartości. Poza tym odwoływali się do pełnego pojęcia duchowości, czyli życia według Ducha.

Duchowość to cała treść Biblii. Wszystko w niej jest utrzymane w temacie duchowości. Stary Testament jest cudownie konkretny – mądrość pochodzi z bojaźni Bożej, która wyraża się sprawiedliwością, czyli gorącym staraniem się o przestrzeganie Bożego Prawa. Tak brzmi najkrótsza definicja duchowości, w której zawiera się cała triada duchowa: oczyszczenie (wyzwolenie z grzechów – staranie się o Prawo), oświecenie (uzyskanie Mądrości), zjednoczenie (trwałe nabycie Mądrości, przywiązanie do niej). Właściwie cały Stary Testament obraca się wokół takiego modelu postępowania.

4. Zasady duchowości

(1)

Wybierając, co robić, warto pamiętać o prastarych zasadach pracy duchowej nad sobą. Kilka z nich przedstawiam poniżej.

(2)

Zdanie się na Łaskę. Gdy nie wiesz, co w tej chwili robić, po prostu się módl. Nie oczekuj cudu, raczej nie przyjdzie. Ciesz się samą modlitwą, bo ona jest obecnością Boga w tobie; sama w sobie jest cudem.

(3)

Pustynia. Odosobnienie służy spotkaniu Boga. Wystarczy jakaś izdebka czy choćby zamknięte oczy.

(4)

Zasada ekonomii. Zgodnie z nią powinniśmy wybierać to, co przynosi największą korzyść. Jeśli jakaś czynność nie przynosi żadnej korzyści, jest tylko zabijaniem czasu czy bezmyślną samowolą, to nie należy ona do życia duchowego. Korzyści mogą być różne, także zupełnie przyziemne, a najważniejsze są postępy w nawróceniu i uświęceniu siebie.

(5)

Zasada posłuszeństwa ojcu duchowemu. Obecnie znalezienie dobrego ojca duchowego to większy cud niż wszystko. Sporo o tych sprawach można przeczytać w Dzienniczku św. Faustyny Kowalskiej.

(6)

Jedyną trwałą przeszkodą w postępach jest grzech. Nieustanne oczyszczenie i rachunek sumienia z nawet pozornie niekiedy dobrych czynów, przyzwyczajeń, postaw otwierają drogę do przemiany. Duchowość w ogóle polega na oczyszczeniu z grzechów oraz przywiązania do spraw jałowych, duchowo bezwartościowych. Postępy w czystości, czyli świętość, to podstawa duchowości.

5. Rozum, wola, uczucia, prawość

(1)

W duchowości rozwijamy rozum na wiele sposobów. Przyjmujemy dobre natchnienia, świadomie je rozważamy, czyli rozmyślamy, jak je zastosować i jaki jest ich sens dla nas, wreszcie stosujemy się do nich. Odrzucamy fałsz i wyobrażenia, ściśle pilnujemy prawdy oraz realizmu. Uczymy się spraw Bożych, prowadzimy tzw. studium, czyli duchową lekturę. Poznajemy Boga, aby się do Niego upodabniać. Podejmujemy dialog wewnętrzny, słuchamy swojego wnętrza, czyli siebie z przeszłości, oceniamy, odpowiadamy, prostujemy.

(2)

Rozum jest podstawową władzą duszy na służbie Boga. Z Bożą pomocą jesteśmy w stanie uporządkować bałagan uczuć i chęci przez właściwe myślenie. Trzeba „nakarmić” rozum dobrą wiedzą i rozumieniem. Zdolność przyjmowania coraz lepszej wiedzy będzie rosła wraz z postępami duchowymi. Należy modlić się do Pana o prowadzenie w lekturze i nauczaniu.

Mamy badać rozumnie, oceniać samych siebie – na tym polega praca sumienia. Trzeba zadawać sobie pytania o własne myśli, słowa i czyny, sprawdzając tym samym, czy są z miłości, z miłością i dla miłości. Rozumnie możemy obserwować swoje odruchowe reakcje. Co mnie pobudza do uśmiechu? Co mnie smuci, co gorszy? Czy te reakcje są właściwe w świetle Objawienia? Nie chodzi o zadręczanie siebie wątpliwościami i pytaniami, tylko o realny ogląd sytuacji, poznanie własnych słabości i problemów.

Trzeba zacząć od radykalnego wyboru prawdy i realizmu. Przestać marzyć i dorabiać sobie dobre samopoczucie fantazjami. Prawda nawet za cenę straty, a jeśli trzeba, wbrew sobie, swoim odruchom, to jest dobry początek duchowości, która zawsze jest przekraczaniem siebie.

(3)

Kształtujemy swoje serce, czyli decydujemy się na porządkowanie i odrodzenie emocji oraz przeżyć. Wielki wpływ na serce ma też otoczenie, dlatego świadomie wybieramy środowisko, w jakim chcemy funkcjonować. To ogromna pomoc, gdy jest to społeczność ludzi autentycznie wierzących.

Wola poskramiana jest ascezą wewnętrzną i wszelką inną. Trzeba umieć kierować samym sobą w dobrą stronę, gdy chcemy „powściągnąć wodze” swojego zaangażowania, jeśli ciągnie do złego lub niepotrzebnego. Powściągliwość, umiar, umiejętność przestania na czas, powstrzymania się przed grzechem – to podstawowe cnoty. Jest to codzienna asceza naszej egzystencji. Nie przesadzać, nie być jednostronnym. Wobec stworzenia wraz z jego skończonością winniśmy zachować trzeźwy umiar. Niestety, jako ludzie zatraciliśmy go razem z deifikacją stworzenia.

(4)

Potrzeba nauczyć się dialogu wewnętrznego, zdrowego rodzaju introspekcji. Warto zadawać sobie pytania i przyjmować wszelkie odruchowe odpowiedzi, zwłaszcza te najgłupsze, ale wywołujące jakąś reakcję emocjonalną. To pomoże przestać wypierać nieakceptowane myśli i emocje, spychać je w nieświadomość, co tylko dodaje im sił. W dłuższej perspektywie spokojna rozmowa z samym sobą ma jakieś szanse powodzenia.

Nosimy w sobie zasady, nakazy i zakazy, które warto w sobie identyfikować i poddać kontroli woli. Są to wszystkie te siły, które można przełożyć na zdania typu: „Musisz…”, „Trzeba…”, „Należy…”, „Nie wolno…”, „Nie mogę…”, „Nie da się…”. Czasem występują w psychice pewne szkodliwe klincze, niestety uczymy się popadania w nie od innych. Przykładowo nosimy w sobie nakaz agresji, gdy druga osoba nie postępuje po mojej myśli. Jednocześnie bronimy się wewnętrznie przed własną agresją poprzez blokowanie jej zdaniem: „Ja tak nie mogę”, które stanowi niejako odcięcie w ogóle od takiej zdolności. Jest w tym fałsz. Wystarczy wytłumaczyć sobie i przyjąć do wiadomości, że agresja nie jest sposobem przekonywania innych, zamiast zderzać w sobie jedne emocje.

Wnętrze człowieka nieco przypomina komputer. Aby działać, gromadzi zasady postępowania, „zbiera programy” z całego otoczenia. Zważywszy, że żyjemy w upadłym świecie, to jasne jest, że gromadzimy w sobie śmietnik przypadkowych inspiracji i wpływów. Trzeba siebie „przeprogramować”: na niewłaściwe zasady odpowiadać dobrymi, umieć w sobie odnaleźć zło i mu zaprzeczyć, warto też chwalić tych, którzy dobrze czynią, doceniać dobro w otoczeniu, nazywać je w naszych wypowiedziach i myślach. Już to potrafi znakomicie zmienić nasze życie na lepsze, bo kieruje uwagę na dobro, skupia się na nim i „zbiera” dobre wzorce z otoczenia. W istocie jest to niekończący się proces wychowania siebie, który powinni rozpocząć rodzice, ale zwykle niezbyt im to wychodzi. Z tego względu wszyscy wchodzimy w okres świadomego życia raczej spaczeni.

Trzeba zacząć ze sobą rozmawiać. Należy zadawać sobie pytania, ale nie główkować nad odpowiedziami. Musimy pozwolić sobie, żeby myśli „same” powstały po chwili w naszej świadomości. Z początku pojawi się silna skłonność do wykoncypowania odpowiedzi, „główkowania”, żeby nasze refleksje były spójne z moim obrazem samego siebie – wyidealizowanym i odnoszącym się do naszych marzeń o sobie. To dość naturalne, ale trzeba na to zwrócić uwagę. Należy nauczyć się sięgać głębiej niż do twórczego umysłu, do pamięci i obserwacji. Trzeba wyciszyć wolę, a pozwolić na spontaniczne odpowiedzi z wnętrza.

Inna zła skłonność to depresyjne, niekończące się samooskarżanie, samoudręczenie. Tak też bywa. Bez względu jednak na wynik wglądu w siebie i jego jakość, nigdy nie należy się potępiać.

Tu nie chodzi o treść odpowiedzi, nawet jeśli są całkowicie pogmatwane albo ich nie ma bądź przepajają je pełne pychy ambicje. Zawsze oddawajmy je Bogu pod władzę. Ważne jest, żeby powierzyć Mu swoje intencje i przeżycia, opowiedzieć i Jemu, i sobie. Jeśli nie potrafię udzielić sensownej odpowiedzi, to nic nie szkodzi; nie należy się obwiniać z tego powodu.

(5)

Trzeba brać odpowiedzialność za siebie. Nie wystarczy powtarzać sobie, że wszyscy robią podobnie, że zło jest normalne. Ludzkość na ziemi nosi w sobie wpływ swojego władcy – Lucyfera, więc społeczne normy czy przeciętność nierzadko mało przystają do autentycznego dobra.

(6)

Jeśli chodzi o emocje, to konieczne jest odrodzenie, ożywienie szczerej i pełnej emocjonalności oraz uczuciowości. Zjednoczyć swoje życie z życiem Boga to zespolić swoje działania i dążenia z Bożym planem i wolą. Boga nikt nigdy nie widział, ale modląc się i żyjąc Ewangelią, a odrzucając grzech i wszelkie do niego przywiązanie, nawet nieświadome, możemy doświadczać Bożej woli, miłości, działania i chęci. To jest cel duchowości: żyć życiem Boga, chcieć tego, czego chce Bóg, zyskiwać dla Niego, przysparzać i przymnażać dla Niego.

Dla zjednoczenia pracy z Bogiem w celu cierpliwego stwarzania i rekonstrukcji rzeczywistości konieczne jest uleczenie emocji i przeżyć. Dobre emocje stają się czymś powtarzalnym i zwyczajnym dla danego człowieka – pewną postawą. Z kolei postawa, kiedy stanie się utrwalona, wypróbowana i pewna, zaczyna być cnotą. Inaczej mówiąc, są to stałe dyspozycje, niezmienne, realizujące się chęci czynienia dobra. Cnota to prawidłowo ukształtowany przymiot duszy, która przez to wzrasta, sprawiając, że postępuje integracja wewnętrzna. Cnoty lub wady to istotne elementy opisu każdego człowieka. Wraz z integracją postępuje poczucie siły, radości, spełnienia. Z kolei kiedy emocje są w nas zaburzone, kierują nami ku złu zamiast ku pożytkowi. Nawrócenie serca, jego „obrzezanie”, jak to nazywa św. Paweł, prowadzi do lepszego życia. Ten proces naprawy polega na dogłębnym i realnym odróżnianiu zła od dobra zgodnie z duchem Ewangelii.

Mamy kochać Boga całymi sobą, bo Bóg nas pragnie przy sobie całych, nie po kawałeczku. Miłość Boża jest zaborcza, ale i niewysłowienie hojna. Porywa ku sobie, żeby uszczęśliwiać na wszelkie sposoby. Jedyną ku temu przeszkodę stanowi grzech i nienaprawione wady – nieodrzucone chęci kierujące nas ku złu. W miłości z Bogiem troska o siebie ustępuje miejsca trosce o Ukochanego. On z kolei otacza troską człowieka. To wymiana miłości, to najlepsze, co człowiek może w życiu odnaleźć.

Clive S. Lewis pisał gdzieś obrazowo, że wiedza to głowa, ruch i czynności to kończyny, a łączy je korpus. We wnętrzu tym korpusem jest emocjonalność i to o nią w sposób szczególny chodzi w duchowości. Nie jest łatwo ją zmienić i naprawić, a właśnie ona sprawia, że żyjemy w taki, a nie inny sposób.

(7)

Duchowość w sferze woli przezwycięża stres, który jest napięciem woli bez ekspresji, zastygłymi w człowieku frustracjami. Jednak prawdziwa duchowość nie polega na pustej relaksacji i uprzyjemnianiu sobie życia. To jest życie, które staje się wraz z postępami na tej drodze coraz bardziej intensywne i wypełnione wrażeniami. Dlatego nie brakuje także stresu, ale wyrobione władze duszy i pomoc Boża pozwalają radzić sobie z problemami pomimo napięć i chwilowych niepokojów.

Duchowość w sferze rozumowej łagodzi rozemocjonowanie, brak uważności, skupienia. Człowiek bezmyślny, mało skupiony nie dokona zbyt wiele. Nawracanie serca z żądz światowych skutkuje lepszą pracą rozumu, większą świadomością siebie i sytuacji, w której się znajdujemy.

W sferze emocjonalnej duchowość rozładowuje psychiczne klincze, zderzające się zasady, zwalczające się wzajemnie w jednym człowieku emocje. Często odczuwamy „wdrukowany” pociąg do zła („Muszę to coś zrobić”), któremu przeciwstawia się histeryczna reakcja unieczynniająca zdolność („Nie mogę!”). Takie konflikty psychiczne paraliżują nas wewnętrznie. Człowiek duchowy odnajduje swoje martwoty i prowadzi ze sobą terapeutyczny dialog przy użyciu Przykazań Bożych, tak jak Jezus rozmawiał ze złym na pustyni cytatami z Księgi Powtórzonego Prawa.

W sferze prawości na drodze duchowej leczymy się z zepsucia i degeneracji w grzechach. Nazywamy to nawróceniem, powrotem do dobrego życia.

6. Świętość

(1)

Świętość ma coś naturalnie wspólnego z samotnością. Bóg jest samotny, jedyny. Człowiek ma rozmawiać z Nim w małej izdebce, zamknięty.

(2)

Doskonałość ludzka to nie to samo co świętość; ścieżki duchowe nie są bowiem ścieżkami ludzkimi. Bycie najlepszym na świecie w swoim fachu czy mistrzem świata w sporcie nie oznacza świętości. Nawet ogólna ludzka doskonałość moralna nie jest czymś tożsamym ze świętością, choć są sobie bliskie. Bóg wie, że nikt z nas nie jest dobry i że nie może osiągnąć zbawienia samodzielnie. Bóg powołuje nieraz do świętości najgorszych i najsłabszych, żeby pocieszyć tych mocniejszych. Skoro tamci mogli się podnieść, to wszyscy są w stanie to zrobić. Święty współpracuje z Bogiem. Każdy jest inny ze swoim temperamentem, darami od Boga, talentami lub ich brakiem. Dawid był rudy i mały, a został wielkim królem. Mojżesz miał wadę wymowy, a kazano mu ogłaszać Boże przesłanie. Świętość to nieuchwytna na sposób ludzki, ale wyczuwalna sercem obecność Boga przy człowieku. Pracując duchowo, otwieramy Bogu drogę do siebie, prostujemy ścieżkę, a to umożliwia pojawienie się tej obecności.

(3)

Święty żyje porządkiem nieba i Nowego Stworzenia. Przemienia w nie glebę ziemską. Adam – glina, człowiek – przyjmuje ziarno Słowa. Jest ono informacją, poprawionym duchowym DNA, które rośnie w człowieku. Na skutek tego powstaje życie, a z niego plon. Czym jest plon? To ziarna przekazywane dalej dla innych. Mogą to być dobre słowa, dobre myśli, czyny, akceptowane cierpienia.

(4)

Na progu świętości wielu staje się świętoszkami. Święty żałuje za swoje winy, świętoszek – za cudze. Święty pokutuje za siebie i innych, świętoszek karze innych za własne przewinienia,

(5)

Świętość to rodzaj przyjaźni z Panem Bogiem. Pan Jezus kieruje do nas pewną bardzo konkretną naukę na temat tego, kogo uważa za swojego przyjaciela, Otóż tym mianem nazywa człowieka, który szanuje i wypełnia Przykazania.

Można okazywać Panu Bogu tę przyjaźń, rozmawiając z Nim jako ze swoim przyjacielem na modlitwie, można Go pozdrawiać, widząc Jego znaki, takie jak kościół, krzyż, kapliczka, można opowiedzieć Mu o swoich kłopotach, problemach i prosić Go o jakąś pomoc w nich, a potem uważnie słuchać, czy skądś nie dochodzi jakiś wyraz Jego miłości. Za wszystko dobre należy dziękować, chwalić wielkie serce Boga i Jego pomoc. Z kolei za zło trzeba przepraszać. Przyjaźń Bogu możemy okazać, kiedy słuchamy Jego nauk i stosujemy się do nich, szczególnie do Jego przykazań, które są też przestrogami przed tym, co przynosi człowiekowi szkodę. Bóg wie, co dobre, On nas przecież zamyślił i stworzył. Przyjaciel przebywa sercem przy przyjacielu. Człowiek myśli o Bogu i nie zapomina o Nim, pilnuje się, żeby Go nie obrażać. Bóg staje się coraz bardziej obecny przy człowieku, gdy jest w jego świadomości, pamięci.

7. Pustynia

(1)

„– Nie mówisz nic, Panie. Nie zaczynasz rozmowy…

† Wolę, abyś ty zaczynała, abyś mówiła o swoich problemach. Nie chcę dyktować, ale rozmawiać. Niektórym Moim dzieciom dyktuję Moje Słowa. Z tobą wolę rozmawiać. Przygotowałem cię nie tylko do słuchania, ale także do stawiania pytań, przedstawiania problemów.

Nie wycofuj się z tej roli. Z każdym, kto Mnie słyszy[,] porozumiewam się nieco inaczej i lepiej zachować własny styl niż próbować naśladować innych we wszystkim.

– Czas ucieka, a ktoś, kto mógłby czynić wiele[,] tkwi w bezruchu…

† Panem czasu Ja jestem. A bezruch zewnętrzny jest potrzebny do intensywnego życia wewnętrznego – do jego wzbogacenia.

Czyż Ja nie poszedłem na pustynię, aby przygotować się do rozpoczęcia Dzieła Zbawienia?

Pustynią niekoniecznie musi być miejsce geograficzne. Jest nią każde pozbawienie działań i kontaktów z ludźmi – z tym, co zewnętrzne” (Jezus Chrystus [†] do Alicji Lenczewskiej [–], A. Lenczewska, Świadectwo, 713, pt. 23 X 87, g. 22:55).

(2)

Pustynia i czas dla Boga

Duchowość potrzebuje spełnienia odpowiednich warunków. Pierwszy to czas. Bóg Wcielony w przypowieści o zaproszonych na ucztę ze smutkiem skarży się, że ludzie nie mają dla Niego czasu. Są zbyt zajęci pospolitymi sprawami, odmawiają przyjścia na ucztę, czyli spotkania z Nim. Zajmują się swoim dobytkiem i błahymi sprawami z takim zaangażowaniem, że zapominają o najważniejszym.

Święty czas to wyrwa w normalnym życiu. Pisze o tym badacz religii M. Eliade. To musi być czas, przez który ciągłość ziemskich zjawisk i zdarzeń zostaje przerwana. Czas specjalny. W kalendarzu takim czasem są święta, które mają być poświęcone na sprawy Boże – na nadrobienie zobowiązań wobec Boga, sumienia, ludzi (rodziny, biednych).

Święty, czyli wyjęty z przyziemnej pospolitości, jest czas modlitwy. Kiedy uczymy się modlitwy nieustannej, ten święty czas uświęca całe nasze życie. Wszystko w życiu staje się święte i Boże.

Drugi święty, czyli wyjęty, oderwany element to miejsce. Bóg Wcielony uczy o tym, żeby akty wiary (modlitwę) podejmować w odosobnieniu, np. w zamkniętej izdebce. Może to być pustynia, na jaką wychodzili pobożni ludzie z historii Kościoła. Może to być sanktuarium serca choćby przy zamkniętych oczach. Trzeba jednak umieć się oderwać od rzeczywistości profanicznej, od pogoni za pieniądzem, dobrym zdaniem innych, pochwałą i nagrodą, zdrowiem czy czymś innym. Musimy mieć dla siebie i dla Boga święty czas i święte miejsce w odosobnieniu. To jest bardzo ważne.

Jednym ze współczesnych zaburzeń jest bycie nieustannie online przy użyciu mediów społecznościowych. Człowiek nawet we własnym łóżku dzięki internetowi rozciąga swoją wirtualną i psychiczną obecność jakby na cały świat. To euforyczne uczucie zastępujące prawdziwą transcendencję. Działa ono na umysły jak kokaina i właśnie jak narkotyk jest obecnie opisywane w kategoriach psychicznej patologii. Tymczasem odcięcie od świata czyni mnie wolnym.

Mistyka to obcowanie z Tajemnicą, to transcendencja, wychodzenie ze swojej izdebki poza wszechświat. Cyfrowe namiastki odbierają człowiekowi właściwe przeżycie modlitwy. Mistyka wymaga skupienia na tym, co prawdziwie wielkie i wartościowe, a odrzucenia kolorowego zgiełku świata.

(3)

Zbliżenie się do Boga staje się siłą rzeczy pustynią. Świętość to wyjęcie ze świata. Jakoś tak jest, że to się staje odczuwalne także dla innych, co widać na przykładzie współczesnych świętych.

Z drugiej strony, świat przestaje interesować ludzi duchowych, nie pociąga ich. Pozostaje się na świecie, ale już nie dla świata, nie dla jego uroków. Pustynia staje się darem, schronieniem przed światem z oknem do nieba.

(4)

Pustynia to samotność. Błogosławiona samotność, która uniemożliwia rozpłynięcie się w bezkształcie zbiorowego życia wspólnot ludzkich. Bycie samotnym zasadza się na poczuwaniu się do odrębności, samodzielności, do bycia osobą. Osoba może uczestniczyć we wspólnotach, gdy tego chce, a nie dlatego, że musi, gdyż inaczej nie potrafi czuć i rozumieć.

(5)

Bóg jest Wielkim Samotnikiem, który przychodzi na naszej samotności, a najbliżej nas jest w naszych nocach, naszych osamotnieniach. Człowiek duchowy przyzwyczaja się do osamotnienia wśród ludzi. To nie jest zagubienie, ale odnalezienie. Poczucie obcości świata pogłębia się wraz ze zbliżaniem się do Pana Boga i jest całkowicie dobre. Żyjąc duchowo, mocniej percepuujemy Boga, siebie, świat (każde z osobna). To normalne, to kawałek krzyża.

8. Asceza

„Asceza opiera się na prawdzie, że człowiek, w odróżnieniu od zwierzęcia, jest zdolny do kontrolowania instynktu w porządku wolności. Naturalne pragnienia człowieka nie są zdominowane przez sferę instynktów, ale przez przestrzeń wolności. Asceza oznacza panowanie nad własnymi skłonnościami, odpowiednią realizację tendencji naturalnych, wysiłek i ciągłe przezwyciężanie samego siebie” (R. Guardini, za ks. A. Kobyliński, Cnota odwagi, ascezy i milczenia według R. Guardiniego).

