1. Mechanizm przeżyć
(1)
Podział duszy
Zaczerpniemy od Greków prosty podział duszy ułatwiający opis funkcjonowania człowieka. W tym znaczeniu dusza jest postrzegana jako element dynamiczny w człowieku, sprawiający, że ludzie mogą samodzielnie się poruszać i podejmować czyny. Równie dobrze można to w bliższych nam kategoriach nazwać szeroko pojętym umysłem, czyli całością wnętrza ludzkiego. Można to określić także bardziej biblijnie, mówiąc wówczas o sercu. O ile dobrze pamiętam, Chińczycy także mają jedno słowo na serce i umysł. Chodzi o sposób funkcjonowania naszego wewnętrznego centrum kierującego naszą egzystencją. Zamiennie w tym konkretnym kontekście możemy to nazywać duszą, sercem lub umysłem. Serce, umysł to nie cała dusza w pełnym zwykle stosowanym tego słowa rozumieniu, tylko jej władze. Krótko mówiąc, piszę tu o podziale duszy w rozumieniu platońskim.
W ramach tego opisowego podziału możemy wyróżnić:
• rozum z jego cnotą (czyli pożądanym funkcjonowaniem) w postaci roztropności, dalekowzroczności, mądrości,
• wolę, czyli ośrodek mocy, którego cnotą jest wytrwanie, męstwo,
• emocje i uczucia, czyli ośrodek odczuwania potrzeb, pożądania, jego cnotą jest umiarkowanie, opanowanie.
Miarą dobrego funkcjonowania tych ośrodków jest z grecka dikaiosyne, czyli prawość, normalność, właściwe postępowanie, zwykle określana „sprawiedliwością”. Biblia niekiedy używa pojęcia „karność”, to nie to samo, ale bliskie.
Jeśli chodzi o emocje, to nie ma potrzeby ich dodatkowo dzielić na pomniejsze kategorie, wystarczy przyjąć, że są to wszelkie poruszenia serca. Świat wewnętrzny człowieka jest niezwykle zróżnicowany, dlatego niełatwo o nim pisać.
(2)
Przeżycia
Gdy stosujemy trójpodział duszy, to część emocjonalna (zawierająca także uczucia i popędy) znajduje się najniżej. Jest najbliższa zwierzętom, najpierwotniejsza, ale i najsilniejsza w codziennym doświadczeniu. W większości sytuacji żyjemy w sposób jakby automatyczny, realizując wcześniej zapisane w nas „programy”. Niektórzy ludzie potrafią niestety przeżyć całe swoje życie bez odrobiny namysłu nad sobą. Funkcjonują w pełni w oparciu o swoje emocje. Jak przysłowiowy korek unoszony przez fale poruszają się tak, jak są z zewnątrz poruszani, miotani.
Każda aktywność umysłu (duszy, serca), czyli przeżycie, składa się z elementów pracy jego trzech centrów: rozumu, woli (decyzji) i emocji. Te ostatnie stają się nośnikami woli i służą jej realizacji. Emocja jest ukierunkowaniem człowieka w stosunku do jej przedmiotu. Towarzyszą jej zmiany w ciele, które uczestniczy w tych poruszeniach, zaczyna je wykonywać.
Wraz z wolą i rozumem stanowią aspekty działania wnętrza ludzkiego, więc nie da się ich pracy tak zupełnie rozróżnić. W pełni zintegrowanym człowieku to rozróżnienie będzie najmniejsze. Dezintegracja wewnętrzna sprawia z kolei, że te władze zaczynają funkcjonować niezależnie, a nawet przeciw sobie.
Emocje generują decyzje i odwrotnie. Wola i emocjonalność to wzajemnie napędzający się mechanizm dynamiki życia. Trzecia władza, czyli rozum, gromadzi uogólnienia życiowe, zidentyfikowane zasady rządzące światem i życiem. Te trzy w każdym przeżyciu występują wspólnie. W dobrze zintegrowanym umyśle osądza to wszystko sumienie na podstawie wzorców dikaiosyne (normalności, sprawiedliwości, dobrego porządku). Nie wolno zapomnieć, że to wszystko jest tak naprawdę jednością, a rozróżnienia mają charakter opisowy i wspomagają nasze rozumienie całości.
Każde przeżycie, reakcja na bodźce uzyskiwane ze świata, czyli wydarzenia dotyczące danego człowieka, składa się czasem z momentów przeżywanych w ułamku sekund: myśli, uogólnienia (rozum), zgody (wola) i emocji prowadzącej do działania. Kluczowe znaczenie ma myśl, nierzadko w postaci twierdzenia „na pewno…”, „to nigdy…” albo „tak nie może być…” uogólniającego, czyli o charakterze normatywnym. Potem następuje zgoda i reakcja emocjonalna. Podobno generujemy 60 000 myśli dziennie. W ogromnej większości dzieje się to wszystko automatycznie na podstawie wcześniejszych reakcji emocjonalnych, które w nas funkcjonują.