Asceza jest ciągłym przekraczaniem poziomu własnych pragnień oraz wysiłkiem rozpoznawania i wyboru tego, co słuszne. Stanowi wyraz wytrwałości, dzięki której siły ducha panują nad życiem instynktów. Bez niej nie ma żadnego poważnego zachowania etycznego, nie istnieje żadna prawdziwa kultura, ponieważ tylko cnota czyni człowieka zdolnym do odrzucenia tego, co fałszywe i do wyboru w królestwie wartości tych, które są najbardziej wzniosłe i szlachetne. Bez ascezy wszystko staje się jedynie kulturową gadaniną.

W perspektywie R. Guardiniego asceza oznacza ludzką zdolność do panowania nad sobą. Towarzyszy przejściu od poziomu poznania do działania. Jest siłą wewnętrzną, która pozwala realizować poznane dobro wbrew wszystkim przeszkodom wewnętrznym i zewnętrznym. W konsekwencji asceza pozwala czynić to, co jest właściwe, i myśleć to, co jest prawdziwe. Oznacza to, że w pewnym sensie asceza jest praktykowaniem odwagi: bycia sobą, niezależnego myślenia, patrzenia na świat własnymi oczyma, trwania we własnym wnętrzu.

Najprostszą formą ascezy jest wyrzeczenie, rezygnacja. Z kolei najgłębsze znaczenie tej cnoty dotyczy sublimacji siły instynktu i ducha, czyli jej przeniesienia na wyższy poziom egzystencji. W ten sposób człowiek oszczędza siły, nie angażując się w to, co jest „niskie”, aby móc realizować to, co jest „wysokie”. Na tym właśnie polega asceza w czystej formie. Tak o tej cnocie pisze ks. A. Kobyliński za R. Guardinim. Pięknie napisane.

Zastanawiając się nad tymi treściami, aż ciśnie się na usta proste stwierdzenie, że asceza to wybór większego dobra, ucieczka wprzód. To rozumne i świadome kierowanie sobą wbrew niższym popędom, instynktom i odruchom. Asceza stanowi część większego zjawiska – korzystania z wolności człowieka, wolności od własnych wewnętrznych uwarunkowań.

Dziś wolność to nośne słowo. Współczesny nietzscheański nadczłowiek, jaki jest wzorcem dla ludzi wyedukowanych ponietzscheańskim egzystencjalizmem, może nie być więźniem własnej emocjonalnej zwierzęcości, ale w warunkach zupełnej wolności jest w stanie wybrać, bo przecież zawsze mamy coś do wyboru, wolę mocy Pocieszyciela, która niesie światu wyzwolenie. Zbawienie to przecież także wyzwolenie od samoniszczących zniewoleń i uzależnień. Takie wyzwolenie pomnaża samo siebie, gdy wyzwolenie jednego zanosi samo siebie dalej i udziela się innym. Staje się ideą jednoczącą, a Moc Boża rozszerza swoją wolę na kolejne wyzwalające się jednostki. Taki człowiek byłby tytanem rozsadzającym okowy i pomnażającym życie, a na dodatek nie wyobcowaną monadą, ale zaczątkiem świata dobrych tytanów. Dokonałem tu takiej małej syntezy myśli nietzscheańskiej i chrystianizmu.

Byłaby to etyka nie zalęknienia, tylko uczestnictwa w najpierwszej i największej Mocy wszechświata, etyka ekstazy i fascynacji, szaleństwa zbożności w ascezie wyrzekającej się małości, płaskości i niskości na rzecz tego, co wielkie. Jest to wybór najlepszej i najgórniejszej Mocy.

To ascetyczna etyka i droga absolutnego oraz bezwzględnego gwałtu na płaskich i rozmamłanych oczekiwaniach całego świata, na jego marazmie, przez który ów świat zabił w sobie Boga. To zdobywanie Olimpu szturmem, jak Herakles ścinający Hydrze wszystkie paszcze. To wypłukanie z siebie za jednym razem całego łajna. To okiełznanie swoich najdzikszych koni. To jednoznaczność wbrew panującej dwuznaczności, dwulicowości (tzw. tolerancja, relatywizm, pluralizm, dwójmyślenie). To życie z sensem, czyli z jasnym przekazem, samookreśleniem i przesłaniem. Do gwałtowników należą nieba.

W wykrzywionym obrazie ascezy należy nieustannie się kajać, żałować, upokarzać. Nie tak czynią duchy wolne. Wyznanie grzechów i wyrzeczenie się zła to początek, żeby oczyścić naczynie. Po co komu jednak pusty garnek? Niech się wypełni pulsującą Mocą Najczystszego Ducha, czystym światłem poranka stworzenia i potęgą zgodzonych wewnętrznych władz i mocy człowieka. Stając przed Bogiem, serce samo z siebie uznaje swoją małość bez poniżania siebie. Nie rozgląda się na boki, nie czeka na pochwały, nie szuka zysku czy uwielbień. Wolność to potęga, a nie oczekiwanie poklasku czy pogłasku. To wyzwolenie od żalu do innych, bo czego nie dostałeś, tego nie masz, a to, co masz, musi ci wystarczyć. Trzeba wyrwać się z uwarunkowań zewnętrznych i wewnętrznych, jednocząc się z wolą tej Mocy, która jest bliżej mnie, niż ja sam. „Stój wyprostowany wśród tych, co na kolanach”, „Bądź wierny, idź” (Z. Herbert) – to jest asceza wolnego człowieka. Czasem płaci się za nią życiem. Nie szkodzi.

Wszystkie typowe zabiegi ascetyczne i umartwienia (posty, długie czuwania i inne) służą temu jednemu – wytrenowaniu swojej dyspozycji do dobra i opanowania swojej woli. To nie jest trening ciała ani jakichś władz magicznych. Chodzi o ukształtowanie charakteru w cnocie, co daje możliwość właściwego zachowania w każdych niesprzyjających warunkach życia, nawet tych skrajnych. Wymaga to oczyszczenia i zintegrowania wewnętrznego, skupienia na Bogu.

9. Troska o Boga i uwielbienie

(1)

„Daj Mnie pierwszeństwo. Najpierw Ja, potem ty”.

„Nie jestem już w życiu ziemskim, więc zastępuj Mnie”.

„Moja Matka troszczyła się o wzrost mego ciała; ty pracuj nad wzrostem mego Ciała Mistycznego”.

„Żyj we Mnie. Troszcz się o moją chwałę, o sprawy miłości. Zamieszkaj we Mnie” (Jezus Chrystus do Gabrielli Bossis; 1937 r.; G. Bossis, On i ja).

Dla mnie duchowość streszcza się w jednym słowie – w greckim therapeia. Wszystko inne ma znaczenie wtórne. To jednak wcale nie jest leczenie Ciebie, Miły Czytelniku, czy mnie. To nie są terapie psychologiczne, zabiegi oczyszczania umysłu i uzyskiwania równowagi emocjonalnej czy czegoś takiego. O, nie.

W Religijności starożytnych Greków W. Lengauera czytamy tak:

„Therapeia odnosi się nie tylko do sfery religijnej. Wyraz ten oznacza w ogóle troskę o coś lub kogoś, staranie i opiekę, także leczenie (stąd polski i obecny w innych językach wyraz «terapia»). W stosunku do praktyk religijnych termin ten oznacza całość czci i kultu bogów: therapeia ton theon. Jest to wyraz szacunku okazywanego bogom, troska o nich, która jest powinnością ludzi (…)”.

Kult bogów jest konieczny, aby utrzymać porządek świata, zachować ład i równowagę; niedbałość w tym zakresie narusza harmonię Kosmosu. Therapeia theon to gwarancja trwania Kosmosu. Za pozornie czysto formalną obrzędowością kryje się wielka idea religijna – bogowie stoją na straży porządku świata, a wyrazem tego ładu jest należny im ze strony ludzi kult”.

Z innych źródeł dowiemy się, że antyczni wyznawcy religii naturalnych w ramach kultu w świątyniach otaczali czczone idole wielką troską. Bóg był karmiony ofiarami. Posążek myto i codziennie namaszczono, a potem ubierano w drogocenne szaty. Boga okadzano, śpiewano mu pieśni, wychwalano go, obnoszono w procesjach. Ku czci i „rozrywce” bóstwa organizowano zawody sportowe i imprezy kulturalne, różne uroczystości, przestrzegano staranności obrzędów. Wszystko dla swojego boga.

Takie przykłady pobożności – pierwotnej, szczerej, nieskażonej egoizmem i chorymi ideologiami – znajdujemy u ludów czczących kawałki drewna i kamienia. Tam widzimy prawdziwego pierwotnego homo religiosus nieodstępującego od czci bogów i troszczącego się w całym swoim życiu o dobro swojego boga. Te wierzenia i rytuały czekały przez eony na przyjście Zbawiciela.

Nastąpiło wcielenie. Bóg wstąpił w materię. Człowiek może po tym najważniejszym w dziejach zdarzeniu nareszcie okazywać troskę i opiekę Bogu Wcielonemu! Jako wyznawcy Jezusa Chrystusa mamy tę wspaniałą możność objęcia swoją miłością i staraniem Boga Człowieka! Na taką możność czekały dziesiątki pokoleń i setki narodów. My wyniesieni do niezasłużonego zaszczytu z całą znaną homo religiosus troskliwością możemy obcować z Żywym Bogiem. Czyż jest większe szczęście?

Bóg, łącząc się ze światem, pozwala nam kochać siebie zarówno poprzez praktyki kultowe indywidualne i wspólnotowe, jak i poprzez akty miłości wobec swojego stworzenia. Na wiele tych aspektów wskazują powyższe cytaty. Kochać i wywyższać Boga, a umniejszać siebie – oto cały sens duchowości, ascezy i treść miłości. To jest najpierwsze przykazanie: „Będziesz miłował Pana Boga twego całym swoim sercem, całą swoją duszą, całym swoim umysłem i całą swoją mocą”.

Poprzez dzieło stworzenia Bóg umniejszył siebie, starł swoją wszechmoc, obdarzając nas autonomiczną wolą. Było w tym poświęcenie i samoumniejszenie, jakiego nie jesteśmy sobie w stanie wyobrazić. Do tego jeszcze Pan Bóg zbawił nas, doznając dla nas fizycznego unicestwienia. My, umniejszając siebie i oddając Bogu na powrót całe swoje życie, jedynie naśladujemy Stwórcę i domykamy koła miłości. Kto kocha, ma w sercu umiłowanego, nie siebie – Bóg nas, a my Jego. Miłość dopełnia się wzajemnością. Wszystko inne w duchowości ma znaczenie wtórne.

Patrząc w drugą stronę, jest to także test dla duchowości. Weryfikuje on, czy jej celem jest większe dobro dla mojego Boga, czy może mój interes, dobre samopoczucie, przyjemność. To pierwszy i najważniejszy sprawdzian, w którym wybieramy pomiędzy wiarą i przynależnością do Boga a egoizmem i jego przedziwnymi zabiegami jakoby duchowymi.

Paradoksalnie więc (jak zwykle w chrystianizmie) możemy powiedzieć, że jeśli chcesz być zdrowy duchowo, jak najusilniej praktykuj therapeię (troskliwość) wobec Jezusa Chrystusa, Jego Mistycznego Ciała i każdej duszy, której On pragnie dla siebie oraz każdego fragmentu Jego własności – świata stworzonego. Taka terapia daje gwarancję zdrowia.

(2)

Uwielbienie

„A wszyscy aniołowie stanęli wokół tronu i Starców, i czworga Zwierząt, i na oblicza swe padli przed tronem, i pokłon oddali Bogu, mówiąc: Amen. Błogosławieństwo i chwała, i mądrość, i dziękczynienie, i cześć, i moc, i potęga Bogu naszemu na wieki wieków! Amen. A jeden ze Starców odezwał się do mnie tymi słowami: Ci przyodziani w białe szaty kim są i skąd przybyli? I powiedziałem do niego: Panie, ty wiesz. I rzekł do mnie: To ci, którzy przychodzą z wielkiego ucisku i opłukali swe szaty, i w krwi Baranka je wybielili. Dlatego są przed tronem Boga i w Jego świątyni cześć Mu oddają we dnie i w nocy. A Zasiadający na tronie rozciągnie namiot nad nimi. Nie będą już łaknąć ani nie będą już pragnąć, i nie porazi ich słońce ani żaden upał, bo paść ich będzie Baranek, który jest pośrodku tronu, i poprowadzi ich do źródeł wód życia: i każdą łzę otrze Bóg z ich oczu” (Ap 7, 11–17).

Celem życia człowieka jest niebo. Apokalipsa pokazuje nam, co tam będziemy robić. Widać obraz aniołów i ludu Bożego wielbiących Boga. Uwielbienie to niebezpieczne słowo, którym ostatnio ludzie szastają bez opamiętania, odnosząc je do różnych przyjemności. Tymczasem odnosi się ono jedynie do Boga, tylko Boga można uwielbiać.

Niebo i piekło zaczynają się już za życia. Lud Boży uwielbia Boga swoim życiem, wybiera Jego za przedmiot swojego uwielbienia. Ludzie bezbożni uwielbiają samych siebie, przez co zapadają się w siebie, degenerują – konstruują własne piekło. Sąd Boga jedynie potwierdzi ludzkie decyzje i wysiłki, każdy osiągnie cel własnych dążeń. Dla bezbożnych – tak jak tego pragnęli – będzie to wieczność bez Boga w ogniu nienasyceń i niespełnionych potrzeb palonych tęsknotą.

Apokalipsa pokazuje nam zbawionych. Stoją przed Bogiem i opowiadają, co widzieli. Mówią, że Bóg sprawił wszystko – cały świąt i ich samych. Zanurzywszy się w tej prawdzie, okazują Bogu wdzięczność, zachwyt i uwielbienie, które płyną z owej prawdy i uczciwości. Tym samym zaspokajają swoją jedyną prawdziwą potrzebę – potrzebę odwdzięczenia się za własne stworzenie. Żyjąc tak, niczego więcej nie pragną ani nie łakną. Doświadczają pełni szczęścia i spełnienia. Odnajdują najgłębsze sensy swojego istnienia, jakie wynikają z obcowania z własnym Stworzycielem i Wybawicielem. Wdzięczność jest zdwojona, bo obejmuje także zbawienie, jakby ponowne stworzenie, kosztem największej ofiary, czyli ofiary z Boga.

Niebo zaczyna się za życia. Stając duchowo w obcowaniu z Trójjedynym Bogiem, odnajdujemy sens życia i poczucie szczęścia w Jego uwielbieniu, w zapatrzeniu, kontemplacji, w pokorze wobec Jego woli, a także w oddawaniu Bogu największej czci, do jakiej zdolny jest człowiek. To przynosi ogromną radość, poczucie szczęścia i spełnienia, przyjemność nieporównywalną z niczym innym, taką, która pokrywa wszystkie doczesne smutki, trudy i cierpienia.

10. Oczyszczenie

Logos, czyli Druga Osoba Boska, zawiera w sobie Boży zamysł stworzenia, cały ład, rozumność, porządek i logikę świata. Kiedy treści te odniesiemy do życia ludzkiego, stają się nam Prawem Bożym i jednocześnie pouczeniem. Rzecz w tym, aby zamiar człowieczy zgadzał się w każdej chwili z zamiarem Boskim. Wtedy dochodzi do zjednoczenia woli. W tym kontekście łatwiej zrozumieć najbardziej podstawowy sens moralnego oczyszczenia duszy jako wstępu do duchowości. Zakotwiczyć się w Jezusie Chrystusie to zakotwiczyć się w Logosie, w Prawie. Żyjąc w zgodzie z Logosem, czyli Prawem, i według oświecających natchnień, możemy dążyć do zjednoczenia.

Przeszkodą w pogłębieniu duchowości jest aktywny grzech i wszystko, co do niego prowadzi, w tym niewypleniona w sobie akceptacja zła i uległość własnym słabościom, czyli degeneracja, dyskusja z dobrem zamiast posłuszeństwa Bogu. Wszystko to i brak wiary są przeszkodami w postępie duchowym. Dlatego należy czynić rachunek sumienia nie tylko co do aktów grzesznych, ale i grzesznych skłonności, jakie w sobie czasem, nie wiadomo skąd, nosimy.

Nasze wnętrze podlega woli i kontroli, kiedy wchodzimy z nim w dialog. Słuchamy siebie i sobie odpowiadamy. Ogarniamy rozumem coraz większe obszary samego siebie, otwieramy zamknięte pokoje duszy. Dostrzegamy swoją szpetotę nie po to, żeby się potępiać, ale aby żałować i w ogniu Bożej miłości przepalać swoje nawyki emocjonalne, pewniki myślowe, przyzwyczajenia i skłonności. Uwalniamy swoje serce (ośrodek myśli i dążeń) do miłości, jest to nasza duchowa regeneracja, odbudowa, zmartwychwstanie. Wymaga to czasu. „Poznać siebie” – to prastare hasło nie straciło niczego z aktualności, dotyczy nie tylko dobrych rzeczy w sobie, ale też braków. Należy jednocześnie nawracać się i wierzyć w Dobrą Nowinę. Wiara bez nawracania się jest infantylizmem, z kolei nawrócenie (samoogląd) bez optymizmu Dobrej Nowiny wpędza nas w depresję i niemoc. To musi iść razem. Jest to zadanie na całe życie.

Oczyszczając siebie moralnie, stopniowo i coraz lepiej osadzamy się w Logosie. Żyć w Chrystusie to żyć w Logosie, czyli zgodnie z Ładem kosmicznym, w harmonii z Bogiem i otoczeniem, bez grzechu. Staję się Logosem, kiedy zrastam się z Nim funkcjonalnie i intencjonalnie. Już żyję nie ja, lecz Logos we mnie. Zjednoczyć się to stać się świadomą częścią Kosmosu (świata uporządkowanego przez Boga), wrosnąć w większą całość, ulegać jej, podlegać, pozwolić sobą kierować, złapać w żagle Boski wiatr i płynąć w z nim w zgodzie, czasem w nieznane.

Wspaniale to rozumieli ludzie pierwotni i najpierwotniejsze filozofie oraz mitologie. Świat odkrywano jako objęty harmonią i porządkiem, których należało strzec. Życie niezgodne z nim musi spowodować jakąś negatywną konsekwencję, katastrofę, karę z nieba itp. Ludzie bardzo się tego obawiali. Poznanie Logosu na daną chwilę nazywa się zwykle „Drogą”. Chrystus, objawiając nam siebie, nazwał siebie Logosem i Drogą. Jednocześnie ukazał siebie jako stwórcze i życiodajne Słowo Boga wypowiedziane w akcie stworzenia i zawierające w sobie cały plan Boży i Bożą wolę. Boski Logos nie stanowi części świata, ale jest ponad nim. Świat, jeśli chce być zdrowy, musi powrócić do Logosu i funkcjonować według niego. „Kto podąża za Tao, staje się jednym z Tao” – napisano w Chinach. To jest początek zjednoczenia. Dziś musimy w sobie przywracać ten zmysł metafizyczny i moralny, gdyż został zarzucony pyszałkowatością naszych czasów. Nic na świecie potężniejszego, a zarazem delikatniejszego niż ta harmonia. Wymaga naszej opieki, służby i obrony, wynagrodzenia za zło swoje i innych, dziękczynienia za dobro. Tak po prostu.

Istnienie Logosu było przeczuwane przez praktycznie wszystkie kultury. To jednak nie wszystko, bo to odwieczne oczekiwanie, Logos, przyszło na świat. Mamy więc także perspektywę zjednoczenia z Logosem Wcielonym w Jego ziemskim życiu. Treścią tego życia było pracowite 30 lat przeżyte w Świętej Rodzinie, w pracy i cierpliwym poniżeniu (Króla królów), potem 3 lata nauczania i cudów czynionych dla ludzi, 3 godziny heroicznego konania, 3 dni śmierci do zmartwychwstania, doświadczenie Otchłani i jej rozpaczy. Tej perspektywy nie mieli wyznawcy religii naturalnych, choć po części przeczuwali ją w mitach. Tę niezwykłą tajemnicę znamy wyłącznie my, chrześcijanie. Podążamy w swoim życiu faktycznie lub tylko symbolicznie (umrzeć dla świata – narodzić się, czyli niejako zmartwychwstać dla życia w Duchu) według tych okresów ziemskiego życia Słowa Bożego. Innowiercy odkrywali pojęcie Logosu, oglądając świat. Żydzi zostali pouczeni o Przykazaniach, a słuchając Boga, zbliżyli się do Niego. Wcielony Logos dopełnia oba te doświadczania – poucza o dobru i obrazuje je na swoim przykładzie. Moralność i stałe nawracanie siebie mają znaczenie absolutnie kluczowe, bo dopasowują nas do Bożych pragnień zapisanych w Logosie.

Katolicka teologia duchowości zbudowana na wzorcach neoplatońskich wyraża się w opisach opartych na stopniowaniach, etapach, szczeblach, piętrach itp. Neoplatonizm, który wypracował przejętą przez nas teologię mistyki, lubił gradacje (jak twierdzą znawcy). Z powodu wrażenia jakiejś nieosiągalności i abstrakcji płynącej z takiego obrazu czasem odstrasza to czytelników i adeptów duchowości. Wolę mniej popularne podejście tomistyczne, bardziej całościowe, choć niezatracające oczywistej logiki następstw w triadzie duchowej. W praktyce przecież oczyszczenie, oświecenie i zjednoczenie (czyli owa triada) nie są sztywnymi etapami; występują równolegle w stosunku do tych naszych władz i sfer życia, które faktycznie i realnie oddaliśmy Bogu.

Dlatego może niektóre z tych cząstkowych doświadczeń dostępne są także niewierzącym czy innowiercom, którzy w ramach swojej kultury uszlachetniają swoje postępki i dusze. Trzeba jednak pamiętać, że moc zbawczą niesie wiara w Logos wcielony pod imieniem Jezusa z Nazaretu. Nawet perfekcyjne uszlachetnienie siebie w oparciu jedynie o archaiczne przeczucie Logosu kosmicznego nie jest objęte w Ewangelii obietnicą zbawczą, gdyż było tylko przygotowaniem do Objawienia. Można powiedzieć, że osadzenie siebie w moralności Kosmosu – Logosu (oraz sprawiedliwości Królestwa Bożego) i wiara w Jezusa Chrystusa z Nazaretu stanowią razem jakąś całość, może nawet doskonałość.

Zwykle opisuje się, że droga duchowa to najpierw oczyszczenie, potem oświecenie i zjednoczenie. Bywają jednak oświecenia i wglądy wyprzedzające oczyszczenie, otwierające nowe horyzonty i nadzieje, nowe perspektywy przemiany. Nie wolno ich lekceważyć, ale trzeba rozważać je w sercu, jak robiła to nasza nauczycielka kontemplacji, Matka Boża, po zwiastowaniu.

Dobry Pan Bóg dopomaga nam w nawróceniu poprzez takie poruszenia, które (co jest bolesne) przewracają nasze skostniałe, apatyczne samozadowolenia i nawyki. Mówimy wtedy o nocy albo – nowocześniej – o dezintegracji pozytywnej. Trzeba to umieć docenić, choć w czasie przeżywania nocy nie jest łatwo. Bóg oczyszcza srebro w ogniu, w bólu. Nasze własne mniemania o sobie samych (zwykle bezkrytyczne) upadają, przekonanie o samowystarczalności zderza się z bezsilnością. Miękniemy, uczymy się dostosowywać do prawdy Dobrej Nowiny, do miłości, wiary, pokory. W ten sposób ćwiczy się nasza uległość, ale i wybucha nowa moc, nowa radość, lepiej odnajdujemy się w świecie i w Bogu, mocniej stajemy na ziemi i bardziej rozumnie się zachowujemy, chętniej przebaczamy. Cnota odbudowuje, regeneruje nasze człowieczeństwo i dodaje nam wiary, a wiara – energii i chęci do życia. Przez drogę krzyża zmartwychwstajemy do lepszego życia.

Dlatego do swojego oczyszczenia zapraszamy Boga i prosimy, żeby to On nas oczyszczał. Wtedy ukazywane nam są nasze słabości, winniśmy je oddawać Bogu i mieć w sobie wolę przemiany. Tak naprawdę oczyszczenie i oświecenie postępują jednocześnie, to jakby dwie strony tej samej monety. Gdy fałsz noszony w sercu zostanie odkryty i nazwany, oddany Bogu, to rozprasza się i daje miejsce na odkrycie prawdy od Boga, przynosi zrozumienie sensu Ewangelii w jakimś jej fragmencie. Człowiek w tym procesie przestaje dzielić świat na doczesność i mistykę, bo Bóg może na nas działać przez ludzi i sytuacje tego świata, kiedy Jemu się oddajemy albo ofiarować jakieś kontemplacyjne wglądy. Codzienność staje się mistyczna, a mistyka niekiedy nawet bywa codziennością. Kiedy perspektywą jest zjednoczenie z Bogiem w nieustającej adoracji, wszystko to, co jest pomiędzy nami zyskuje jedynie znaczenie instrumentalne, przy Bogu traci jakąś szczególniejszą wartość. Życie na ziemi, radości i bóle, ofiary i krzyże duchowe, a także doświadczenia mistyczne są tylko krokami w drodze do Niego. Tylko On ma ostatecznie znaczenie.

11. Oświecenie

„Była Światłość prawdziwa, która oświeca każdego człowieka, gdy na świat przychodzi” (J 1, 9).

„(…) i będą prorokowali synowie wasi i córki wasze, młodzieńcy wasi widzenia mieć będą, a starcy – sny” (Dz 2, 17).

Pamiętamy moment nawrócenia św. Augustyna. Gdzieś z oddali usłyszał okrzyk dziecka (pozornie przypadkowy): „Bierz i czytaj!”, a jakaś siła w nim skłoniła go do przyjęcia tego okrzyku do siebie jako nakazu do czytania Pisma Świętego. Tak zaczęła się jego przygoda z oświeceniem. Chwilę później pod wpływem doskonale trafnego dla jego sytuacji cytatu biblijnego, który rzucił mu się w oczy, napisał: „Ani nie chciałem więcej czytać, ani nie było to potrzebne. Ledwie doczytałem tych słów, stało się tak, jakby do mego serca spłynęło strumieniem światło ufności, przed którym cała ciemność wątpienia natychmiast się rozproszyła” (św. Augustyn, Wyznania).

To modelowa wręcz sytuacja nagłego oświecenia. Czynniki zewnętrzne spowodowane przez Boga (okrzyk dziecka, układ Pisma eksponujący właściwy cytat) oraz czynniki wewnętrzne (nagłe przekonanie popychające do czytania, a następnie wielka duchowa pociecha) tworzą sytuację iluminacji. Jedne potwierdzają drugie, a Bóg ukazuje się jako Pan zarówno materii, jak i ducha. Niezwykła pewność wynikająca z oświecenia to motor do dalszych działań. Następczy ogląd skutków, jakże tu pięknych (nawrócenie), dopełnia oceny tego zdarzenia.

Apostołem światła jest św. Jan. Rozważmy pouczenia zawarte w jego Pierwszym Liście.

„Syn Boży przyszedł i obdarzył nas zdolnością rozumu, abyśmy poznawali Prawdziwego” (1 J 5, 20). Ta zdolność wynika z namaszczenia duchowego: „Wy natomiast macie namaszczenie od Świętego i wszyscy jesteście napełnieni wiedzą” (1 J 2, 20). „Co do was, to namaszczenie, które otrzymaliście od Niego, trwa w was i nie potrzebujecie pouczenia od nikogo, ponieważ Jego namaszczenie poucza was o wszystkim” (1 J 2, 27).

Apostoł mówi o namaszczeniu przez Ducha zapoczątkowanym przez chrzest w Duchu, czyli współczesne bierzmowanie. Takie namaszczenie właściwie przeżywane trwa, a Duch stale przypomina ludziom Kościoła to, co ważne, jeśli do tego namaszczenia sięgają.

„Namaszczenie” to także termin często używany w duchowości charyzmatycznej. Rozumiane jest jako duchowe przynaglenie. Inne określenia wewnętrznych poruszeń to natchnienia, zachęty, pragnienia. Stanowią one istotną część duchowości. Gdy mówimy, że modlitwa jest wsłuchaniem się w Boga, mamy na myśli działanie Boga na człowieka ukierunkowujące naszą uwagę, wolę, emocje, które winniśmy umieć odczytywać i za którymi powinniśmy podążać.

Jednak nie każdy duch przemawiający czy działający przez człowieka jest Duchem Bożym. Zetknięcie z własnym wewnętrznym natchnieniem lub przekazem cudzego natchnienia wymaga rozeznania duchowego. Z Listu Apostoła możemy wywieść niektóre kryteria odróżnienia światła od ciemności. Te reguły stosują się do oceny przekazu zarówno od innych osób, jak i własnych intuicji:

1) „My jesteśmy z Boga. Ten, który zna Boga, słucha nas. Kto nie jest z Boga, nas nie słucha. W ten sposób poznajemy ducha prawdy i ducha fałszu” (1 J 4, 6).

Wspólnotą rozeznania jest Kościół Apostołów głoszący w zgodzie ze swoim depozytem wiary. Wierność nauce apostolskiej stanowi podstawowe kryterium rozeznania duchowego. Każdy nauczyciel duchowości chrześcijańskiej stanowczo to potwierdza, a najbardziej chyba św. Ignacy.

2) „Kto twierdzi, że żyje w światłości, a nienawidzi brata swego, dotąd jeszcze jest w ciemności. Kto miłuje swego brata, ten trwa w światłości” (1 J 2, 9–10).

Drugim kryterium jest miłość bliźnich. Natchnienie Boże nigdy przecież nie prowadzi do ich krzywdzenia.

3) „Po tym zaś poznajemy, że Go znamy, jeżeli zachowujemy Jego przykazania” (1 J 2, 3).

Kolejne kryterium stanowi wierność Przykazaniom i czystość życia.

4) „Umiłowani, nie dowierzajcie każdemu duchowi, ale badajcie duchy, czy są z Boga, gdyż wielu fałszywych proroków pojawiło się na świecie. Po tym poznajecie Ducha Bożego: każdy duch, który uznaje, że Jezus Chrystus przyszedł w ciele, jest z Boga. Każdy zaś duch, który nie uznaje Jezusa, nie jest z Boga; i to jest duch Antychrysta, który – jak słyszeliście – nadchodzi i już teraz przebywa na świecie” (1 J 4, 1–3).

Następne kryterium to wierność Jezusowi, jako jedynemu Pomazańcowi (Wybranemu spośród ludzi). „Któż zaś jest kłamcą, jeśli nie ten, kto zaprzecza, że Jezus jest Mesjaszem? Ten właśnie jest Antychrystem, który nie uznaje Ojca i Syna. Każdy, kto nie uznaje Syna, nie ma też i Ojca, kto zaś uznaje Syna, ten ma i Ojca” (1 J 2, 22–23); „Jeśli kto wyznaje, że Jezus jest Synem Bożym, to Bóg trwa w nim, a on w Bogu” (1 J 4, 15) – nietrudno to odczytać w stosunku do nowych orientalistycznych herezji, jakoby Jezus nie był wybranym, że to tylko jeden z wielu zbawicieli świata. Jest to kłamstwo Antychrysta. Każdy człowiek może być cząstkowym objawicielem, bo wszyscy nosimy w sercach obraz Boga. Dlatego różne filozofie i religie mogą nieść fragmenty dobrej wiedzy o Bogu. Jednak Zbawiciel jest tylko jeden. W poznaniu spraw Bożych pochodzącym z poznania naturalnego można znaleźć wiele pocieszenia, wiele uświęcenia. Jednak drogę do nieba otwarł Jezus Chrystus i tylko Jego zasługa była w stanie przezwyciężyć grzech świata.

Dla osób będących we wspólnotach modlitewnych pomocą w rozeznaniu mogą być ich współbracia. Niektórzy posiadają szczególne uzdolnienia w tym zakresie, a dar rozeznania duchów traktowany jest jako jeden z charyzmatów, także u św.

Pawła. Tak czy inaczej nie są to proste sprawy.

Odczuwane impulsy wewnętrzne mogą mieć trzy źródła:

• Duch Święty,

• sam człowiek ze swoimi przeżyciami, podświadomością, pragnieniami,

• duch zły.

Rozróżnienie w samym sobie tych zjawisk bywa nieproste i wymaga nieraz poważnej modlitwy. Święty Paweł poucza nas, że mamy „wszystko badać”. W stosunku do proroctwa, czyli pokrewnego zagadnienia, apostoł ten pisze, że wspólnota powinna roztrząsać proroctwo, co znaczy, że właściwy jego sens wymaga wypracowania poprzez dalsze zabiegi duchowe, a pierwsza intuicja może być nietrafna lub niepełna. Poza tym prorok ma dysponować swoim proroctwem. Nie jest to zatem siła przemożna, a dalsze postępowanie powinno być oparte na rozwadze: „A dary duchowe proroków niechaj zależą od proroków! Bóg bowiem nie jest Bogiem zamieszania, lecz pokoju” (1 Kor 14, 32–33). Święty Paweł uczy: „Ducha nie gaście, proroctwa nie lekceważcie! Wszystko badajcie, a co szlachetne – zachowujcie! Unikajcie wszystkiego, co ma choćby pozór zła” (1 Tes 5, 19–22). Nadmierny automatyzm i przesadne zaufanie własnemu rozeznaniu, a raczej jego brak, mogą bardzo szybko sprowadzić na manowce. Niechaj memento w tej sprawie będzie przykład geniuszy, którzy najpierw popchnęli myśl Kościoła bardzo do przodu, z pewnością kierowani przez Ducha, a potem odpadli od właściwego porządku, np. Tertulian, a w ostatnich czasach T. Merton.

Jedną z najpoważniejszych chorób duchowości stanowi bezkrytyczne zaufanie własnym intuicjom i zaniedbanie rozeznania duchowego. Pokrewny temu jest błąd iluminizmu, który popycha człowieka do zaufania wyłącznie własnym intuicjom. W ten sposób powstała niejedna herezja oraz sekta i niejeden ludzki upadek od tego się rozpoczynał.

Najpewniejszym kryterium rozeznania są owoce działania: „Po ich owocach poznacie ich” (Mt 7, 20). Pewną wskazówką może być to, że wola Boża często jest dla nas samych zaskoczeniem. Czasem wezwanie wiąże się z czymś, co wydaje się, że nas przerasta. Jako kryterium bywa wskazywane tzw. pocieszenie, czyli poczucie zbliżania się do Pana Boga, ukojenie. Pan Bóg włada także naszym poznaniem. Skoro natchnienie pochodzi od Niego, także i recepcja tego natchnienia powinna od Niego się wywodzić. Jak ważne jest tu działanie Boże, widzimy na przykładzie pożegnania Chrystusa z uczniami, kiedy to oświecił ich umysły, żeby rozumieli Pisma.

Odpowiedzialne podejście do tych tematów wymaga z pewnością równowagi wewnętrznej i świadomej czujności, tym bardziej że Boże oczekiwanie bywa przeciwne łatwym wnioskom płynącym z własnych, nawet duchowych, nastrojów. Na fali uniesień dusza powinna się raczej uniżać i szukać pokuty, a w czasie strapienia tym mocniej uwielbiać Boga. Intuicje duchowe nie pozbawiają nas wolności; ich przesłanie czasem wzywa nas raczej do dania im odpowiedzi, a nie do łatwego rozpływania się w nich.

Powtórzmy jeszcze raz to, co już pisałem. Przeżywanie doświadczeń religijnych nie czyni człowieka w żaden sposób lepszym ani nawet nie jest świadectwem jego „wyższości”, choć taki mógłby być wniosek płynący z wielu opisów duchowości opartych na stopniach i gradacjach. Drogi Boże nie są naszymi drogami, a Bóg czyni to, co sam chce. Można powiedzieć, że podstawowa dyskusja, jaką toczy Jezus z Nazaretu w swoim nauczaniu, to silna opozycja przeciw zarozumialstwu płynącemu z poznania i wiedzy religijnej. „Przeklęty ten lud, który nie zna Tory” – tak kwitowali zarozumialcy religijni prostych, nieuczonych, ale pobożnych ludzi, których właśnie nauczał Jezus. Fareizm to postawa wyniosłości i agresji z powodów religijnych. Dlatego Nowy Testament wielokroć naucza, że żadne proroctwo nie ma wartości samo w sobie (np. Hymn o miłości). Doświadczenia religijne nie są po to, żeby się nimi rozkoszować, ale żeby wyciągać z nich samodzielnie wnioski według pouczeń Ewangelii. Czyż to nie tak, że dar darmo dany upokarza obdarowanego, który nie jest w stanie go odwzajemnić?

Przeciwną temu postawę widzimy u ezoteryków, orientalistów i gnostyków (to w zasadzie ten sam światopogląd tylko w różnych wersjach). Tam doświadczenie duchowe ma czynić „mistykiem” (WCCM), pneumatykiem (duchowy nadczłowiek w gnozie), ezoterykiem, człowiekiem magicznym (Harry Potter) w przeciwieństwie do podludzi, mugoli. Tymczasem nierzadko Pan powołuje w szczególny sposób tych, co najlichsi i najsłabsi, żeby okazała się Jego moc. Doświadczenia religijne czasem dotykają ludzi szczególnie kalekich duchowo, żeby ich wspomóc i zachęcić. Kiedy Bóg zechce, to i oślica będzie prorokować, a kamienie zawołają na Jego chwałę. Doświadczenie religijne nie jest zasługą ani nagrodą, ani oznaką zasług. Czasem wręcz przeciwnie, dotyka osób w szczególnej duchowej nędzy. Błogosławieni są ci, którzy nie widzieli, a uwierzyli.

Ważna jest wolność człowieka w doświadczeniu religijnym. Ono nie jest po to, żeby się nim upajać ani żeby być nim zniewolonym, choć oczywiście trzeba zrazu pójść za Bożym wezwaniem, jednak to nie całość zadania. Dusza, korzystając z własnego rozumu i rozeznania, powinna dawać na to wezwanie odpowiedź zgodną z Ewangelią. Doświadczenia duchowe są impulsem do samodzielnego działania, a nie tylko wymuszonego Bożym popchnięciem. Bywały osoby uważane za mistyków, które całe swoje życie poświęciły na wyciąganie wniosków i rozważanie krótkotrwałych zjawisk duchowych, jakie wydarzyły się na początku ich życia duchowego. Duchowość człowieka to jego własna praca w pewnej relacji do natchnień Bożych albo i bez nich. To jest treść duchowości chrześcijańskiej, a nie postawy proponowane dziś przez „mistyków” z kręgów orientalistów czy New Age, nurzających się w metafizyce, zresztą nierzadko bezbożnej. Nie każdy, kto prorokuje, i nie każdy, kto woła: „Panie, Panie”, będzie wybrany. Z życiem duchowym bywają związane pokusy nawet bardziej podstępne i potężniejsze niż te wiążące się z cielesnością. Ważne jest, żeby nie pokładać zaufania w sobie i swoich wglądach, ale opierać je na Jezusie Chrystusie, Jego przykładzie i pouczeniu.

Tomiści czasem zwracają uwagę, że człowiek nie może doświadczać Boga, a doświadczenie duchowe jest doświadczeniem siebie samego w relacji do Boga. Może to i racja. Na tej podstawie można sformułować wniosek, zgodnie z którym wywyższanie siebie samego w takiej sytuacji jest jak pomylenie księżyca z jego odbiciem w stawie albo gapienie się na palec, kiedy mędrzec wskazuje nim na księżyc. Mamy wychodzić poza siebie, przekraczać siebie – wywyższać i uwielbiać naszego Pana, na którego wskazują wszelkie prawdziwe doświadczenia. Musimy też aktywnie jednoczyć się z Nim w Jego dziele.

Nie sposób opowiedzieć wszystkich istotnych zagadnień dotyczących oświeceń i rozeznania. Każdy wierzący na drodze duchowości obowiązany jest samodzielnie prowadzić studium odpowiedniej literatury, odbywać rekolekcje, konfrontować swoje doświadczenia z innymi wiernymi itp. w celu prawidłowego kształtowania życia duchowego. Bóg może oświecać poprzez każdy element rzeczywistości. Trzeba oddawać Mu wszelkie sygnały duchowe, prosić o pouczenie na drodze przemiany, pracowicie rozeznawać i rozważać uzyskane wglądy. Przewodnikiem w tym będą te szczególne impulsy w sercu, które je ożywiają, rozświetlają niektóre chwile i sytuacje jako ważne dla nawrócenia. Głos Boga potrafi być cichy, najcichszy ze wszystkich. Trzeba zatem stale być na niego otwartym i czujnym, żeby go nie przegapić.

12. Umartwienie

Dzieciątko na starych ikonach leży nie w żłobku, lecz w grobie. Dawny mnich w swojej celi spał w trumnie. Tańczący derwisz ma na sobie białą suknię na znak całunu i czarny kapelusz jako symbol kamienia nagrobnego. Buddysta medytuje nad rozkładem swojego ciała. Kreślę na swoim ciele znak krzyża. Ta rzymska szubienica – absolutne pohańbienie, męczarnia i długie konanie. Mój Bóg składa siebie w ofierze. Śmierć. Kto od niej ucieka, nie zrozumie życia.

Dzisiejsze smarkate, rozkapryszone i rozhisteryzowane na swoim punkcie pokolenie też zginie. Do tego czasu będzie się męczyć zamiast żyć, otumaniać, narkotyzować, popadać w nałogi i użycie – byle nie pomyśleć o śmierci. Śmierci, choroby, kalectwa przecież nie ma. W głębi jest jednak potrzeba śmierci i umartwienia – tym silniejsza, im bardziej wypierana. Jedni zatruwają świadomość prochami lub wódką. Inni kaleczą swoje ciała, tatuując je i przekłuwając. Jeszcze inni szukają ekstremalnych sportów i wrażeń, żeby stanąć oko w oko ze śmiercią. W każdej chwili w moim ciele tysiące komórek umiera, a w ich miejsce rodzą się następne. Sen – brat śmierci – zamyka mi oczy i padam bez życia. Wyobrażenia i oczekiwania są mordowane przez realia kolejnych chwil. Stary profesor wciąż powtarzał w książkach i wywiadach, że śmierć jest naszą porażką, cokolwiek byśmy za życia nie zdziałali.

Wielki Post to też czas, kiedy można przycinać winorośl. Zimowe umartwienie, wycofanie soków do korzenia sprzyja przycięciu i wyrzuceniu dziczków. Co za dużo, to niezdrowo. Trzeba odrzucić źle skierowane aktywności, oddalające się od głównego kierunku do słońca. Pozostanie silna, zdrowa łoza, która w czasie wegetacji odwdzięczy się słodyczą i rumianym gronem. Rozbuchana egzystencja oddala się od esencji. Trzeba ją uciszyć i nakierować, zrezygnować z niepotrzebnych ciągot. Szkoda życia, szkoda się rozdrabniać.

Pustynia. „Pod słońcem szatana” – jak to ktoś kiedyś nazwał. Nie ma hałasu, w którym można się ukryć. Nie ma ludzkich grup, w których można się rozpuścić.

Nic nie ma. Nic już nas nie łączy ze światem. Śmierć dla świata, ale i doskonała autonomia woli. Wolność absolutna, od wszystkiego. Niewysłowiona ulga. Nawet Szatan nie ma się za czym schować, musi stanąć w swojej postaci. Nie ma półcieni, światłocieni, tych tak ukochanych odcieni szarości. Jest tylko światło i cień, tak-tak, nie-nie. Nie ma nawet pokarmu. Ciało odpocznie od pogoni za miską kaszy.

Dobra i życiodajna jest śmierć w pustyni. Życiodajny krzyż święty wyciąga z nas złą śmierć, złe miazmaty zepsucia, oczyszcza i przemywa rany, wysysa truciznę węża. Dobra śmierć leczy z tej złej, szatańskiej. Drzewo Życia jest na Kalwarii. Dobrą śmiercią, umartwieniem pokonujemy złą śmierć, tak jak dobrym życiem pokonujemy upadłe, grzeszne życie. Zło zwycięża się dobrem. Katharsis wypala z nas złe wspomnienia i przeżycia. Choroba zanika bez pokarmu w uciszonej ogólnej witalności. Remanent, dziś mamy nieczynne.

Gliniane cegły w Biblii suszono na słońcu. My, z gliny ulepieni, hartujemy się na pustyni wraz ze Zbawicielem. Wyrabia się wewnętrzna wolność od władzy świata, od władzy ciała, od władzy diabła. Osłabienie ogranicza też mechanizmy obronne, już nie potrafimy się skutecznie okłamywać. Na pustyni nie ma z kim walczyć, spierać się. Nie ma jak karmić ego cudzym kosztem. Ta odrobina ogołocenia siebie skutkuje powrotem do naturalnego dobra.

Duchowość w ogóle to pustynia. To odejmowanie złych naleciałości, czyszczenie szyby, żeby przechodziło przez nią białe światło z nieba. To otwieranie drogi Bogu do świata, sprzątanie podwórka, wymiatanie śmieci i odpadków. Kto sam się wyrwał z życiowej sielanki i błogostanu, nie przestraszy się w życiu niepokojów. Kto sam się umniejszył, ten się już nie boi poniżenia od innych. Kto sam sobie zadał ból, nie lęka się bólu od świata. Kto sam sobie wszystko odebrał, nie obawia się strat w życiu. Kto się nauczył umierać, nie boi się śmierci.

Kiedy już wyleją się wszystkie łzy, kiedy wszystko się kończy, kiedy już nic wokół nie ma, okazuje się, że tylko jedna rzecz ma znaczenie. Jest to rzecz do tej pory poprzykrywana chwilowymi aspiracjami, lękami, resentymentami, tym egzystencjalnym zgiełkiem i harmidrem emocji. Sięgając do esencji, do źródła i sedna, znajdujemy tylko jedną tęsknotę. Pragnienie kochania i bycia kochanym. Na wieczność.

13. Duchowość Księgi Syracha

„Słuchaj mię, synu, zdobądź wiedzę i do słów moich przyłóż swe serce! Z umiarem objawię naukę i z troskliwością wyłożę wiedzę” (Syr 15, 24–25).

Duchowość jest to życie w Duchu Świętym i pod Jego prowadzeniem, czyli po prostu życie człowieka świadomie wierzącego. Praktycznie cała Biblia przesiąknięta jest duchowością. Zapisana w niej cała historia święta może być przez nas alegorycznie odczytywana jako nauka dla własnego życia. Wszelkie mądrości i pouczenia obu Testamentów możemy odbierać jako skierowane do nas. Psalmy i Pieśń nad Pieśniami to gotowe przykładowe zapisy modlitw, uczuć, postaw człowieka wierzącego – tutaj prowadzeni jesteśmy po prostu za rękę poprzez wewnętrzną przemianę. Nie ma w Piśmie miejsca, które miałoby inny cel niż zbawienie dusz wiernych. Konieczny jest jednak nasz udział. Wolność człowieka wobec Boga wymaga, żeby człowiek swoim uczynkiem manifestował wiarę. Może dlatego Pismo jest trudną lekturą, która dla odkodowania jego sensów wymaga wysiłku, lektur pomocniczych, wyjaśnień oraz układania sobie w sercu różnych fragmentów w całość, która w trakcie lektury wydaje się nam rozproszona. To wyzwanie i zadanie wystarczające na całe życie i wieczność dla każdego. Ani za trudne, ani za łatwe.

Postanowiłem to zobrazować na przykładzie Księgi Syracha. Spróbuję wskazać cytaty odnoszące się do porządku duchowej przemiany chrześcijanina, o czym pisałem już wcześniej. Księga ta, podobnie jak wiele innych, pokazuje nam ideał życia duchowego pobożnego Izraelity. Studiując różne teksty duchowe, warto zauważyć dwa zagadnienia znamienne dla duchowości:

• nie ma uniwersalnego opisu duchowości, jest ich wiele, a zjawiska duchowe są ujmowane za pomocą różnych pojęć i odmiennie wyróżniane,

• oczyszczenie, oświecenie i zjednoczenie – nie są od siebie oddzielone, ale się na siebie nakładają i przenikają; samo wyróżnienie triady jest tylko jedną z możliwych analiz teologicznych, wcale nie jedyną.

Starałem się ułożyć cytaty według pewnego logicznego porządku i opatrzyłem je króciutkimi komentarzami.

„Ich drogi od młodości prowadzą do złego, i nie zdołali uczynić swych serc cielesnymi zamiast kamiennych” (Syr 17, 16).

Serce kamienieje od grzechu, umiera.

„Nie polegaj na swoich bogactwach i nie mów: Jestem samowystarczalny. Nie daj się uwieść żądzom i sile, by iść za zachciankami swego serca. Nie mów: Któż mi ma coś do rozkazywania? Albowiem Pan z całą pewnością wymierzy ci sprawiedliwość. Nie mów: Zgrzeszyłem i cóż mi się stało? Albowiem Pan jest cierpliwy” (Syr 5, 1–6).

„Nie mów: Wystarczam sam sobie i jakież zło może mnie obecnie spotkać?” (Syr 11, 24).

Złudne poczucie samowystarczalności i żądze oddzielają duszę od Boga.

„Pamiętaj, że chodzisz wśród sideł i na krawędzi murów miasta się przechadzasz” (Syr 9, 13).

„Położył przed tobą ogień i wodę, co zechcesz, po to wyciągniesz rękę. Przed ludźmi życie i śmierć, co ci się podoba, to będzie ci dane” (Syr 15, 16–17).

Potrzeba czujności i stałego decydowania o swoim życiu.

„Któż zastosuje rózgi na moje myśli, a do serca mego – karność mądrości, by nie oszczędzić mnie w moich błędach, nie przepuść moich grzechów, aby się nie mnożyły moje winy i aby moje grzechy się nie wzmagały; abym nie upadł wobec przeciwników i nie sprawił uciechy mojemu wrogowi? Panie, Ojcze i Boże mego życia, nie dawaj mi wyniosłego oka, a żądzę odwróć ode mnie! Niech nie panują nade mną żądze zmysłowe i grzechy cielesne, nie wydawaj mię bezwstydnej namiętności!” (Syr 23, 2–6).

Potrzeba pomocy Bożej w życiu duchowym.

„(…) gdy zgrzeszysz, daj dowód nawrócenia!” (Syr 18, 21).

Nie wystarczy nawrócić się w myślach, trzeba to okazać życiem.

„W mowie jest chwała i hańba człowieka, a język może sprowadzić jego upadek” (Syr 5, 13).

„Początkiem każdego dzieła – słowo, a przed każdym działaniem – myśl. Korzeniem zamierzeń jest serce, skąd wyrastają cztery gałęzie: dobro i zło, życie i śmierć, a nad tym wszystkim język ma pełną władzę” (Syr 37, 16–18).

Narzędziem pracy nad sobą albo upadku jest język.

„(…) kto zważa na przykazania, składa ofiary dziękczynne” (Syr 35, 1).

Szacunek dla przykazań jest kultem Bożym samym w sobie.

„Znajomość przykazań Pańskich jest nauką życia, a ci, którzy czynią, co Mu się podoba, zbierają owoce drzewa nieśmiertelności” (Syr 19, 19).

„Dodał im wiedzy i prawo życia” (Syr 17, 11).

„Mądrość wywyższa swych synów i ma pieczę o tych, którzy jej szukają. Kto ją miłuje, miłuje życie, a kto dla niej rano wstaje, będzie napełniony weselem” (Syr 4, 11–12).

Pouczenie Boże w Prawie nie jest czymś zewnętrznym wobec ludzkiego życia tylko jego rdzeniem, przepustką do dobrego życia i nieśmiertelności.

„Cała mądrość – bojaźń Pana, a w całej mądrości jest wypełnienie Prawa” (Syr 19, 20).

„Koroną mądrości – bojaźń Pańska, dająca pokój i czerstwe zdrowie. A Pan ją przejrzał, policzył. Wiedzę i poznanie rozumu jak deszcz wylał, i wywyższył chwałę tych, co ją posiadają. Korzeń mądrości to bać się Pana, a gałęzie jej – długie życie. Bojaźń Pańska oddala grzechy, a kto się jej trzyma odwraca gniew” (Syr 1, 18–21).

Bojaźń daje mądrość, a mądrość dodaje bojaźni – to jedno i to samo. Bojaźń to nie lęk, tylko trzeźwa konstatacja wielkości Boga i własnej małości.

„Mądrość bowiem, zgodnie ze swą nazwą, nie dla wielu jest dostrzegalna. Całą duszą zbliż się do niej i strzeż jej dróg ze wszystkich sił! Ubiegaj się o nią, szukaj, a da ci się poznać, a gdy ją posiądziesz, nie wypuszczaj z objęć! Na koniec bowiem znajdziesz miejsce jej odpoczynku, a to ci się w radość obróci” (Syr 6, 22–28).

Mądrość nie spada z nieba, trzeba jej poszukiwać.

„Kto zachowuje Prawo, panuje nad swymi myślami, uwieńczeniem zaś bojaźni Pańskiej jest mądrość” (Syr 21, 11).

„Jeżeli pożądasz mądrości, chowaj przykazania, a Pan cię nią obdarzy” (Syr 1, 26).

„Dusza moja walczyła o nią i z całą starannością usiłowałem zachować Prawo; ręce wyciągałem w górę, a błędy przeciwko niej opłakiwałem. Skierowałem ku niej moją duszę i znalazłem ją dzięki czystości; z nią od początku zyskałem rozum, dlatego nie będę opuszczony” (Syr 51, 19–20).

„Ten, co Pana się boi, będzie tak czynił, a kto trzyma się Prawa, posiądzie mądrość. Jak matka wyjdzie ona naprzeciw niego i jak młoda małżonka go przyjmie. Nakarmi go chlebem rozumu i napoi go wodą mądrości. Oprze się on na niej i nie upadnie, zbliży się do niej i nie będzie zawstydzony. Wywyższy ona go ponad jego bliskich i pośród zgromadzenia otworzy mu usta. Znajdzie on wesele i wieniec uniesienia, i wieczne imię odziedziczy” (Syr 15, 1–6).

Starotestamentowe ujęcie duchowości nie rozdziela oczyszczenia od oświecenia, to jest jeden i ten sam proces. Mądrość przychodzi (oświecenie) do dusz oczyszczonych.

„Serce rozumnego rozważa przypowieści” (Syr 3, 29).

„Rozmyślaj nad zarządzeniami Pana, a przykazaniami Jego zawsze pilnie się zajmuj! On sam umocni twe serce, a pożądana mądrość będzie ci dana” (Syr 6, 37).

„Szczęśliwy mąż, który się ćwiczy w mądrości i który się radzi swego rozumu, który rozważa drogi jej w swym sercu i zastanawia się nad jej ukrytymi sprawami” (Syr 14, 20–21).

„Inaczej rzecz się ma z tym, co duszę swoją przykłada do rozważania Prawa [Boga] Najwyższego. Badać on będzie mądrość wszystkich starożytnych, a czas wolny poświęci proroctwom. Zachowa opowiadania ludzi znakomitych i wnikać będzie w tajniki przypowieści – wyszukiwać będzie ukryte znaczenie przysłów i zajmować się będzie zagadkami przypowieści” (Syr 39, 1–3).

„Jeżeli Pan Wielki zechce, napełni go duchem rozumu, on zaś słowa mądrości swej jakby deszcz wyleje i w modlitwie wychwalać Go będzie. Sam pokieruje swoją radą i rozumem, nad ukrytymi Jego tajemnicami zastanawiać się będzie” (Syr 39, 6–7).

Rozważanie (medytacja) Tory („Prawo”) ma wypełnić całe życie człowieka pobożnego. Łaska wspomaga rozważanie, przez które narasta oświecenie. Pomocą w tym służy pobożne studium.

„Wiedź rozmowę z rozumnymi, a każda przemowa twoja niech będzie o Prawie Najwyższego” (Syr 9, 15).

Medytacja wypełnia także życie wspólnotowe.

„Jam matka pięknej miłości i bogobojności, i poznania, i nadziei świętej. We mnie wszelka łaska drogi i prawdy. We mnie wszystka nadzieja żywota i cnoty. Przyjdźcie do mnie, którzy mnie pragniecie, nasyćcie się moimi owocami! Pamięć o mnie jest słodsza nad miód, a posiadanie mnie – nad plaster miodu. Którzy mnie spożywają, dalej łaknąć będą, a którzy mnie piją, nadal będą pragnąć. Kto mi jest posłuszny, nie dozna wstydu, a którzy przeze mnie działać będą, nie zbłądzą. Tym wszystkim jest księga przymierza Boga Najwyższego, Prawo, które dał nam Mojżesz” (Syr 24, 18–23).

Tak oświecająca Mądrość zapisana w Torze mówi o sobie. Człowiek, zakosztowawszy jej, nigdy nie ma jej dosyć. Ulega fascynacji.

„Przylgnij do Niego, a nie odstępuj, abyś był wywyższony w twoim dniu ostatnim” (Syr 2, 3).

„Nie przestawajcie być mocni w Panu, przylgnijcie zaś do Niego, aby was umocnił” (Syr 24, 24).

Bojaźń Pana jest początkiem umiłowania Go, wiara zaś początkiem zjednoczenia z Nim.

„Z całej siły miłuj Tego, co cię stworzył” (Syr 7, 30).

Krótkie i treściwe omówienie zjednoczenia duchowego, także w Kościele katolickim, bardzo często określane terminem „przylgnięcie”.

„Synu, jeżeli masz zamiar służyć Panu, przygotuj swą duszę na doświadczenie! Zachowaj spokój serca i bądź cierpliwy, a nie trać równowagi w czasie utrapienia!” (Syr 2, 1–2).

„Przyjmij wszystko, co przyjdzie na ciebie, a w zmiennych losach utrapienia bądź wytrzymały! Bo w ogniu doświadcza się złoto, a ludzi miłych Bogu – w piecu utrapienia” (Syr 2, 4–5).

Trudne doświadczenia uczą nas równowagi, apathei.

„Mała jest pszczoła wśród latających stworzeń, lecz owoc jej ma pierwszeństwo pośród słodyczy. Nie chlub się ubraniem, które cię okrywa, a w dniu twej chwały nie bądź zarozumiały: zdumiewające są bowiem dzieła Pana i zakryte sprawy Jego przed ludźmi. Wielu poniżonych zasiadło na tronie, i ten, o którym nikt nie myślał, nosił koronę. Wielu panujących bardzo zelżono i władców wydano w ręce obcych” (Syr 11, 3–6).

Także sukcesy nie powinny nas wytrącać z pokornej równowagi.

„[Mądrość] W początkach powiedzie go trudnymi drogami, bojaźnią i strachem go przejmie, dręczyć go będzie swoją nauką, aż nabierze zaufania do jego duszy i wypróbuje go przez swe nakazy; następnie powróci do niego po drodze gładkiej i rozraduje go, i odkryje mu swe tajemnice” (Syr 4, 17–18).

Duchowość to wyzwanie i przygoda, czasem trudna, ale potem pozwala nam się uradować.

„Jak wielkie miłosierdzie, tak wielka i Jego surowość” (Syr 16, 12).

Taki jest dobry Ojciec.

„Wielu jest wyniosłych i pysznych, lecz On objawia swe tajemnice cichym. Wielka jest bowiem potęga Pana i przez pokornych bywa chwalony. Nie szukaj tego, co jest zbyt ciężkie, ani nie badaj tego, co jest zbyt trudne dla ciebie. O tym rozmyślaj, co ci nakazane, bo rzeczy zakryte nie są ci potrzebne. Nie trudź się niepotrzebnie nad tym, co siły twoje przechodzi – więcej, niż zniesie rozum ludzki, zostało ci objawione. Wielu bowiem domysły ich w błąd wprowadziły i o złe przypuszczenia potknęły się ich rozumy” (Syr 3, 18–24).

Są to przepiękne w swojej prostocie praktyczne wskazówki dla człowieka duchowego.

„Czasem powodzenie przynosi człowiekowi nieszczęście, a niespodziewany zysk wychodzi na szkodę. Bywa podarunek, który ci nie daje pożytku, i bywa też taki, który podwójną przyniesie ci korzyść. Zdarza się poniżenie z powodu chwały, a znajdzie się taki, który po uniżeniu podniesie głowę. Czasem ktoś kupuje wiele za małe pieniądze, a płaci za to siedem razy więcej” (Syr 20, 9–12).

Sens tego cytatu dokładnie odpowiada wziętej z Zhuangzi taoistycznej anegdocie o chłopie, który na każdy zakręt życia powiadał „Być może”. Biblia jest pełna nieodkrytych ciągle mądrości, których niektórzy chrześcijanie szukają po całym świecie, mając je w ręce.

14. Różne duchowości

(1)

Chrześcijaństwo nie ma jednego ujęcia duchowości. Przykładowo różne zakony promowały własne szkoły tego rodzaju. Nie jest to zjawisko jednolite, ale można opisywać różne podejścia do niego i rozmaite sposoby praktyk duchowych. Poniżej zamieszczam niektóre tego przykłady.

(2)

Duchowość świętojańska

Poważnym nauczycielem duchowości jest św. Jan Chrzciciel. Ten największy spośród narodzonych z niewiast czynił rzecz niezwykłą – przygotowywał ludzi na przyjście Chrystusa. Jednocześnie nie głosił niczego pozytywnego – sam był skrajnym ascetą i taką właśnie ascetyczną naukę szerzył. Nie zmuszał jednak nikogo do odrzucenia świata, swojego zajęcia czy zwyczajnej drogi życiowej. Czynił coś dla nas o wiele straszniejszego – zmywał grzechy chrztem i nakazywał przemianę umysłu.

Niewiele z jego nauk zapisano, pozostało nam jedno niezwykle nośne stwierdzenie: „Prostujcie ścieżki Panu” (cytat z Księgi Izajasza). Ono nadzwyczaj wiele wyjaśnia:

1) między mną a Panem jest jakaś ścieżka,

2) człowiek może tę ścieżkę kształtować,

3) Pan sam przychodzi do człowieka, ale to zależy od stanu ścieżki.

1) Według Jana ścieżka duchowa powinna kończyć się przy Panu. Zawikłane, krzywe ścieżki gubią się, zwodzą. Może i mają gdzieś na odległym horyzoncie Boga, ale po drodze pojawia się tyle pobocznych wycieczek w ślepe zaułki, zapętlonych błędnych kół, że ta droga – choć każdemu z nas wydaje się, że prowadzi do ostatecznego dobra – bywa za długa i zbyt pokręcona.

Patrząc od strony człowieka, wydaje się, że ta ścieżka to typowy sposób postępowania, pewien utarty ciąg myślenia i odczuwania, który ma w jakiś sposób na horyzoncie spotkanie z Bogiem. Pytanie, czy nie jest to zbyt odległa perspektywa.

2) Jan nam uświadamia, że nasze ścieżki, owszem, w naszym rozumieniu mają u celu ostateczne dobro, co jednak nie znaczy, że wszystkie tam rzeczywiście doprowadzą. To zależy od nas. Sami wpływamy na nasze myślenie, nie jesteśmy zniewoleni żadnym fatum. Możemy wyrwać się z kołowrotu błędnych dróg rozumienia i spojrzeć bezpośrednio na Boga, który jest blisko. Później Maria, siostra Marty, swoim przykładem pokazuje nam, że Bóg znajduje się tuż obok, że na nic szukanie skomplikowanych i czasochłonnych sposobów na to, aby zacząć dobrze czynić; najpierw potrzeba przy Nim usiąść i spojrzeć w Jego twarz, a także obmyć Mu stopy swoimi łzami i oddać Mu to, co najcenniejsze, jeśli daleko odeszliśmy.

3) Czy nasza ścieżka dosięga myśleniem Boga? Czy przypadki naszego życia, których doświadczamy tu i teraz, odnosimy wprost do Boga? Czy o Nim pamiętamy? Czy interpretujemy świat w świetle Bożego światła, Bożej nauki, Bożej sprawiedliwości? Czy nie czynimy odstępstw, wyjątków, nie schodzimy na złe drogi?

Jeśli tak jest, Bóg w nas zagości. W tym życiu będzie dla nas przede wszystkim jako duchowy wewnętrzny Poruszyciel, który nami porusza, utrwala w nas cnoty i zalety. Tu, na ziemi, niewielu z nas jest mistykami oglądającymi Boga i przez Niego posyłanych (Matka Boża, anioły). Jednak każdy z nas, dobrze żyjąc, uczestniczy w Bogu jako Logosie, dobrym porządku. To jest nagroda sama w sobie, stanowiąca uzdolnienie, które w sobie inicjujemy dobrymi decyzjami; jest obecnością Boga w naszym życiu. To mistyka codzienności, nie gorsza od innych. Mistyka robotników winnicy, świętych lepiących garnki, budowniczych razem z Bogiem wznoszących domy. To obcowanie z Bogiem, do czego przywykamy, a tym samym nie doceniamy, co jest błędem. Zamiast wychwalać Boga za to, że w Jego poruszeniach dobrze przeżyliśmy kolejne chwile, nieustannie się nad sobą użalamy. Bóg jest przy nas tak blisko; staje się nam bliższy niż nasza własna natura. Kto to rozumie, docenia i czuje się za to wdzięczny, dostępuje jeszcze więcej łask.

Ścieżka koresponduje z pojęciem Drogi. Droga i ścieżka to sposób, pewne rozwiązania, wyjścia z sytuacji ukierunkowane na Boga i Jego obecność. Mają wymiar procesowy, stopniowy, prowadząc nas krok za krokiem. Droga, ścieżka obrazują dynamikę naszego życia, podążania w dobrym kierunku. Bóg nam mówi coś jeszcze – On sam jest Drogą. Tylko z Niego czerpiemy więc wiedzę o tym, która nasza ścieżka czy droga będzie właściwa, dzięki czemu, idąc nią, z Nim się zjednoczymy.

Cel więc nie uświęca środków, bo środki to właśnie te sposoby zachowania, ścieżki, drogi do celu. Wszyscy mamy szczytne cele, ale różnimy się drogami, które do nich prowadzą. Jak widać na podstawie nauczania św. Jana, to właśnie ścieżka (droga, wyjście, środek) może stanowić największy problem. Każdy z nas pragnie jakiegoś ostatecznego dobra, ale różnimy się w środkach, sposobach jego osiągania.

Komunizm był chorą ideą, której przyświecało na horyzoncie powszechne szczęście, a na co dzień – zbrodnia. Ta „dialektyka” niestety jest trucizną zatruwającą nasze sumienia od czasów raju. Słuchamy demona, który pokazuje nam fałszywe drogi do szczęścia, prowadzące gdzieś w bok od Boga, niby tylko przejściowo, bo przecież chodzi nam o „dobro”. Tylko w tej chwili musimy jednak postawić na swoim i kogoś skrzywdzić, pognębić, odstąpić z dobrej drogi. Na momencik… który czasem staje się wiecznością.

Trzeba też na koniec wyraźnie podkreślić coś jeszcze: ostatecznie to nie człowiek wstępuje na tę swoją drogę do Boga. To nie jest nauka osiągania ludzkiej doskonałości aż do ubóstwienia (jak u jakichś gnostyków czy ezoteryków). Przeciwnie, ostatecznie to Bóg schodzi do nas, żeby podźwignąć nas własną mocą. Chrześcijaństwo jest więc religią Boga zstępującego do człowieka. W tym celu należy naprostować swoje drogi, aby były dla Boga otwarte.

(3)

Duchowość posłania – przypowieść o ślepcu w szabat

„<Jezus> przechodząc obok ujrzał pewnego człowieka, niewidomego od urodzenia. (…) To powiedziawszy, splunął na ziemię, uczynił błoto ze śliny i nałożył je na oczy niewidomego, i rzekł do niego: Idź, obmyj się w sadzawce Siloam – co się tłumaczy: Posłany. On więc odszedł, obmył się i wrócił, widząc. A sąsiedzi i ci, którzy przedtem widywali go jako żebraka, mówili: «Czyż to nie jest ten, który siedzi i żebrze?» Jedni twierdzili: «Tak, to jest ten», a inni przeczyli: «Nie, jest tylko do tamtego podobny». On zaś mówił: «To ja jestem». Mówili więc do niego: «Jakżeż oczy ci się otwarły?» On odpowiedział: «Człowiek zwany Jezusem uczynił błoto, pomazał moje oczy i rzekł do mnie: Idź do sadzawki Siloam i obmyj się. Poszedłem więc, obmyłem się i przejrzałem». Rzekli do niego: «Gdzież On jest?» On odrzekł: «Nie wiem». Zaprowadzili więc tego człowieka, niedawno jeszcze niewidomego, do faryzeuszów. A tego dnia, w którym Jezus uczynił błoto i otworzył mu oczy, był szabat. I znów faryzeusze pytali go o to, w jaki sposób przejrzał. Powiedział do nich: «Położył mi błoto na oczy, obmyłem się i widzę». Niektórzy więc spośród faryzeuszów rzekli: «Człowiek ten nie jest od Boga, bo nie zachowuje szabatu». Inni powiedzieli: «Ale w jaki sposób człowiek grzeszny może czynić takie znaki?» I powstało wśród nich rozdwojenie. Ponownie więc zwrócili się do niewidomego: «A ty, co o Nim myślisz w związku z tym, że ci otworzył oczy?» Odpowiedział: «To prorok». Jednakże Żydzi nie wierzyli, że był niewidomy i że przejrzał, tak że aż przywołali rodziców tego, który przejrzał, i wypytywali się ich w słowach: «Czy waszym synem jest ten, o którym twierdzicie, że się niewidomym urodził? W jaki to sposób teraz widzi?» Rodzice zaś jego tak odpowiedzieli: «Wiemy, że to jest nasz syn i że się urodził niewidomym. Nie wiemy, jak się to stało, że teraz widzi, nie wiemy także, kto mu otworzył oczy. Zapytajcie jego samego, ma swoje lata, niech mówi za siebie». Tak powiedzieli jego rodzice, gdyż bali się Żydów. Żydzi bowiem już postanowili, że gdy ktoś uzna Jezusa za Mesjasza, zostanie wyłączony z synagogi. Oto dlaczego powiedzieli jego rodzice: «Ma swoje lata, jego samego zapytajcie!» Znowu więc przywołali tego człowieka, który był niewidomy, i rzekli do niego: «Daj chwałę Bogu. My wiemy, że człowiek ten jest grzesznikiem». Na to odpowiedział: «Czy On jest grzesznikiem, tego nie wiem. Jedno wiem: byłem niewidomy, a teraz widzę». Rzekli więc do niego: «Cóż ci uczynił? W jaki sposób otworzył ci oczy?» Odpowiedział im: «Już wam powiedziałem, a wyście mnie nie wysłuchali. Po co znowu chcecie słuchać? Czy i wy chcecie zostać Jego uczniami?» Wówczas go zelżyli i rzekli: «Bądź ty sobie Jego uczniem, my jesteśmy uczniami Mojżesza. My wiemy, że Bóg przemówił do Mojżesza. Co do Niego zaś nie wiemy, skąd pochodzi». Na to odpowiedział im ów człowiek: «W tym wszystkim to jest dziwne, że wy nie wiecie, skąd pochodzi, a mnie oczy otworzył. Wiemy, że Bóg grzeszników nie wysłuchuje, natomiast Bóg wysłuchuje każdego, kto jest czcicielem Boga i pełni Jego wolę. Od wieków nie słyszano, aby ktoś otworzył oczy niewidomemu od urodzenia. Gdyby ten człowiek nie był od Boga, nie mógłby nic czynić». Na to dali mu taką odpowiedź: «Cały urodziłeś się w grzechach, a śmiesz nas pouczać?» I precz go wyrzucili. Jezus usłyszał, że wyrzucili go precz, i spotkawszy go, rzekł do niego: «Czy ty wierzysz w Syna Człowieczego?» On odpowiedział: «A któż to jest, Panie, abym w Niego uwierzył?» Rzekł do niego Jezus: «Jest Nim Ten, którego widzisz i który mówi do ciebie». On zaś odpowiedział: «Wierzę, Panie!» i oddał Mu pokłon. Jezus rzekł: «Przyszedłem na ten świat, aby przeprowadzić sąd, aby ci, którzy nie widzą, przejrzeli, a ci, którzy widzą, stali się niewidomymi». Usłyszeli to niektórzy faryzeusze, którzy z Nim byli i rzekli do Niego: «Czyż i my jesteśmy niewidomi?» Jezus powiedział do nich: «Gdybyście byli niewidomi, nie mielibyście grzechu, ale ponieważ mówicie: „Widzimy”, grzech wasz trwa nadal» (J 9, 1. 6–41).

W Ewangelii św. Jana opisano niewiele cudów, ale każdy z nich ma ogromne znaczenie duchowe. W tej historii Pan Jezus wprost mówi, że chodzi Mu o to, żeby objawiły się sprawy Boże. Uzdrowienie to ma być dla nas nauką.

Cud ten nastąpił tuż po poważnej awanturze w świątyni, kiedy to uczeni chcieli ukamienować Chrystusa, który przebywając w Jerozolimie, zachowywał się wobec nich wręcz prowokacyjnie. Robił to jednak nie po to, aby ich złośliwie denerwować, ale żeby ściągnąć na siebie ich uwagę, by w końcu przejrzeli. Ryzykował, wywoływał skandale. Wiedział, że Jego czas już się kończy, a przecież miał tak wiele do przekazania. W Jerozolimie byli uczeni, a biedny, dobry Zbawiciel „stawał wręcz na głowie”, żeby ich pobudzić do myślenia, by okazać swoją mądrość i moc.

W tradycji rabinackiej, utrwalonej później w Talmudzie, w szabas nie wolno mieszać wody w celu leczenia ciała i oczu. Jezus o tym wiedział. Zgodnie z Ewangelią św. Marka innemu ślepemu pomazał oczy tylko śliną, ale tego nie posyłał do ludzi. Z opisu św. Jana wynika, że wręcz ostentacyjnie złamał ludzki zwyczaj, żeby przekazać coś Boskiego. Ukazał człowieka jako pana szabatu. Trudno bardziej jednoznacznie opowiedzieć o sobie jako o Bogu. Szabat to przecież typ i antycypacja nieba. Chrystus żąda od sobie współczesnych rewolucji w myśleniu i przejrzenia na oczy: to On jest Bogiem. Podaje aż za wyraźny przekaz i dowody na swoją władzę.

Ślina pochodzi z ust, a usta to słowa, mowa. Usta Jezusa idą razem ze ślepcem. Jezus osadza się na nim poprzez swoją ślinę. Słowo Boże uzdrawia – ta prosta prawda znana jest każdemu charyzmatykowi.

Ślepiec idzie do Posłania – Siloe (jest zatem posłany do Posłania, co dodatkowo wzmacnia ten symbol), gdzie zostaje uzdrowiony. Jezus i Jego słowo, które stanowi główną część posłania, to droga do uzdrowienia. Taka jest też prawda o życiu duchowym: im więcej głosisz, tym bardziej jesteś uzdrawiany. Ślepiec na ślepo idzie tam, gdzie został posłany. Jego posłaniem jest głoszenie Jezusa, choć jeszcze nie zdaje sobie z tego sprawy. Jest jednak posłuszny. Idzie, z trudem znajdując drogę, ćwicząc w sobie wiarę i nadzieję. Jednocześnie po uzdrowieniu szybko wybucha w nim miłość. Sprostał pierwszej próbie – poszedł na ślepo, uwierzył. Wtedy dopiero doznaje uzdrowienia.

Dzieje się to po tym, jak były ślepiec, znacznie lepiej ukształtowany duchowo niż większość uzdrawianych przed nim ludzi, na przekór wszystkim śmiało głosi Jezusa, nawet wbrew zalęknionym rodzicom. On – żebrak – wobec faryzeuszy zachowuje się wręcz wyzywająco, wywołuje skandal zupełnie tak samo, jak jego Mistrz swoim zachowaniem wobec możnych. Posłanie uczyniło z niego zdrowego człowieka, kogoś, kim nigdy nie spodziewał się być – mędrca. Rozumie już znacznie więcej niż wszyscy uczeni. Posłanie uczyniło z niego bowiem bohatera, który nie boi się już nikogo. Obmyty wodą Posłania, niczym chrztem, stał się nowym człowiekiem, Bożym herosem. Jego radosny heroizm z kalekiego żebraka czyni go wielkim. Taka jest moc posłania. Największa moc na tym świecie.

Jezus nakłada ziemię. Po hebrajsku mamy tu słowo adama, od czego pochodzi wyraz adam („człowiek”) i imię Adam. To uzdrowienie jest formą re-kreacji, ponownej kreacji, nowego ulepienia z ziemi, uzupełnienia braków człowieka, załatania go. Jezus czyni nowego człowieka i go posyła. Nowe stworzenie i posłanie – to jedno i to samo. „Biada mi, gdybym nie głosił Ewangelii” – tę samą treść w skrócie wyraził Paweł od drugiej strony. Pan Jezus oznacza posłanego – jest na nim znamię wybrania. Wyróżnia, oddziela, uświęca. Przecież tej masy z ziemi i śliny nie było dużo, zaledwie tyle, żeby zrobić ślad na powiekach, jak krew Baranka na drzwiach, znamię zbawienia. Znaczy się swoją własność.

Potem Jezus wraca do byłego ślepca. To ponowne spotkanie pokazuje, że weszli we wspólnotę, która pogłębia się osobistym wyznaniem wiary. To uzdalnia uzdrowionego do dalszego świadectwa dawanego z jeszcze większą mocą.

Ślepota jest metaforą ciemnoty, głupoty, zamknięcia – „ślepi przewodnicy ślepych”. Ślepiec poszedł, choć nie widział, po co ani dokąd idzie, bo był ślepy. Miał tylko Słowo – obietnicę, nic więcej. Z posłaniem idzie się przecież w ciemno, bez wiedzy o rezultacie, kierując się obietnicą i własną wiernością – ślepym zaufaniem aż do zatracenia ego. Wierność otwiera nam oczy, pozwala zrozumieć i poznać. Wierni posłaniu i zdeklarowani oglądamy Jezusa, który odsłania się naszym oczom. Poznanie i zrozumienie są owocami wierności i zaufania. Była to próba wiary: Czy pójdzie, czy posłucha? Jezus mógł go od razu uzdrowić, ale odciągając cud, uzyskał apostoła. Charakter ślepca został wypróbowany i wzmocniony, a przez to przećwiczony. To dość znamienne w warunkach nawrócenia – posłania, że Jezus wystawia wiarę na próby, trenuje swoich uczniów nocami ducha, zanim natrafią w służbie na cięższe przeciwności w świecie zewnętrznym.

Wszyscy jesteśmy ślepcami, a ta historia uczy nas, jak zdobywać postępy w duchowości. Chcesz otrzymać uzdrowienie, zanoś je innym, głosząc Jezusa. Miej Go przed oczami nawet jeszcze niewidzącymi, a do czasu uzdrowienia kieruj się pouczeniem, głosem Boga. Pójdziesz za Jego posłaniem, to przejrzysz. Postępowanie Jezusa to także swoisty obrządek o wielkim ładunku symbolicznym, o którym już była mowa powyżej. Jest w tym jakaś zapowiedź rytuału, inicjacji, w której część Jezusa łączy się z Jego wiernym. Chrystus tym samym czyni z wiernego przedłużenie siebie.

Ten schemat – najpierw pójście za posłaniem, a potem oświecenie i uzdrowienie – jest znamienny dla duchowości. Wielu ludzi oczekuje od Boga cudu iluminacji, wglądu, zrozumienia spraw Bożych z góry, jeszcze przed nawróceniem. Tak to jednak nie działa – oświecenie jest darem, który przychodzi na skutek posłuszeństwa i zaangażowania, a nie odwrotnie.

(4)

Duchowość uczty niebieskiej

Wiele się mówi na świecie o religii, wierze, prawie, wiedzy, przekonaniach… To wszystko są sprawy ludzkie. Mało mówi się zaś o Panu Bogu. A przecież jest o czym mówić. Wielu powtarza o Bogu złe rzeczy, zasłyszane chociażby od Epikura i do dziś powielane. Zazwyczaj taki obraz nas samych, jaki nam wtłoczyła zła pedagogika tego świata, przenosimy na Boga. Oskarżamy Go o własne przywary.

Tymczasem Pan Bóg przygotowuje dla każdego z nas suto zastawiony stół. Wystawia ucztę radości dla każdej duszy, która zechce Go dojrzeć i uznać w Nim swoje wybawienie. Jednak my, głupi, wciąż wymawiamy się doczesnymi zajęciami, codziennymi uwikłaniami. Pamiętam wizję jakiegoś mistyka, który twierdził, że z nieba spływa rzeka miodu, czystej słodyczy, ale ludzie nie wyciągają do niej rąk.

Doświadczyłem w życiu troszkę tego deszczu łask. Bóg mnie podźwignął z wielu bied. Niestety, sporo tych podźwignięć jeszcze przede mną. Nigdy nie doświadczyłem jednak poczucia opuszczenia, nawet kiedy upadałem. Sumienie podpowiadało mi nieraz straszne konsekwencje mojej głupoty, a te wizje mnie przerażały. Czasami wręcz czułem, że Dobry Pan Bóg mnie w jakiś sposób karci, że czeka na mnie żelazna rózga, ale nigdy nie było to opuszczenie.

Coraz dokładniej rozumiem słowa św. Pawła, który powiedział, że jedyną jego chwałą jest Chrystus. Jedyne, co mam swojego, to moje grzechy. Jak pisałem, oskarżamy Pana Boga o własne przywary – w końcu powinna być pewna symetria między nami (odbiciem) a pierwowzorem (Bogiem). Dlatego wciąż potrzebujemy stale się nawracać, czyli pokutować, aby ten obraz siebie i Boga oczyszczać, sublimować. Tego nie da się oddzielić w naszym sercu. Jakiś element żalu musi nam stale towarzyszyć, bo póki żyjemy, pozostajemy w naturze swojej i swojego środowiska (świata), która jest spaczona. Błogosławieni czystego serca, bo oni Boga oglądać będą.

Bóg jest czystą miłością. Rzecz jasna, możemy skorzystać z tej miłości, dopóki żyjemy, bo kiedy czas dobiega końca, kończą się też zmiany i nie ma już możności radykalnego nawrócenia. Bóg jest czystą miłością, która poszukuje człowieka, żeby go kochać. Tak rzadko ktokolwiek mówi o Bogu. Pora to zmienić. Nie chodzi o wybory polityczne, ekonomiczne czy społeczne. To są małe i śmieszne sprawy międzyludzkie. Nawet drobne sprawy kościelne – te wszystkie szaty, języki, potknięcia doktrynalne i dotyczące ich trywialne, biedne wojny. To są sprawy ludzkie, a my, nimi zajęci, nie idziemy na ucztę, obrażając w ten sposób Zapraszającego.

Tymczasem trzeba do Niego iść. Pozwolić się ugościć, powierzyć siebie jak niemowlę mamie, przylgnąć. Zamilknąć na chwilę i pozwolić mówić właśnie Jemu. Dopiero w tym świetle zobaczymy plugawość swojej szaty z jej pamięcią ziemskiego bytowania, śladami po przeszłości. W tym świetle nawet własna brzydota nie będzie nas przestraszała, choć wkładamy tyle wysiłku, żeby jej na co dzień nie widzieć, narkotyzując się swoimi codziennymi wojenkami i krzątaniem. Serce po takim spotkaniu trochę się ukoi. Nasza twarz złagodnieje, wygładzi się jej grymas, a stare stresy się rozluźnią. Coś się zmieni.

Cała Biblia aż krzyczy, że Pan Bóg czeka na człowieka. Tak strasznie samotnie czeka ze swoim wielkim przyjęciem.

(5)

Duchowość wesela

Jak w skrócie przedstawić propozycję Pana Boga dla człowieka? Stwórca przedstawia nam siebie jako Pana Młodego, a duszę człowieka jako Pannę Młodą. Jest to więc propozycja wesela, niekończącego się wesela w niebie. To gody Baranka i duszy, które stają się wiecznością.

Wesele ludzkie na tym świecie jest znakiem Godów Wiecznych. Osobne byty tu, na ziemi, postanawiają się połączyć, żeby razem stworzyć wspólny nowy dom, złączyć swoje losy w coś, co przekracza znaczeniem i wartością sumę ich wartości w pojedynkę. Podobnie jest z godami duszy z Bogiem, kiedy owe dwa byty przekraczają siebie i swoją odrębność, wychodzą z siebie do Drugiego. Przenikają siebie wzajemnie, ale nie mieszają się. Łączą się, ale nie zanikają. Wydają się zapominać się dla siebie wzajemnie, zanikać i w tym unicestwiać, ale to je jeszcze bardziej afirmuje, buduje i wywyższa dzięki wzajemności oraz spełnianiu swojego powołania. Przymnażają sobie wzajemnie, nie oglądając się na samego siebie i zatracając się w miłości, a to właśnie sprawia, że stają się pełniejsi, szczęśliwsi i silniejsi poprzez realizację siebie. Największe poświęcenie aż do zatracenia staje się największym pocieszeniem. Mąż z żoną tworzą nowy dom, Król z Oblubienicą stanowią Nowe Królestwo. To największa tajemnica, prawdziwa tajemnica tajemnic.

Pierwsze Przymierze to przysięga posłuszeństwa Ludu i obietnica opieki ze strony Władcy. Bóg jak ludzki król nadaje swoje ustawy, a poddani mają je wypełniać, za co będą otoczeni opieką. To ustanowienie poddania, hołd uznanie Bożego senioratu, opieki, zespolenie woli. Drugie Przymierze nie znosi Pierwszego, ale jest rozszerza. To jest przysięga każdej poszczególnej duszy, przysięga miłości. Stroskana dusza, która nie ustrzegła swojej winnicy, spalona słońcem pustyni, poznaje swojego Króla jako wybranka.

„Powstań, przyjaciółko ma, piękna ma, i pójdź!” (Pnp 2, 10).

Pan Młody wchodzi do ogrodu Pani Młodej. Duch Stwórcy przenika i posiada całą duszę, ciało i umysł umiłowanej. Jaka jest treść przysięgi, ślubu? Właśnie taka, odnosząca się do wszystkich podstawowych władz człowieka: Będę miłować Pana Boga swego z całej duszy swojej… Jezus obiecuje, że będzie w nas, jeśli wierzymy i wypełniamy Przykazania. Z czasem dusza zaczyna postrzegać siebie jako wypełnioną Bogiem: „już nie ja żyję, ale Chrystus żyje we mnie” (Ga 2, 20).

„Kim jest ta, co się wyłania z pustyni wśród słupów dymu, owiana wonią mirry i kadzidła, i wszelkich wonności kupców?

O jak piękna jesteś, przyjaciółko moja, jakże piękna!

Cała piękna jesteś, przyjaciółko moja, i nie ma w tobie skazy” (Pnp 3, 6; 4, 1.7).

Miłość zrównuje, nie czyni różnic. Mówimy, że ubóstwiamy, gdy chcemy powiedzieć, że podziwiamy bezgranicznie. Bóg też nas ubóstwia, ale to już nie jest przenośnia, tylko realność. Wesele duchowe to także podniesienie godności człowieka wysoko ponad przyrodzone przymioty. Jesteśmy jedynie prochem ziemi z natury. Jak robaki drążymy ziemię, budujemy swoje kopczyki, czasem podfruniemy, czasem coś sklecimy. Bóg z miłości nie tylko zniżył się do naszego kształtu, ale także i nas pociąga ku swojej świętości, nienaganności, przebóstwia, deifikuje. Boski Pigmalion jest w ludziach zakochany do szaleństwa. Wydaje się na cierpienie, śmierć i potępienie (zstępuje do piekieł), żeby odnaleźć swoją miłość.

Bóg uwielbia ludzi. Stworzeniu towarzyszy zachwyt. Świat stworzony dopiero po pojawieniu się człowieka jest „bardzo dobry”, jak zauważa Oblubieniec, wynosząc człowieka ponad wszystko, reszta istnienia wcześniej uczyniona jest tylko „dobra”. Nic nie może się równać z człowiekiem, żaden żywioł – element świata, żadna rzecz, roślina czy zwierzę. Człowiek jest koroną i sensem stworzenia.

„(…) o najpiękniejsza z niewiast, pójdź za śladami trzód i paś koźlęta twe przy szałasach pasterzy. Do zaprzęgu faraona przyrównam cię, przyjaciółko moja.

O jak piękna jesteś, przyjaciółko moja, jak piękna (…)

Jak piękna jest miłość twoja, siostro ma, oblubienico, o ileż słodsza jest miłość twoja od wina, a zapach olejków twych nad wszystkie balsamy!” (Pnp 1, 8–9, 15; 4, 10).

Na ikonie Trójcy A. Rublowa stół ucztujących ma cztery miejsca. Trzy zajmują Osoby Boże. Czwarte miejsce przeznaczone jest dla człowieka kontemplującego ikonę, w niej uczestniczącego. Patera z pokarmem jest przysunięta do owego miejsca. Bóg włącza nas do swojego kręgu miłości, sadza przy swoim stole wiekuistej uczty. Przyciąga do siebie i wywyższa do własnego poziomu, zaprasza. Naprawdę ubóstwia człowieka.

Miłość zaślepia, ale w dobry sposób. Bóg w miłości nie widzi w człowieku zła, a Jego „wzrok” poznania oczyszcza i uwalnia człowieka od złych zaszłości. Wzajemnie się poznając, łączymy się ze sobą.

„Cała piękna jesteś, przyjaciółko moja, i nie ma w tobie skazy. Z Libanu przyjdź, oblubienico, z Libanu przyjdź i zbliż się! Zstąp ze szczytu Amany, z wierzchołka Seniru i Hermonu, z jaskiń lwów, z gór lampartów. Oczarowałaś me serce, siostro ma, oblubienico, oczarowałaś me serce jednym spojrzeniem twych oczu, jednym paciorkiem twych naszyjników. Jak piękna jest miłość twoja, siostro ma, oblubienico, o ileż słodsza jest miłość twoja od wina, a zapach olejków twych nad wszystkie balsamy!” (Pnp 4, 7–10).

Dla Boga każdy jest najwspanialszy. Lubimy się porównywać, upajać swoimi wydumanymi przewagami nad innymi, wywyższać się. Czerpiemy nieraz z tego poczucie wartości. Przy Bogu takie myślenie traci sens. Dla Niego bowiem naprawdę jesteśmy najwspanialsi i nie musimy tego poszukiwać w pyszałkowatości. W Nim odnajdujemy swoje uwielbienie.

„O jak piękna jesteś, jakże wdzięczna, umiłowana, pełna rozkoszy! Postać twoja wysmukła jak palma, a piersi twe jak grona winne.

Pociągnij mnie za sobą! Pobiegnijmy! Wprowadź mnie, królu, w twe komnaty! Cieszyć się będziemy i weselić tobą, i sławić twą miłość nad wino” (Pnp 7, 7–8; 1, 4).

W czasie wesela młodzi małżonkowie są hojni. Spraszają wszystkich, kogo znają, i podejmują ich radością, muzyką, zabawą, chlebem i napojem. Cieszą się z dawania, z radością gości. W Kanie Galilejskiej stągwie do oczyszczeń Starego Przymierza wypełniają się szlachetnym winem. „Wino” uderzy do głów biesiadników, „młode wino” Pięćdziesiątnicy. Rozwiązuje im języki i upaja umysły, aż zapominają się na Wielkich Godach.

„Jedzcież, przyjaciele, pijcie, upajajcie się, najdrożsi!” (Pnp 5, 1).

Małżonkowie są hojni i łaskawi. Ich radością jest obdarowywanie bez patrzenia na wzajemność. Radość dawania. Obowiązkiem gości jest chwalić. Na tych Godach jesteśmy i Panną Młodą, i gośćmi jednocześnie. Chwalimy łaskawość Pana Młodego i łączymy się z Nim.

Ubi Gaius, ibi Gaia („Gdzie ty, Gajuszu, tam ja, Gaja”) – tak ślubowały Rzymianki. Tu na ziemi los poślubionych także jest wspólny. To czasem oznacza wspólną radość Palmowej Niedzieli, a czasem cierpienia Paschy.

Żyjemy w czasach jakiegoś wielkiego przeczucia tego ostatecznego wesela. W ludziach naszego czasu jest potrzeba wielkiego „imprezowania”. Ta eschatologiczna radość „wyprowadzona w pole” przez diabelskie sztuczki staje się współczesnym wielkim żarciem, pochłanianiem tu i teraz maksymalnych ilości rozkoszy doczesnych bez oglądania się na potrzebę powściągliwości, ascezy, przytomności, zdrowego rozsądku. Wielkie żarcie histerycznego wręcz hedonizmu jest jak czarna dziura, jak paszcza Szeolu – pochłania jak najwięcej, niczego w zamian nie dając. To jest pokraczna, diabelska postać tej ostatecznej duchowości. Konsumpcja jako jedyny i ostateczny cel życia. Widać w tym jakąś pokraczną, szatańską wersję duchowości wesela, uczty. Tymczasem Bóg ofiaruje nam naprawdę niebiańskie przyjęcie, nie takie jak namiastki świata.

„Jedzcież, przyjaciele, pijcie, upajajcie się, najdrożsi!” (Pnp 5, 1).

(6)

Duchowość obrzędowa

Patrząc wstecz na historię Kościoła, odnajdujemy zapomniane określenia. Zgodnie z nimi sakramenty to inaczej misteria, ich uczestnik to mista, prezbiter to mistagog. Święty Klemens pisze do współczesnych sobie innowierców (cytuję za jakimś artykułem):

„Przyjdź, szaleńcze, nieoparty na thyrsie ani uwieńczony bluszczem; rzuć przepaskę i skórę jelenia, bądź trzeźwy! Pokażę ci Słowo i Jego misteria, objaśniając je znanymi ci obrazami. Jest to góra umiłowana przez Boga, opiewana w dramatach prawdy, a nie jak Kitajron, która stanowiła przedmiot tragedii, góra trzeźwości, pokryta świętymi lasami. Na niej bowiem obchodzą misteria nie Menady – siostry rażonej piorunem Semeli – dopuszczone do nieczystego podziału mięsa, lecz córki Boga, piękne owieczki, obwieszczające święte obrzędy Słowa i tworzące powściągliwy chór. Chór tworzą sprawiedliwi, pieśnią jest hymn ku czci Króla wszechświata. Dziewczęta śpiewają, aniołowie wychwalają, prorocy przepowiadają, rozbrzmiewa dźwięk muzyki, biegiem pobudzają orszak, powołani śpieszą się, aby przyjąć Ojca. O zaiste święte misteria! Nieskalane światło! Oświecony pochodniami widzę niebo i Boga. Przez udział w misteriach staję się święty, a Pan objaśnia obrzędy i wyciska pieczęć na oświeconym miście, a tego, który uwierzył, przekazuje miście na wieczne zachowanie. Takie są moje wtajemniczenia w obrzędy. Jeśli chcesz, stań się również uczestnikiem misteriów”.

Misteria na tyle, na ile możemy to wiedzieć, nie poddają się łatwym syntezom. Obrzędy bachiczne, orfickie, z Eleuzis, ku czci Izydy czy Mitry znacznie się od siebie różniły. Dla mnie czymś, co je wyróżnia od innych rytualnych form kultu, była ich dobrowolność. Kult państwowy bywał przymusowy i wyrażał równie silnie patriotyzm i posłuszeństwo prawu oraz zwyczajom, co autentyczną religijność. Inaczej misteria – tu człowiek sam z własnej woli poddawał się ich mocy i działaniu.

Pisząc o misteriach antycznych, nie sposób dokonać syntezy. Można jednak pokusić się o pewne impresje, skojarzenia:

• Misteria miewały związek ze śmiercią i zmartwychwstaniem (rozumianym także jako powrót z piekieł). Orfeusz, centralna postać orfików, który wyszedł z Hadesu, był przez pierwszych chrześcijan traktowany wręcz jako mitologiczny typ Chrystusa. Jego podobiznami ozdabiano katakumby. Podobnie Persefona wracała do świata żywych w Eleusis. Zabity przez tytanów Dionizos przywracany był do życia przez Zeusa i wspominany w bachanaliach. W kulcie Mitry kolejne inicjacje miały wymiar śmierci i zmartwychwstania nowego człowieka. Wszystkie te przykłady dawały nadzieję na nowe życie oczyszczone ze zła i z ciążenia do piekieł. Wskazywały na niezwyciężoność życia. Życia, które może podnieść się ze śmierci, nawet ze śmierci wiecznej, z piekieł. Zwycięstwo nad piekłem to nic innego jak zbawienie. Misteria bywały więc obrzędami zbawczymi.

• Misterium to tajemnica, utajenie. Były dostępne dla wtajemniczonych. Często wiązały się z obrzędową inicjacją. Zwykłe ofiary w dawnych religiach sprawował kapłan lub ktoś podobny. Lud był tego świadkiem. Misterium miało innych przebieg. Angażowało swoich uczestników osobiście. Tak to wyglądało w pierwotnym chrześcijaństwie. Katechumenat trwał długo. Do udziału w misterium eucharystycznym należało dorosnąć. Praktyki duchowe poznawano stopniowo na zasadzie wtajemniczenia i w podniosłym nastroju. Jedną z ostatnich nauk katechumena było ponoć zapoznanie się z Modlitwą Pańską, wejście w synostwo Boże. Jakąś namiastką podniosłych wtajemniczeń są dziś czytania i nauki kazań.

• Oczyszczenie. Misterium miewało znaczenie oczyszczające, bywało poprzedzane przygotowaniami, postami i naukami. Także przed Mszą należało pościć. Dziś mamy resztkowy post eucharystyczny, już praktycznie niezauważalny. Wymiar oczyszczający ma także spowiedź powszechna jako wstęp do misterium. „Katharsis – oczyszczenie było istotnym elementem tradycji religijnych, a zwłaszcza obrzędów misteryjnych. Obrzędy wtajemniczające, misteryjne zawsze zawierały motyw katharsis, oczyszczenia. Walter Burkert sam rdzeń tego słowa wywodzi od semickiego grt – okadzania rytualnego. Nowe znaczenie wyrazowi katharsis nadał Platon. Dla niego jedynym skutecznym katharsis była praktyka duchowej ucieczki od świata i koncentracji. Opisał to w Fedonie. Wykształcony filozof mógł oczyścić swoją duszę bez rytuałów. A więc katharsis – ‘oczyszczenie’ było równoznaczne z dążeniem umysłu do poznania prawdy, a tym samym do wyzwolenia się z więzów ciała. Jednocześnie, oprócz mądrości, katharsis zapewnia zdobycie cnót: umiarkowania, mądrości i męstwa. Sam proces katartyczny wiąże się bezpośrednio z myśleniem i poznaniem umysłowym, które wyzwalają człowieka z pozorów poznania zmysłowego” (J. Słomka, Wczesnochrześcijańskie nazwy chrztu).

• Wejście w świętą pozaczasową opowieść o bogu lub Bogu. To współcierpienie z cierpiącym Bogiem i współzmartwychwstanie, niejako psychodrama, ale i duchowe złączenie losów, przeżyć, woli i umysłu. Dziś naczynia eucharystyczne stają się żłóbkiem znowu wcielającego się Boga w materię świata, a za chwilę Jego grobem, żeby w końcu zmartwychwstał i połączył się z wiernymi w Komunii w jeden kosmiczny organizm na wzór krzewu winnego. Następuje wejście w trwały związek z Bogiem, wyjście poza materialny i historyczny świat oraz duchowe zjednoczenie z niebieskim uwielbieniem oddawanym Bogu już za życia, wzniesienie się do nieba za życia poprzez zbiorowe uwielbienie wraz z chórami anielskimi. Wiąże się z tym obietnica pośmiertnego odnalezienia przez Boga w zaświatach i wzięcie do nieba (przeciwnie innym duszom zatraconym w Hadesie), znana także antycznym misteriom (Eleuzis).

• Przeciwnie do sztywnych obrzędów publicznych misterium było silnym przeżyciem. To z nich pochodzą takie pojęcia jak entuzjazm – zapał religijny, czasem wręcz szał – czy też ekstaza – wyjście poza siebie, w rzeczywistość duchową.

• Misteria miewały elementy inicjacyjne. Dziś widać to w misteriach chrześcijańskich, np. w przypadku chrztu, bierzmowania.

• Uczta była obecna zarówno w obrzędach publicznych, ale także w misteriach (mitraizm, bachanalia).

Eucharystia łączy wszystkie formy kultu i wszystkie typy ofiar znanych człowiekowi. Misteria pogańskie były zapowiedzią misterium prawdziwego. W nich wyznawcy religii naturalnych dawali wyraz swoich tęsknot do tego, co dopiero miało się w pełni objawić w Jezusie z Nazaretu. Nie można jednak zbytnio kierować się ich przykładami, żeby nie wypaczyć sensu znanego nam misterium doskonałego. Dla równowagi powtórzmy za św. Justynem, który w II w. obcował stale z innowiercami:

„Bądź więc pewny, Tryfonie – ciągnąłem dalej – że jestem dobrze zorientowany co do wiedzy i wiary w Pisma, i znam się na oszustwach, których dopuścił się wśród Greków ten, kogo nazywają diabłem; niektóre z nich zostały opracowane przez magów egipskich, a inne przez fałszywych proroków w czasach Eliasza. Kiedy bowiem mówią oni, że Bachus, syn Jowisza, poczęty został przez stosunek Jowisza z Semele, i że był on odkrywcą winorośli; i kiedy opowiadają, że zmarł on rozszarpany na kawałki, a potem powstał i wstąpił do nieba; i kiedy łączą oni wino z jego misteriami, czyż mogę nie dostrzegać w tym naśladowania przez diabła proroctwa ogłoszonego przez patriarchę Jakuba, a zapisanego przez Mojżesza? A kiedy powiadają oni, że Herkules był potężny i podróżował po całym świecie, i że został poczęty przez Jowisza z Alkmeny, i wstąpił do nieba po swojej śmierci, czyż mogę nie dostrzec, że Pismo, kiedy mówi o Chrystusie jako «potężnym niby olbrzym, który biegnie w swych zawodach», w podobny sposób nie zostało tu skopiowane? A kiedy diabeł ukazuje Eskulapa jako tego, który wskrzesza umarłych i uzdrawia wszystkie choroby, czyż mogę nie stwierdzić, że podobnie imituje on proroctwa dotyczące Chrystusa? (…)

Kiedy zaś ci, którzy odprawiają obrzędy Mitry mówią, że został on poczęty ze skały, a miejsce, gdzie ci, którzy w niego wierzą, przechodzą swą inicjację, nazywają jaskinią, czyż mogę nie dostrzec tu, że wypowiedź Daniela o tym, jak to głaz został bez użycia rąk oderwany od wielkiej góry, jest przez nich skopiowana i że w podobny sposób usiłowali oni imitować całość słów Izajasza? (…)

A kiedy słyszę, Tryfonie – powiedziałem – że Perseusz został poczęty z dziewicy, zaczynam rozumieć, że kłamliwy wąż przeinaczył również i to”.

Bóg przychodzi do świata i człowieka w jedynym prawdziwym i pełnym misterium Eucharystii. Kapłan mistagog występuje in persona Christi, ukazuje działanie samego Boga. Wskutek mistycznego połączenia Boga z ludźmi następuje proces przebóstwienia wiernych. Naszym udziałem jest także ofiara z nas samych.

Zdrowa chrześcijańska duchowość obrzędowa (misteryjna) winna być ingerencją w samego siebie. To nie jest tylko obrządek okadzania figur i obrazów, w którym uczestniczymy z poczucia obowiązku. To ma być moje przejście (pascha) do nowego stanu, permanentna, stopniowa przemiana. Taki jest sens zdrowego rytualizmu. Wymaga to podniosłości, ale bez przesady i patetycznej sztuczności. Musi być miejsce na osobistą przemianę i adorację. Półmrok gotyckich kościołów wzmaga naszą dyspozycję do takiej przemiany, do nieustannego nawracania się.

Sensem rytuału w ogóle jest połączenie świata przyrodzonego i nadprzyrodzonego, wejście w porządek niebieski i kosmiczny, czerpanie z niego. Wskutek tego następuje przywrócenie poprzez obrządek porządku w miejsce chaosu, nieuporządkowania moralnego i duchowego. Obrządek odtwarza bowiem kluczowe zdarzenia historii świętej i jako taki polega na uczestnictwie człowieka w doskonałej harmonii nieba.

Rytuał, codzienne życie, porządek Kosmosu i Logosu stanowią jedność. Rytuał wyciąga człowieka z profanicznej, płaskiej, horyzontalnej i chwilowej egzystencji. Wznosi do egzystencji wiecznej i pozaczasowej. Wszak wiara religijna to uczestniczenie w życiu Boga. Czynności rytuału są językiem, konwencją, które mają wyrażać nie puste gesty, tylko akty wewnętrzne. Przez to wszystko rytuał przemienia człowieka. Wydobywa go ze sprofanowanego świata, przenosi jego duszę przed tron Boga.

Eucharystia to wejście na Golgotę wraz z Chrystusem w rzeczywistość nieustannego pozaczasowego zbawiania dusz. Ciało i Krew osobno oznaczają śmierć (abp F. Sheen). Mamy wewnętrznie ukrzyżować swoje stare „ja” związane ze światem, pogrążyć się w piekle swoich boleści doznanych i zadanych grzechem. Wreszcie mamy zmartwychwstać nowym człowiekiem dla chwały przy Bogu. To także samoofiarowanie.

Błędy w podejściu do duchowości wspólnotowej:

• Ceremonializm. Ceremonie występują nie tylko w życiu religijnym, ale i świeckim. Ceremonia to podniosły obrządek, który w istocie nie potrzebuje Boga. Ludzie sami dla siebie tworzą szczególną atmosferę, zawiązują wspólnotę, mnożą estetyczną ornamentykę. Używają szat, sztandarów, pieśni. Kładą nacisk na drobiazgowe uporządkowanie i zdyscyplinowanie uczestników. Dominuje wówczas zewnętrzność i emocjonalizm o charakterze raczej wymuszonym, egzaltowanym. W porównaniu do dobrego rytuału jest to po prostu puste. Gdy ceremoniał zastępuje rytualne samopoświęcenie, to uczestnicy zmieniają się, ale na gorsze zamiast na lepsze. Stają się agresywni w stosunku do osób niepodzielających ich postawy, „sporządzają sobie okazalsze filakterie i przedłużają frędzle u płaszczy” ceremonialnych, żeby budować własną pychę.

• Rytualizm magiczny. Polega na skupieniu na symbolu jako takim. Odwołujący się do zjawiska metafizycznego symbol wykonywany jest skrupulatnie, z dbałością o szczegóły. Znajomość pewnych znaków (wynikająca z nabycia wiedzy niedostępnej profanom) czyni rytuał narzędziem ludzi. Człowiek nie przemienia się, chyba że na gorsze, ale w swoim mniemaniu zaczyna dominować nad siłami metafizycznymi, dysponuje nimi. Tak do sakramentów podchodzą ci, którzy zapominają o koniecznej do nich tzw. dyspozycji, czyli postawie wewnętrznej otwarcia na ich wszechstronne działanie i uniżenia wobec Boga.

• Odrzucenie rytualizmu. Przejawia się przez bezceremonialne traktowanie sacrum, profanowanie świętych znaków i ich lekceważenie. Zaczęło się od Lutra. Protestanci w zasadzie zniszczyli zarówno rytuał w jego obiektywnym działaniu, jak i kapłaństwo jako stan specjalistów od sfery sacrum. Sacrum rozpoznano jedynie w sferze duszy ludzkiej. W związku z tym oczekiwano jej przemiany bez udziału rytuału. Obecnie mamy całe rzesze kapłanów katolickich, którzy traktują Eucharystię bez szacunku i atencji. Misterium tremendum et fascinans – to dla nich pojęcie zupełnie nieznane. Tymczasem sfery życia homo religiosus, czyli prawo moralne (Boże) i postępowanie człowieka na świecie oraz prawo obrzędowe, są ze sobą silnie połączone. Obrzędy to publiczne wyrażenie swojej wiary, zawiązanie wspólnoty, akt przemiany, przez co w życiu katolika umożliwiają kontakt z Bogiem. W życiu codziennym wyraża się on przez język moralności, a w czasie szczególnie przeznaczonym, świątecznym poprzez język obrządków. Każda komunikacja odbywa się poprzez znaki, także ta z Bogiem. Wiara jako część naszego życia wyraża się poprzez akty. Bez nich nie ma realnej wiary, jest tylko myślenie o wierze.

• Zamknięcie Boga w świątyni i celebrze. Nad chrześcijańskim przeżywaniem wiary i duchowości stale ciąży pokusa nieuświadomionego regresu do pogaństwa. Kult świątynny u pogan miewał dosyć szczególny wyraz. Statua boga była bogiem. W ten sposób bóg stawał się obecny między ludźmi poprzez swój posąg. Jednocześnie ten bóg był swego rodzaju zakładnikiem człowieka, który, pomieściwszy go w świątyni, starał się nim „sterować” poprzez uczynki wiary: modlitwy, obrzędy, ofiary. Jako że bóg był obecny w posągu (lub czymś podobnym), wierny lud mógł kierować się w jego stronę w czasie obrządków. Z kolei kapłan pogański znajdował się pomiędzy bogiem a ludem. Przewodził wiernym w obrzędach. Wobec tego w wielu kulturach funkcje kapłańskie bywały połączone z funkcjami władczymi lub przynajmniej urzędniczymi. Król – kapłan był tu swego rodzaju ideałem przewodnika ludu. Jak widzimy, ścisłe ukierunkowanie obrządku świątynnego jest możliwe, o ile zamkniemy boga w posągu. Wektor woli biegnie podobnie jak w magii od człowieka do boga. Bóg zamknięty w świątyni to wygodne rozwiązanie. Poza nią boga nie było, skoro właśnie tam zamieszkał. Taka wiara miała wymiar tylko świąteczny. Także Izraelici próbowali takiego zabiegu. Idąc wzorem pogańskim, uczynili sobie posąg swojego Boga w postaci złotego byka i zaczęli go czcić. Bóg nie pozwolił się w ten sposób potraktować. Biblia przynosi nam wielokrotnie zdania silnie kontrastujące Boga Żywego i wszechobecnego, a jednocześnie oddzielonego od stworzenia, z martwymi bożkami ludów ościennych wykonanymi z drewna i metalu.

Życie sakramentalne jest ważne. W siedmiu świętych znakach widzimy obecność Bożą. W tym świetle winniśmy się zmieniać. Chrzest jest fundamentalnym wyborem Boga. Odnowienie tego stanowi sakrament pokuty. Bierzmowanie to namaszczenie, jak kiedyś namaszczano królów, proroków i kapłanów, ale też przekazanie darów Ducha Świętego. Ślub czyni jednym ciałem męża z żoną. Msza Święta to apogeum wiary. Jest w niej wszystko, co ważne w życiu duchowym: pokuta na początku, Słowo Boże, nauczanie, ofiara. Sami składamy nasze ofiary przed ołtarzem. Na ołtarzu w ofierze umiera za nas Jezus Chrystus, a my wraz Nim możemy przejść misterium śmierci i zmartwychwstania. Potem w obrzędzie połączenia przyjmujemy Ciało Boże do własnych ciał. Nie ma większego misterium. To bardzo głęboka duchowość, obrzędy inicjacyjne i misteryjne, które stanowią o fundamencie religii.

Duchowość wspólnotowa, rytualna to niezwykle ważna postać duchowości, komunia z Bogiem, aniołami w niebie i wspólnotą wierzących w całej jej historii. Nie każdy musi być kontemplatykiem, charyzmatykiem itp., ale wszyscy mamy się spotykać przy Stole Pańskim. Taka była wola Jezusa Chrystusa.

Święta opowieść nierzadko dotyczy wielkiego czynu, który przemienia jej bohatera. Herakles, dokonując nadludzkich aktów, zasługuje na Olimp, wchodzi między bogów. Młodzi herosi swoimi dokonaniami dowodzą swojej dojrzałości i wartości. Nie ma większego czynu niż uratować całą ludzkość. Ten czyn przemienia Pana Jezusa, który uzyskuje władzę nad ludźmi, zasiada po prawicy Ojca w niebie. Jest zachętą do naszej przemiany na podobnej drodze. Poświęcając siebie, uzyskuje stan doskonały, uwielbiony, niebiański. Bohaterem Świętej Opowieści jest Syn Boży, który sam stał się ofiarą. Samoofiarując się Bogu i ludziom, przechodzi jednocześnie chwalebną przemianę. Odradzając się z martwych, powraca doskonały, w ciele uwielbionym, staje w chwale. Wierni uczestniczą w tej przemianie w czasie liturgii misterium Mszy. Chrystus wzywa, aby stali się jej uczestnikami poprzez złączenie z Nim.

W Eucharystii obecne jest wspomnienie wszystkich rodzajów ofiar, jakie składali w historii ludzie religijni. Odbywa się ofiara pokarmowa, gdzie wierni oddają świątyni swoje dary i ofiary. Część z nich trafia na ołtarz. W planie mistycznym ma miejsce jakby ofiara omofagiczna, Baranek ofiarny ofiaruje swoje Ciało na rozdanie wiernym, którzy je spożywają. Dobrowolność poddania się ofierze przez zwierzę ofiarne pojawiała się niekiedy w wierzeniach naturalnych, np. w Grecji. Prastare intuicje religijne odnalazły rzeczywistą realizację w Chrystusie i Jego straszliwej ofierze. Spożywamy Ciało Boga i przez to z Nim się łączymy. Są świece, będące ofiarą ognia, czasem stosuje się też kadzidła.

Sfera rytualna życia nie znikła nawet w środowiskach antyreligijnych. Przykładowo bolszewicy, nie potrafiąc się wyzbyć przyrodzonego człowiekowi rytualnego wymiaru życia, organizowali swoje własne ceremonie.

Chrystianizm otwiera nas na zrozumienie, że rytuały są znakami, które w czytelny sposób łączą nasz doczesny niższy świat ze światem niebios, wiecznym i doskonałym, gdzie nie ustaje ponadczasowa ceremonia zaślubin dusz ze swoim Stwórcą i Zbawcą.

15. Duchowość w Biblii

(1)

Biblia jest w całości przewodniczką duchowości. Należy ją odczytywać w sposób duchowy i taki, aby jej treści ukierunkowywały nas w stronę lepszego życia. Są w niej jednak też frazy w sposób szczególny odnoszące się do duchowości. Jedną z nich stanowi stwierdzenie, że ten jest przyjacielem Boga, kto spełnia Przykazania. To proste i czytelne naprowadzenie na najważniejszą sprawę, na dążenie do świętości. Wprost o tym mówił Chrystus, nakazując bycie świętymi.

W Liście do Galatów czyni się znamienne rozróżnienie na to, co z Ducha, i to, co pochodzi z ciała:

„Oto, czego uczę: postępujcie według Ducha, a nie spełnicie pożądania ciała. Ciało bowiem do czego innego dąży niż Duch, a Duch do czego innego niż ciało, i stąd nie ma między nimi zgody, tak że nie czynicie tego, co chcecie. Jeśli jednak pozwolicie się prowadzić Duchowi, nie znajdziecie się w niewoli Prawa.

Jest zaś rzeczą wiadomą, jakie uczynki rodzą się z ciała: nierząd, nieczystość, wyuzdanie, uprawianie bałwochwalstwa, czary, nienawiść, spór, zawiść, wzburzenie, niewłaściwa pogoń za zaszczytami, niezgoda, rozłamy, zazdrość, pijaństwo, hulanki i tym podobne. Co do nich zapowiadam wam, jak to już zapowiedziałem: ci, którzy się takich rzeczy dopuszczają, królestwa Bożego nie odziedziczą.

Owocem zaś ducha jest: miłość, radość, pokój, cierpliwość, uprzejmość, dobroć, wierność, łagodność, opanowanie. Przeciw takim [cnotom] nie ma Prawa.

A ci, którzy należą do Chrystusa Jezusa, ukrzyżowali ciało swoje z jego namiętnościami i pożądaniami. Mając życie od Ducha, do Ducha się też stosujmy. Nie szukajmy próżnej chwały, jedni drugich drażniąc i wzajemnie sobie zazdroszcząc” (Ga 5, 16–25).

„Co wychodzi z człowieka, to czyni go nieczystym. Z wnętrza bowiem, z serca ludzkiego pochodzą złe myśli, nierząd, kradzieże, zabójstwa, cudzołóstwa, chciwość, przewrotność, podstęp, wyuzdanie, zazdrość, obelgi, pycha, głupota. Całe to zło z wnętrza pochodzi i czyni człowieka nieczystym” (Mt 7, 20–23).

Z tego powodu trzeba oczyszczać serce, dbać o nie, jak o najdroższy klejnot. Ma się wypełniać dobrem i mieć ochronę rozumu przed narzucającym się złem.

(2)

Czasem nie umiemy się odnieść do swojej sytuacji, zaczyna nas ona przerastać. Dlatego Bóg dał nam 150 pieśni religijnych spisanych w Księdze Psalmów. Pieśń jest z natury emocjonalna, ekspresyjna. Te psalmy wyrażają różne nastroje człowieka. Za pomocą tych tekstów można modlić się do Boga, wybierając odpowiedni dla danego momentu. Nawet Chrystus w ostatniej chwili życia zawołał do Boga, cytując psalm.

Modlitwa psalmami ma ogromną tradycję. U katolików jest treścią codziennej obowiązkowej modlitwy osób duchownych w układzie specjalnej książki zwanej Brewiarzem.

(3)

Biblia jest w całości przewodnikiem duchowości. Można jednak wskazać występujące w niej postaci w szczególny sposób związane z drogą duchową:

• Pan Jezus – często przebywa na uboczu, zmaga się na pustyni, mówi do Boga, uczy modlitwy, kieruje miłość dusz na Ojca (a Ojciec na Syna; nigdy żaden z nich na siebie samego), ostrzega przed ostentacją i popisywaniem się duchowością, uważaniem się za lepszego itd.,

• Matka Boża – największa kontemplatyczka, uwielbia Boga w Magnificat, rozważa słowa, kieruje ludzi do Syna ( „róbcie, co On wam powie”),

• Eliasz – w jaskini daje początek duchowości w tradycji żydowskiej, a potem chrześcijańskiej, następnie rozwijanych na Karmelu,

• Bartymeusz – swoim błaganiem wzrusza Boga,

• Jakub – przestrzega, że można się źle modlić (modlicie się, a nie otrzymujecie, bo źle się modlicie).

Najczytelniejszy jest obraz z Apokalipsy: święci adorujący Boga wokół tronu. To jest nasz cel ostateczny – wejść do grona adorujących Boga wraz z aniołami. Zaczynamy już w tym życiu, żeby trwać w tej postawie na wieczność. Adoracja Boga to stan, w jakim powinniśmy trwać bez przerwy – kochać Go całym sobą.

(4)

Bogurodzica jest biblijną nauczycielką duchowości jako reprezentantka całej ludzkości odradzającej się z Nowej Ewy. Od Niej warto się uczyć duchowych postaw.

(5)

Mogę przytoczyć kilka swoich ulubionych cytatów użytecznych w duchowości:

„Zabiorę was spośród ludów, zbiorę was ze wszystkich krajów i przyprowadzę was z powrotem do waszego kraju, pokropię was czystą wodą, abyście się stali czystymi, i oczyszczę was od wszelkiej zmazy i od wszystkich waszych bożków. I dam wam serce nowe i ducha nowego tchnę do waszego wnętrza, odbiorę wam serce kamienne, a dam wam serce z ciała. Ducha mojego chcę tchnąć w was i sprawić, byście żyli według mych nakazów i przestrzegali przykazań, i według nich postępowali.

Wtedy będziecie mieszkać w kraju, który dałem waszym przodkom, i będziecie moim ludem, a Ja będę waszym Bogiem. Uwolnię was od wszelkiej nieczystości waszej i przywołam urodzaj zboża, i pomnożę je, i żadnej klęski głodu już na was nie ześlę. Chcę pomnożyć owoce drzew i plony pól po to, byście nie musieli już znosić hańby klęski głodu wśród ludów. Wtedy wspominać będziecie wasz sposób życia i wasze złe czyny. Będziecie czuli obrzydzenie do siebie samych z powodu waszych grzechów i waszych obrzydliwości.

Nie z waszego powodu Ja to uczynię – wyrocznia Pana Boga. Zapamiętajcie to sobie dobrze! Wstydźcie się i zarumieńcie z powodu waszego sposobu życia, domu Izraela! Tak mówi Pan Bóg: W dniu, w którym oczyszczę was ze wszystkich win waszych, zaludnię znowu miasta, ruiny zostaną odbudowane” (Ez 36, 24–33).

„Dlatego zginam kolana moje przed Ojcem, od którego bierze nazwę wszelki ród na niebie i na ziemi, aby według bogactwa swej chwały sprawił w was przez Ducha swego wzmocnienie siły wewnętrznego człowieka. Niech Chrystus zamieszka przez wiarę w waszych sercach; abyście w miłości wkorzenieni i ugruntowani, wraz ze wszystkimi świętymi zdołali ogarnąć duchem, czym jest Szerokość, Długość, Wysokość i Głębokość, i poznać miłość Chrystusa, przewyższającą wszelką wiedzę, abyście zostali napełnieni całą Pełnią Bożą” (Ef 3, 14–19).

„Jako więc wybrańcy Boży – święci i umiłowani – obleczcie się w serdeczne miłosierdzie, dobroć, pokorę, cichość, cierpliwość, znosząc jedni drugich i wybaczając sobie nawzajem, jeśliby miał ktoś zarzut przeciw drugiemu: jak Pan wybaczył wam, tak i wy! Na to zaś wszystko [przyobleczcie] miłość, która jest więzią doskonałości. A sercami waszymi niech rządzi pokój Chrystusowy, do którego też zostaliście wezwani w jednym Ciele. I bądźcie wdzięczni! Słowo Chrystusa niech w was przebywa z [całym swym] bogactwem: z wszelką mądrością nauczajcie i napominajcie samych siebie przez psalmy, hymny, pieśni pełne ducha, pod wpływem łaski śpiewając Bogu w waszych sercach. I wszystko, cokolwiek działacie słowem lub czynem, wszystko [czyńcie] w imię Pana Jezusa, dziękując Bogu Ojcu przez Niego. Żony bądźcie poddane mężom, jak przystało w Panu. Mężowie, miłujcie żony i nie bądźcie dla nich przykrymi! Dzieci, bądźcie posłuszne rodzicom we wszystkim, bo to jest miłe w Panu. Ojcowie, nie rozdrażniajcie waszych dzieci, aby nie traciły ducha” (Kol 3, 12–21).

„Spostrzegł Efraim swoją niemoc, a Juda zobaczył swą ranę. I pospieszył Efraim do Asyrii, zwrócił się Juda do wielkiego króla, lecz on was nie może uleczyć ani uwolnić od rany. Ja bowiem jestem lwem dla Efraima, młodym lwem – dla domu judzkiego; Ja rozszarpię, a potem odejdę, uniosę [zdobycz], i nikt nie ocali. Pójdę i wrócę do mojej siedziby, aż w pokucie szukać będą mego oblicza i w swym nieszczęściu będą za Mną tęsknić.

«Chodźcie, powróćmy do Pana!

On nas zranił i On też uleczy,

On to nas pobił, On ranę zawiąże.

Po dwu dniach przywróci nam życie, a dnia trzeciego nas dźwignie i żyć będziemy w Jego obecności. Dołóżmy starań, aby poznać Pana; Jego przyjście jest pewne jak świt poranka, jak wczesny deszcz przychodzi On do nas, i jak deszcz późny, co nasyca ziemię». Cóż ci mogę uczynić, Efraimie, co pocznę z tobą, Judo? Miłość wasza podobna do chmur na świtaniu albo do rosy, która prędko znika. Dlatego ciosałem ich przez proroków, słowami ust mych zabijałem, a Prawo moje zabłysło jak światło. Miłości pragnę, nie krwawej ofiary, poznania Boga bardziej niż całopaleń” (fragmenty z Oz 5; 6).

„Mojżesz powiedział do ludu: Będziesz słuchał głosu Pana, Boga swego, przestrzegając jego poleceń i postanowień zapisanych w księdze tego Prawa; jeśli wrócisz do Pana, Boga swego, z całego swego serca i z całej swej duszy. Polecenie to bowiem, które ja ci dzisiaj daję, nie przekracza twych możliwości i nie jest poza twoim zasięgiem. Nie jest w niebiosach, by można było powiedzieć: Któż dla nas wstąpi do nieba i przyniesie je nam, a będziemy słuchać i wypełnimy je. I nie jest za morzem, aby można było powiedzieć: Któż dla nas uda się za morze i przyniesie je nam, a będziemy słuchać i wypełnimy je. Słowo to bowiem jest bardzo blisko ciebie: w twych ustach i w twoim sercu, byś je mógł wypełnić” (Pwt 30, 10–14).

„Nawróćcie się do Mnie całym swym sercem, przez post i płacz, i lament. Rozdzierajcie jednak serca wasze, a nie szaty! Nawróćcie się do Pana Boga waszego!” (Jl 2, 12).

16. Różne uwagi o duchowości

(1)

Każdy ma jakąś duchowość, w coś wierzy, czegoś się uczy, coś kocha, lubi, popiera, broni; każdy ma ideę, z którą się identyfikuje. Każdy ma coś, co go pociesza i co uwielbia, podziwia nad wszystko (zwykle siebie). To wszystko to są ułomne ludzkie duchowości. Nie jesteśmy wolni od duchowości, tylko praktykujemy jej złe formy. Dlatego potrzebujemy się nawrócić, uznać swoje omyłki, pożałować straconych lat i skrzywdzenia Boga, siebie oraz bliźnich. Religia to podstawowy składnik człowieczeństwa. Zauważa to religioznawstwo, nazywając człowieka homo religiosus. Współczesna nauka odkrywa w mózgu wyspecjalizowane obszary odpowiedzialne za przeżycia duchowościowe.

(2)

Droga duchowa przy Bogu ma swoje typowe fazy. Są chwile, kiedy Bóg wyraźnie prowadzi człowieka, doświadcza się wówczas wielu pociech wewnętrznych. Bóg, niczym ludzki ojciec, najpierw zachęca cię do dobra, wzmacnia, towarzyszy ci. Potem jednak odsuwa rękę, dzięki której chodziłeś. Teraz, maluszku, musisz próbować chodzić sam, zaznałeś chodzenia, więc wiesz, czym jest. Ćwicz w sobie pamięć o tym i nie narzekaj, że już nie ma pomocy.

Będą kryzysy, tzw. oschłości, brak poczucia Boga i miłości. Nieraz nastąpią nawroty do grzechów. Staraj się przypominać sobie w czasie najgorszych złości, żalu czy rozpaczy, że Bóg właśnie wtedy jest najbliżej ciebie; chce nagrodzić i docenić twoją dzielność, gdy je przezwyciężasz czy choćby w wierności przeczekasz.

(3)

Stworzyły nas Przykazania, a zbawiła Miłość. To zawsze występuje razem. Zbawienie to odtworzenie. W Bogu Absolutnym przeciwieństwa współdziałają. Tak musi być też w człowieku. Miłość i prawda (sprawiedliwość) muszą iść wspólnie. Dzieci rozpieszcza się, ale jednocześnie od nich się wymaga. Kiedy są obie te rzeczy, pojawia się harmonia, jest zatem dobrze. Jeśli występuje tylko jeden aspekt, czynimy zło.

Złem systemów New Age jest jednostronność, delikatność i łagodność, ale bez konkretu; dobrotliwość, bez rozliczenia; uczucie, bez rozumu i uporządkowania. Tymczasem wszystko to musi współwystępować i wzajemnie się moderować, dopiero wtedy mamy harmonię i pełnię. Skrajności i nieopamiętanie to zło. No, chyba, że chodzi o miłość do Trójjedynego – to jedno wolno bez ograniczeń, a nawet tak nam przykazano.

Ewangelia jest napisana dialektycznie: mamy kochać siebie i wyrzekać się siebie, czcić rodziców i wyrzekać się ich, być wolnymi i sługami, radować się i przyjmować krzyże, radować się i żyć w poniżeniu. Mamy czuć się błogosławieni, kiedy nas odsądzają od czci. Mamy umrzeć, aby żyć. Takich przykładów możemy wskazać jeszcze wiele.

Dopiero zestawienie tych przeciwieństw daje obraz orędzia Bożego. To są zadania dla nas, trochę jakby zagadki, które trzeba życiowo, egzystencjalnie rozwikłać. Każdy musi to zrobić nieco inaczej, w sposób samemu sobie właściwy. To jest dar objawienia, ale i zadanie na całe życie, a nawet na całą wieczność.

Demoniczność – przeciwnie temu – jest jednostronna. Diabeł rozdziela konieczne harmonijne związki. Tylko oskarża, a nie ratuje. Tylko rozpieszcza, a nie wymaga.

(4)

Możemy się jedynie ogołacać z tego, co własne, aby wyprostować drogę Bogu, który sam przychodzi, kiedy chce i z czym chce. Nie znam przyszłych dróg ludzi duchowych, nie znam nawet własnej. Wiatr wieje, kędy sam chce.

(5)

Duchowość ma wymiar paschalny. Pascha Izraelitów – exodus – to było wyjście z kraju, gdzie człowieka czczono jako boga.

(6)

Życiowe troski, zdobywanie majątku przechodzą na drugi plan. Mamy szukać wpierw Królestwa Bożego, wszystko inne będzie przydane. I faktycznie, Pan Bóg niezwykle dba o tych, którzy Go słuchają, postępują za głosem duchowym w sercu, nawracają się i doskonalą.

(7)

Jezus Chrystus i Jego wcielenie były – jak to ktoś powiedział – zawiasem, na którym historia zmieniła swój bieg. Tak było z historią świata, tak jest z historią każdego człowieka. Nagle życie obiera zupełnie nowy kierunek, dąży ku niebu.

(8)

Trzeba przekraczać siebie – to istota duchowości. Zapieramy się samych siebie także w ten sposób, że przyjmujemy wyzwania pozornie ponad nasze siły. Nie dążymy do zniszczenia swojego ja wobec doświadczenia wielkości Absolutu, Kosmosu czy choćby wybitniejszych od nas ludzi. Nie popadamy w rozpacz wobec własnej małości, nie wyrzekamy się siebie poprzez samodestrukcję, tylko przyłączamy swoją małość do wielkości Boga, jednocząc się we wspólnym dziele ludzkiego dobrego życia. Obrazem duchowości monistycznej, dalekowschodniej jest kropla rozpływająca się w oceanie. Chrześcijanie używają dla odmiany symbolu żelaza włożonego w ogień, nagrzane wydaje się płonąć razem z całym ogniem, ale jednak jest czymś odrębnym od ognia. Jednocząc się z Bogiem i żyjąc duchowo uczestniczymy w czymś o wiele większym od tego, czym sami jesteśmy.

(9)

Wraz z oczyszczeniem z grzechu i lenistwa poszerza się pole poznawcze, pamięć, kojarzenie. Otwierają się oczy, spadają łuski. Orientalne nauki często podkreślają zdolność utrzymania spokojnej uwagi na chwili obecnej, wręcz kojarzą ją z doskonałością duchową. To nieporozumienie. Taka praca umysłu pojawia się wraz z jego oczyszczeniem ze zbędnych pragnień. Jednak także źli ludzie potrafią być nieprzeciętnie spostrzegawczy i percepcyjni. To o wiele za mało. Jednak umysł, który otwiera się na całość rzeczywistości, potrafi ją także przekraczać. Pojawia się percepcja kosmiczna całości rzeczywistości. Takie doświadczenie miewa wpływ na ludzi, potrafi ich umoralnić. Rozumienie skutków poczynań sprawia, że ostrożniej sobie poczynamy. Oczyszczające się serce z czasem odkrywa także doświadczenie Boga.

Grzech jest zwrotem w krainę chorej wyobraźni, która przesłania realną rzeczywistość. Powrót z krainy grzechu i pychy to także powrót do tu i teraz.

(10)

Bóg nas pasie rózgą żelazną. Ojciec nie rozpieszcza stale swoich dzieci. Jeśli mają być mocne i on musi być mocny. On nas wypala ogniem. Czasem trzeba przelać wiele łez.

(11)

Cnota wiary to chodzenie po wodzie. Nigdy nie wiesz, czy dobrze idziesz. Tak jest lepiej, bo nie ma czasu na samozadowolenie. Po prostu płyniesz, jak spływająca z gór woda. Spływasz z wyniosłości do uniżenia.

(12)

Wiara to oczekiwanie na działanie Boga i uznanie Jego istnienia oraz obecności. Bóg nas wypróbowuje, odwlekając czasem pocieszenia. Czy potrafię czekać? Adam i Ewa nie chcieli czekać na przebóstwienie, wybrali drogę na skróty, żeby być jak bogowie. Cierpliwe czekanie to czasem największa cnota, bez buntu i złości.

(13)

Odnajduj swoje potencjały twórcze. To nie jest wcale łatwe. Nazwijmy to naszym przeznaczeniem, talentami. Trzeba pracować na 150%, żeby je udoskonalać i realizować. Zwłaszcza te duchowe i religijne potencjały poprawiają jakość życia i są kapitałem na wieczność. Pan Bóg stworzył nas na swój wzór, a jest doskonały. Trzeba żyć najlepiej, jak potrafimy, nie odpuszczać sobie. Należy jednak być też dla siebie miłosiernym, aby nie popaść w nerwicę z powodu nadmiernych oczekiwań.

(14)

Postępy cnót (pojmowanych często jako jedna wielka cnota) to postępy w odnajdywaniu samego siebie. Poznać siebie, swoją duszę to poznać swoje cechy szczególne, swoje przewagi i ograniczenia. Umoralniając się, stajemy się bardziej sobą. Pomniejszamy się, powracamy do właściwego własnego wymiaru.

Poszczególne nasze władze bywają nieuporządkowane, skażone chaosem, niewłaściwą postawą i działaniem. Przykładowo lubieżność odbiera nam władzę kochania, czyni ją martwą. Mówimy o kamiennych, czyli martwych sercach. Są takie, gdyż umarły w grzechu lub wadzie (przeciwieństwo cnoty).

(15)

Żyjemy w historii i mamy w niej uczestniczyć.

(16)

Poznanie to ukształtowanie w sobie prawidłowego obrazu Boga. Wypaczony obraz Boga czyni nas kalekami duchowymi pełnymi niechęci i wyrzutów skierowanych w Jego stronę.

(17)

Intuicja i rozum działają jednocześnie. Zmysł duchowy, spontaniczne poznanie, wgląd mogą nas zwieść na manowce, bo emocje bywają jak pogoda nieprzewidywalne i zwodnicze. Jednak to właśnie one są życiem, bez nich nie funkcjonujemy (apatia).

(18)

Co blokuje rozwój? Grzech, każdy grzech, nawet te drobne. Każde realne nawrócenie nieco otworzy nasze serce na Boga. Tymczasem grzech jest zamknięciem się na Niego. Także pasywna i nieuświadamiana akceptacja zła w świecie daje podobny skutek, nawet jeśli sam nie grzeszę.

(19)

Potrzebna jest refleksja i rozeznanie w stosunku do własnego doświadczenia duchowego. Jego elementy to m.in.:

• internalizacja pewnych praw (zasad, prawideł) – trzeba pytać siebie, czy są zgodne z Objawieniem, z Biblią i Tradycją,

• poczucie wspólnoty – i jego pogłębienie; trzeba pytać siebie, z jaką wspólnotą się jednoczę, w jakiej uczestniczę.

Pomocą w rozeznaniu bywa wspólnota, bracia w wierze, grupy dzielenia się i wspólnego rozważania.

(20)

Duchowość to postępująca gorączka miłości i tęsknoty.

(21)

Kontakt z doskonałością wywołuje bunt w nagromadzonych brudach, poruszenie wnętrza. Zepchnięte na dno psychiki brudy wypływają do wierzchu, następują kryzysy. Dawniej w Polsce parzono herbatę z liści w szklankach, gdy nie było jeszcze ekspresówek. Dało się to wypić, gdy fusy opadły na dno. Jeśli jednak pomieszamy taką herbatę, to wszystkie fusy wypływają i trzeba czekać, zanim znowu będzie można się napić. Takie podniesienie brudu następuje wtedy, gdy we wnętrzu człowieka zaczyna działać Łaska. Bóg ukazuje nam nasze własne chore wnętrza, aby je leczyć.

(22)

Poznajemy przesłanie Boże zapisane w stworzeniu – Bóg stwarzał w oparciu o Słowo, które pochodziło z Niego i Nim było. W stworzeniu jest jakby Jego pieczęć, obraz Boży.

(23)

Myślenie przekłada się na działania. Warto zapytać samego siebie, czy moje działanie jest doskonałe, a jeśli nie, to co jest nie tak z moim myśleniem.

(24)

Dziecko żyje wyobraźnią, dorosły – realnością. Dorastanie to przechodzenie od wyobrażeń o samym sobie do realności. Dojrzałość emocjonalna to zdolność przeżywania jak największej różnorodności adekwatnych uczuć. Fiksat wciąż się wścieka, stale uśmiecha, ma zawężone spektrum przeżyć.

(25)

Oddanie siebie Bogu

Chrześcijaństwo jest nauką paradoksalną i jednoczącą przeciwieństwa. Dlatego droga duchowa chrześcijanina przebiega inaczej, niż ktokolwiek może sobie to wyobrazić i przewidzieć. Jest to kontakt z wszechmocną i świadomą Istotą, Bogiem, który sam decyduje, co i kiedy uczyni w stosunku do człowieka. Z tego względu, myśląc o rozwoju duchowym, możesz mieć jakieś jego wyobrażenia z książek i relacji, ale absolutnie się do nich nie przywiązuj. Wydarzy się bowiem coś, co przekroczy owe wyobrażenia ucznia duchowego, przez co trzeba być bardzo czujnym na wszystko, co się dzieje.

Całego siebie, swoje sprawy, także swoją modlitwę nieustannie należy modlitewnie powierzać Bogu. Tylko On sam może przyjść do nas bliżej. Człowiek sam niewiele może zrobić, wręcz nic.

(26)

Zasłuchanie w Boga

Warto pytać Boga i własnego rozumu, co Bóg chce mi powiedzieć o mnie w moich doświadczeniach. Dla człowieka duchowego wszystko jest duchowością, nawet mycie szklanki i codzienne przypadki. Nie wszystkie sensy pojmiemy od razu, ale trzeba być otwartym na coraz nowe i prostsze oświecenia. Jesteśmy istotami duchowymi zanurzonymi w rzeczywistości mistycznej. Nauczeni materializmu nie chcemy jednak tego rozumieć i to dostrzegać.

(27)

Stale wracają do mnie słowa J. Escrivy, który powiedział, że modlitwa to poznanie Boga i siebie. Zdanie to odnosi się do całej duchowości.

(28)

Ascetyczny tryb życia to minimalizm, poprzestawanie na tym, co niezbędne, w tym sposób, w jaki korzystamy z życia. Reszta to balast i rozpusta.

Asceza to jakby dobrowolna kara, żeby uniknąć większych nieszczęść płynących z rozpusty. Polega na ujarzmianiu siebie. Jest to też spokojne przyjmowanie krzyży. Bóg udziela nam przykrych doświadczeń, nie należy z tym walczyć, bo nikt nie jest niewinny. Przypomina nam o tym przypowieść o zabitych przez wieżę w Siloe. Bóg sam nam daje odpowiednie doświadczenia ascetyczne przez te krzyże.

Życie jest sztuką rezygnacji z tego, co dobre, na rzecz tego, co słuszne. Wszystko, czego pragniemy, wydaje się dobre. Rozum jednak potrafi przypomnieć, że nie wszystko koniec końców tak naprawdę przynosi korzyść. Hedonizm nas zepsuł. Asceza wymaga czasem odmówienia sobie niepotrzebnej przyjemności.

Post bywa ćwiczeniem dobrego nastroju, gdy chce się człowiekowi płakać. Z kolei wewnętrzna duchowa radość jest przezwyciężeniem poczucia nieprzyjemności (a nie jego brakiem). Te paradoksy mają ogromne znaczenie. Chrześcijanin umartwia się nie po to, żeby cierpieć, ani nie po to, żeby się obnosić ze swoją ofiarą. Mamy ukrywać swoje poświęcenia. To jest hartowanie w sobie wolności wewnętrznej od pogoni ciała za dobrami ziemskimi, a także odnajdywanie radości wyższych.

(29)

Asceza, pokuta to ofiara, dar, samoograniczenie w dobrej sprawie. Świat potrzebuje pokuty, co podskórnie czujemy.

(30)

Duchowość polega na byciu ponad złem, tj. przekraczaniu swoich złych uwarunkowań. To trochę jak most ponad bagnem. Nie likwiduje istnienia brudów, ale i nie zniża się do nich. Prawdziwa wolność to bycie ponad mocą grzechu w sobie.

(31)

Pokutnicy to rodzaj ludzi duchowych, dziś w chrześcijaństwie niemal zapomniany. Radują się wynagradzaniem Bogu zła innych ludzi, przyjmują za nich na siebie umartwienia. Dokładnie to samo uczynił Chrystus na krzyżu.

(32)

Duchowość to życie w obecności Boga. Kiedy rodzice są w domu, dzieci zachowują się grzecznie. Gdy dyrektor wchodzi do pokoju, pracownicy nagle funkcjonują idealnie. Bóg to ktoś więcej niż rodzic i przełożony w pracy. Gdy mamy świadomość, że stale jest przy nas obecny, życie nabiera innego wymiaru i staje się o wiele porządniejsze.

(33)

Praktyki duchowe mają poprawiać jakość codziennego życia. Ich celem nie jest tworzenie jakiejś „mistycznej” krainy marzeń, wytwarzanie niestworzonych wizji i halucynacji czy ucieczka od rzeczywistości. Wierzący wraz z postępami swojej wiary coraz mocniej staje na ziemi, choć sercem jest już w niebie.

(34)

Trzeba umieć zorganizować sobie czas w taki sposób, żeby mieć ten choćby kwadrans, ale tylko dla siebie. W małej izdebce. Tak, byśmy mogli odizolować się od życia. Potrzebne jest Pismo Święte, najlepiej drukowane, papierowe. Chodzi o to, żeby maksymalnie ograniczyć aktywność w czasie modlitwy. Nauczycielem duchowości jest Zbawiciel, który nocami odchodził w ustronne miejsca i modlił się do Ojca.

(35)

Warto badać swoją motywację. Czego tak naprawdę poszukuję? Nawet jednak, jeśli nasze pobudki nie są doskonałe, to Bóg je naprostuje, jeśli wytrwale praktykujemy duchowość. Nikt nie jest doskonały.

(36)

Drogę duchową najlepiej zacząć od oddania jej Bogu, powierzenia pod Jego władzę. Prostować drogę Bogu to znaczy też pozwolić Mu działać w moim życiu, otworzyć dostęp do siebie. Jeśli jesteśmy szczerzy i otwarci na zmiany w myśleniu, Bóg będzie nas sam prowadził w duchowości. Trzeba się o to modlić. Chrystus jest jedynym nauczycielem chrześcijanina, inni ludzie mogą nas jedynie wspierać z Jego inspiracji na tej drodze. Wielu obywa się bez takiego wsparcia i otrzymuje łaski prowadzenia w przemianie duchowej.

(37)

Jednej rzeczy nie wolno nigdy zrobić – nie wolno zrezygnować. Zło będzie podsuwać zarówno euforię poczucia doskonałości, jak i rozpacz niemożności oraz potępienia siebie. Ani w jednym, ani w drugim nie wolno odstąpić od modlitwy.

(38)

Żyć dla Boga

Człowiek jest świątynią Boga, który stale w nim mieszka, współodczuwa, patrzy, współprzeżywa. Dlatego należy żyć dla Boga. Ludzie tego świata żyją sami dla siebie. Mówią, że szukają szczęścia, a rozumieją przez to dogodzenie sobie i swoim potrzebom. Mamy żyć dla Boga, który każdego człowieka stale przytula jako najdoskonalszy rodzic. Dziecko nie żyje dla siebie, ale wciąż patrzy, czy rodzice są z niego zadowoleni, czy czują się szczęśliwi – cieszy się ich radością. Bóg nam przypomina, że jesteśmy jego dziećmi. Każdy nasz czyn, słowo, myśl odnoszą się do Boga, który nas widzi i czuje.

Zrozumienie tego pomaga nam żyć. Wtedy każde życiowe doświadczenie zawsze dzielimy z Bogiem. Nie ma samotności, opuszczenia, odrzucenia. Zawsze jest wspólnota przeżyć, radości, problemów. Zawsze jest ktoś, kto może nas wysłuchać, wspomóc, współczuć nam albo nas zrozumieć. Moje życie jest Jego życiem, moje problemy są Jego problemami, moje sukcesy są Jego sukcesami.

(39)

Przyswajanie informacji, także Objawienia, ma pewne fazy. Człowiek:

• najpierw usłyszał lub przeczytał, potrafi zatem powtórzyć, • myślał o tym, konfrontował ze swoim dotychczasowym życiem,

• żyje według tego.

W duchowości przechodzimy wszystkie te etapy, ale wartość ma dopiero ostatni.

(40)

Duchowość posłania przypomina, że kapitał duchowy rośnie m.in. od tego, że jest rozdawany. Ma on zupełnie inne własności niż ten materialny.

(41)

„Nie wyście mnie wybrali, ale ja was wybrałem” – powiedział Chrystus do uczniów. Słowa te odnoszą się do każdego wierzącego. Bycie wybranym oznacza m.in. to, że jesteśmy w ręku Boga, że to nie my stawiamy warunki i określamy zasady naszych relacji. Od początku jesteśmy tylko odbiorcami Jego łaski, działania.

Z drugiej strony to zaszczyt zostać wezwanym do wiary. Bóg zaprasza do królewskiego pałacu swojej miłości, odziewa w szatę wypraną z brudu, świetlisty strój zbawionych. Trzeba okazać wdzięczność i oddać Mu chwałę. Jezus wychodzi po mnie, w jakiejkolwiek jestem kondycji (nawet kiedy przypominam zagubioną owcę). Powrót do Boga to święto radości w niebie, to uczta w domu ojca marnotrawnego syna. Za wielką cenę nas wykupiono i jesteśmy więcej warci niż „wiele wróbli”. Otrzymaliśmy specjalne zaproszenie do Królestwa jako królewicze i królewny, dziedzice i władcy Nowego Stworzenia wraz z Bogiem.

(42)

Odbudowa człowieczeństwa w samym człowieku

Wiele religii naturalnych i tradycji duchowych niesie przeświadczenie o potrzebie ascezy i pracy nad sobą. Potrzeba nam duchowości, medytacji, oświecających wglądów, deifikacji człowieka, połączenia się z rzeczywistością wyższą różnie rozumianą – zaspokajana jest na różne, niekiedy karkołomne sposoby. To także oczekiwanie mistycznej wspólnoty złączonej jednym pragnieniem i jednym dążeniem, służącej sobie nawzajem darami duchowymi.

Chrystianizm jest ostateczną odpowiedzią na tę tęsknotę ze swoją wieloraką duchowością zarówno indywidualną, jak i wspólnotową – misteryjną.

(43)

Spotkanie z własną naturą i jej realizacja

Musimy odnaleźć siebie poprzez samorealizację. Zidentyfikować sferę swoich potencjałów, zyskać moc do ich realizacji, motywację i sens życia. Wiele tradycji przenosi to w sferę nierzeczywistą, ezoteryczną, magiczną. Chrystus otwiera dla nowego życia każdego z nas bramę do harmonijnego wzrastania i rozwoju osobistego. Docenia ludzką naturę w jej szlachetnym danym od Stwórcy kształcie i kieruje jej twórczą ekspresją. Jednocześnie rozwiewa iluzje naszej doskonałości i popycha nas wciąż ku nowym wyzwaniom. Większość z nas nieświadomie naśladuje swoich rodziców, traktując ich jak ostateczny wzorzec zachowań i postaw. Badania wskazują, że takie naśladownictwo dotyczy przeważającej liczby ludzi. Tymczasem nasza natura zapisana jest w Logosie – Słowie Bożym. Obcując z Bogiem, odnajdujemy samych siebie.

Wielu ludzi usypia siebie samozadowoleniem. Postrzegają siebie jako skończoną doskonałość. Chrystianizm przywraca zrozumienie, że jesteśmy wiecznymi dziećmi. Potrzebujemy wzrastać, zmieniać się, rozwijać. Doskonały jest tylko Bóg, człowiek ma do samego końca obowiązek poprawy. Powinniśmy dorastać do oczekiwań Boga względem nas i brać udział w Jego planie dla naszego życia. Dorastać do tej prawdziwej naszej natury (esencji – inaczej mówiąc: istoty, formy), którą nam ofiarowano i uczyniono zadaniem do wykonania. Sami mamy dokończyć stworzenie siebie. Stawką jest bycie sobą w jak największej pełni, poczucie spełnienia i szczęścia, także w wieczności.

(44)

Czy my istniejemy?

Powstały książki na temat sporu o istnienie świata i człowieka. Taki spór, także o charakter tego istnienia, prowadzony jest w myślicielstwie ludzkim. Grecy pytali, jak to jest: Skoro wszystko się zmienia, to czy istnieje? Bo jak może coś „być”, skoro za chwilę jest już czymś innym. Albo się zmienia, albo jest. Dali wiele odpowiedzi, a ich myślicielstwo nie uwolniło się od tego problemu. Wszystkie te odpowiedzi jedynie obchodziły problem, ale czy ktokolwiek wyjaśnił raz a dobrze, jak to jest z tym światem i człowiekiem. Chyba nikomu to się nie udało.

Pan Bóg nie ma takich problemów w objawieniu. Świat ani nie jest w pełni, ani nie przestał być. Rzeczywistość i człowiek w niej – wszystko to jest na etapie rodzenia się. Jak pięknie nasz Mistrz potrafi jednym słowem ująć problem, wcześniej roztrząsany przez stulecia. Jak widać, można pogodzić intuicje zarówno wariabilistów, jak i eleatów, ale taka dialektyka przeciwieństw może właściwie zaistnieć tylko w Bogu i Jego nauce. Stworzenie cierpi bóle rodzenia, zmienia się, a zmiany bolą. Zmiany jednak będą miały swój koniec. Przemija bowiem postać tego świata. Czas jest czymś skończonym. Mówimy o końcu czasu. Obecnie jest on już krótki, coraz krótszy. Znana nam postać świata – zmienna – to tylko słoma, która pójdzie na spalenie. Nota bene, w Izraelu suchą słomą (zeschłymi krzewami) palono także w ogniu w domach, przez co mógł on posłużyć do ugotowania wartościowego posiłku.

Czym więc jest wszechświat w dzisiejszej postaci? To inkubator wcielonych aniołów i demonów. Każda dusza sama się określa w tym wyborze. Ta, która bardziej się zwiąże ze słomą i jej wartościami, zazna losu słomy. Mówimy, że duchowość to rezygnacja ze zbędnych przywiązań (choćby za św. Ignacym). Tak dokładnie to rezygnacja ze wszystkich trwałych przywiązań poza przywiązaniem do Boga. Pustynia duchowa to miejsce leczenia z przywiązań. Przywiązania, zżycie się, polegają na połączeniu swojego losu z czymś poza mną. Może być chora postać miłości, która nie zaczyna się w Bogu, ale rodzi się i kończy na ziemi. Można być chorobliwie przywiązanym do swoich dóbr. W iluż zamkach straszą ich dawni właściciele serdecznie zżyci ze swoimi majętnościami. Można być chorobliwie przywiązanym do swoich przekonań, gustów, a nawet traum i urazów, co nie pozwala im przeminąć czy zmieniać się. Można być chorobliwie przywiązanym nawet do najpiękniejszych miłości: do domu, rodziny, do małżonka, dzieci, narodu, do organizacji kościelnej itp. Jeśli nie potrafimy przyzwolić na to, że i one mają swój kres, najdalej w godzinie naszej śmierci. I prędzej czy później nawet one ustąpią wieczności.

Skoro życie to proces rodzenia się, to czym jest śmierć? Prawdziwymi narodzinami. Pierwotne religie rozumiały to intuicyjnie i przeczuciem. Wiele religii zna podwójne rytualne narodziny tu, na ziemi, które po wcześniejszej rytualnej, duchowej śmierci odrywały duszę człowieka od przesadnego rozpływania się w codzienności. Także i my mamy rytualnie i duchowo umrzeć dla grzechu, a narodzić się po raz drugi z Ducha Świętego jako zapowiedź i początek faktycznych późniejszych narodzin dla nieba. Larwa ludzka umiera w kokonie – całunie, żeby odrodzić się jako skrzydlaty i piękny mieszkaniec niebios, jak motyl (to bardzo stara metafora).

Czym więc dziś jesteśmy? Finityści w swoim zarozumialstwie powiedzą, że już doskonałością niepotrzebującą reform. Zasłyszane przeze mnie powiedzenie głosi: Gdy mądry człowiek realizuje siebie, głupiec wystarcza sam sobie takim, jakim aktualnie jest. Pycha to pozostanie przy sobie dzisiejszym, pokora zaś to zaprzeczanie w sobie temu, co się domaga dalszych zmian, choć one bolą i są krzyżem. W tym kontekście coraz głębiej odkrywamy życiodajność krzyża.

Czym więc jesteśmy? Ludźmi w pełni tego słowa znaczeniu czy raczej potencjalnie ludźmi? Mówimy sobie: „Ergo sum!”. Tymczasem to nie bardzo tak wygląda, że „Ja jestem”… Tylko Bóg mówi o sobie JA JESTEM.

Kiedy medytuję na temat nieba, narzuca mi się przekonanie czy wręcz pewna wizja doskonałego realizmu niebieskiej rzeczywistości. Hiperrealizmu w stosunku do dostępnego nam tutaj doświadczenia. W niebie nic nie jest potencjalne – wszystko jest już zrealizowane, aktualne. Tam nie ma planów, czegoś do zrobienia. Różnica ta przypomina relację pomiędzy narysowaną koncepcją a gotową marmurową rzeźbą. Rysunki to my tutaj. Gotowe wytwory Boskiego Pigmaliona to oni tam.

Rodzimy się jako zadatki na ludzi. Egzystujemy, próbując aktualizować swoje potencjały, pomnażać i rozwijać talenty, ofiarując je przy tym Bogu. Przechodzimy od możności do realności. To trochę tak jak z grudką gliny, którą ktoś ożywił i włożył w nią obraz docelowej istoty, żeby sama dokończyła swoje kształtowanie.

Jeszcze drugi obraz – wywoływania zdjęcia. Kto był w ciemni fotograficznej, ten wie, jak to jest. Na białą światłoczułą kartkę powiększalnikiem rzuca się obraz, czyli wkłada w nią informację. Kartka nadal pozostaje jednak biała. Dopiero zanurzona w wywoływaczu powoli materializuje ten wpisany w nią wcześniej obraz. Utrwalacz wypłukuje resztki niepotrzebnej materii, oczyszcza, oddziela potrzebne od niepotrzebnego.

Albo DNA u dziecka. Malec odżywia się, rośnie, żeby informacja w nim zapisana przerodziła się w realny kształt dorosłego ciała.

Potencja, informacja, istota, forma – to wszystko jest nam zadane do odnalezienia, nie obecne w pełni w nas, tylko od nas oczekiwane. Egzystencja człowieka winna zmierzać w kierunku swojej esencji. Wtedy ma poczucie spełnienia, błogości, szczęścia. Jak wielu ludzi pyszni się tym, jacy to oni mogliby nie być, choć nie są i realnie zadowalają się własną bylejakością.

Czy więc istnieję, czy staję się? Skoro staję się, to znaczy, że jeszcze się nie stałem. Nie warto zatem przeceniać samych siebie, przywiązywać się do swojej aktualności ani do otaczającego nas świata z jego sprawami. To nie znaczy z kolei, że wolno nam je zaniedbywać, absolutnie nie. To przez nie właśnie możemy powstać z niebytu, chaosu, bezładu. Pracujemy tak ciężko, jak potrafimy na świecie, ale nie dla świata, tylko dla jego Pana, który wróci do winnicy po swój owoc.

(45)

Poronieni

W nawiązaniu do bólów rodzenia świata i człowieka warto się przyjrzeć, jak ta kwestia została ukazana u św. Pawła. Apostoł nazywa siebie poronionym dzieckiem. Sama myśl pawłowa jest dokładnie ta sama: nasze życie to stan rodzenia się, niejako ciąża. Kto odpada od Boga – Matki, dawcy życia, ten wypada poza Ciało Boże i następuje duchowe poronienie. Takie poronione dziecko w jakiś sposób żyje, ale nie zdążyło się ukształtować. Zatrzymało się w rozwoju duchowym, nie rośnie. Ciało Boże już go nie karmi, nie tuli, nie kształtuje. Pół żywe, pół martwe. Jak u Słowackiego w Grobie Agamemnona, kiedy to podmiot liryczny wyznaje, że widział „pół rycerzy żywych”. To o nas wszystkich. Panowanie zła i grzechu w nas czyni nas półżywymi jedynie. Potrzebujemy powrotu do łona, do ciepła, bezpieczeństwa, spokoju.

Jezus Chrystus ofiaruje nam ten powrót. Czyni swoje Ciało zaproszeniem dla naszego powrotu do tego matczynego niejako ciepła. Ciało Boże to Chrystus i w Niego wierzący kierowani jednym Duchem. Powrót z poronienia… Czy może być szczęśliwsze zdarzenie? Święty Jan pisze: „W owym dniu poznacie, że Ja jestem w Ojcu moim, a wy we Mnie i Ja w was”. Doskonała jedność wszystkich dobrych stworzeń ze Stwórcą. Wizja unii mistycznej daje wgląd w tę rzeczywistość.

Mamy być latoroślami jednego krzewu winnego. Latorośl to gałązka młoda i owocująca. Paweł z kolei nazywa nas członkami jednego ciała. Nie chodzi o jedność substancji w znaczeniu filozoficznym – spory o te tematy wydają się czymś niepoważnym. Dano nam szansę na ponowne wszczepienie się w źródło życia, którego nie możemy pojąć w żaden sposób, i na zrozumienie, o co tutaj chodzi. Nie potrzebuję myśleć o zjednoczeniu z Bogiem, tylko mam to osiągnąć. Drogę znajdziemy w Ewangelii: „Wytrwajcie we Mnie, a Ja [będę trwał] w was” (J 15, 4). „Jeśli będziecie zachowywać moje przykazania, będziecie trwać w miłości mojej” (J 15, 10) – to przecież tak niewiele…

Opozycją dla zjednoczenia z Bogiem jest „miłość” świata z jego władcą na czele. „Gdybyście byli ze świata, świat by was kochał jako swoją własność” (J 15, 19) – czytamy w Ewangelii. Świat okazuje życzliwość tylko wtedy, gdy wpierw staniemy się jego własnością, czyli niewolnikami, rzeczami. Tylko taki doznaje akceptacji, który wyrzekł się swojego człowieczeństwa, podmiotowości, niezależności. Stał się rzeczą. Świat bezbożny uczy nas, że człowiek to zwierzę, rzecz, przedmiot nadrzędnych praw ewolucji, biologii, mechaniki. Przeczy się wolnej woli, a wobec tego także istnieniu grzechu, krzywdy, nawrócenia i zbawienia. Wydaje się, że dzisiejsi ludzie są z drewna: wyprani z uczuć, pasji, pełni za to grzesznych poruszeń. Mają zwierzęce odruchy stadne i niewiele więcej. Potrafią być zadziwiająco odporni na cierpienie, ale to jest jakaś taka obojętność na samego siebie, a nie cnota wytrwałości. Taki stan łatwo przyrównać do bycia pożartym przez ludzkie stado (świat). Świat pożera serce i wolę człowieka. Chwali za wszystko, co przeciwne Bogu, a niszczy za manifestowanie wierności Jemu.

Bóg nas nie nazywa swoją własnością, choć nią jesteśmy. Nazywa nas sługami i przyjaciółmi. W przypowieści o krzewie winnym (Ewangelia św. Jana) stale powtarza się fraza, by prosić Boga, a On nas wysłucha. To ogromny kontrast do „bycia własnością świata”. Własność musi podlegać właścicielowi. Tutaj to Pan obiecuje spełniać nasze prośby. Nie pożera nas w sobie, tylko sam ulega naszej woli: „Proście, a otrzymacie, aby radość wasza była pełna” (J 16, 24). W przeciwieństwie do świata miłość Boża traktuje nas podmiotowo, a ludzką wolę wyrażaną w dialogu (modlitwie, prośbie) czyni czymś niezwykle ważnym. Choć przecież realnie to my mamy się poddać woli Boga, aby włączyć się w Jego Ciało, to On nas jednak uprzedza i sam obiecuje poddanie się naszym prośbom. Bóg czyni dokładnie to, czego nas uczy: wymagasz czegoś od innych – daj najpierw to sam.