Musimy więc pamiętać, że w istocie emocje, wola i praca rozumu to jest jedno i to samo zjawisko. Dlatego odpowiednio pracując nad sobą przy użyciu rozumu i woli, możemy opanować samych siebie, swój sposób życia i przeżywania, ucywilizować swoje emocje. Z kolei obcując w dobrym otoczeniu emocjonalnym, jesteśmy w stanie sprawniej uzdrowić swoją wolę i myślenie.
(3)
Zwierzęta też mają emocje. To poruszenia obecne w ciele, gdy zaczyna się ruch, gdy mięśnie już wykonują pracę, dostosowują się narządy. Stąd pochodzą przykurcze mięśni i sylwetki, grymasy. Emocje to ruch dla jakiejś zmiany, która z kolei w pewnym sensie oznacza walkę.
Mamy emocje, które sprawiają, że żyjemy i się poruszamy. To nasze wewnętrzne motory, napędy, dążenia. Źle, gdy ich nie ma. Wówczas popadamy w stan apatii. Źle też, gdy jest ich za dużo albo są ze sobą sprzeczne. Wtedy popadamy w roztargnienie, zagubienie, neurozę. Chrystianizm odpowiada na ten problem pojęciem uporządkowania.
(4)
Emocje to siły w człowieku, które wiążą się z zasadą współwystępowania przeciwstawnych zasad. Emocja realizuje pojedynczą zasadę. Dlatego w zrównoważonej emocjonalności występują one nie jako siły pojedyncze i absolutne – jest to oznaka obłędu. Występują różne zasady (i reprezentowane przez nie przeżycia) w pojedynczej sytuacji, a człowiek zrównoważony korzysta z nich, a nawet je powoduje rozumnymi myślami w taki sposób, aby nie popaść w czysty, zwierzęcy, jednostronny emocjonalizm. W celu ich weryfikacji i ustalenia właściwego kierunku działania powinny zbiegać się w jaźni, np. jako uświadomienie sobie (zasada powściągliwości) własnych przeżyć i emocji (zasada spontaniczności). Czasem to będzie opanowanie siebie, niekiedy popuszczenie wodzy szaleństwu, innym razem jakaś wypadkowa różnych kierunków albo po prostu rezygnacja. Wszystko to powinno być poddane świadomej kontroli jaźni, rozumu.
Dopóki żyjemy na świecie, który jest naznaczony dobrem i złem, musimy być bardzo ostrożni w działaniu i panować nad odruchami wewnętrznymi świadomością, rozumem, dialogiem wewnętrznym. Tylko Boga mamy kochać całym sercem, bo z Jego strony nic nam nie zagraża.
(5)
Clive S. Lewis użył następującego obrazu: jeśli głowa to rozum, a kończyny to postępowanie człowieka, to emocje stanowią tułów. Tułów jest największy, wszystko scala i temu nadaje życie. To ładna metafora obrazująca, jak ważne są emocje. Zmienić siebie to zmienić emocje.
(6)
Zmuszeni jesteśmy żyć w swego rodzaju napięciu pomiędzy ładunkiem przeżyć, które już w sobie nosimy, a aktualnymi orzeczeniami rozumu i woli oraz opartymi na nich naszymi oczekiwaniami wobec samych siebie. Chcemy wzrastać, zmieniać się, ale przeszłe przeżycia wciąż nami rządzą. To nie są łatwe zagadnienia. Istotą panowania nad sobą na dłuższą metę jest dialog wewnętrzny, dyskusja dzisiejszego mnie ze mną wczorajszym.
Człowiek jest istotą dialogującą wewnętrznie. Stanowi to część naszej paradoksalnej (czyli zaskakującej) natury. Będąc jednym człowiekiem, dialogujemy, rozmawiamy ze sobą. To pochodna tego, że człowiek jest jaźnią, czyli samoświadomością. Będąc świadomym siebie, występuje zarówno jako podmiot poznający, jak i przedmiot poznawany. Efektem poznania jest opis, czyli właśnie myśl skierowana do siebie o sobie i o swoich sprawach. Ta funkcja umysłu okazuje się kluczowa dla naszego życia.
W istocie praca rozumu w postaci sumienia, czyli samooceny, stanowi dopiero o naturze człowieka. Praca rozumu jako rozumu instrumentalnego, czyli rozwiązującego problemy zewnętrzne, nie różni się aż tak bardzo od wysiłku zwierzęcia, które także próbuje sobie poradzić ze swoimi problemami. Jaźń, świadomość siebie realizuje się w samokrytycyzmie, samoocenie, gotowości do dalszej przemiany i poprawy.
(7)
Opisany wcześniej trójpodział duszy i wynikający z niego obraz zjawiska emocji jest dość analityczny. Częściej postrzegamy emocje jako szeroko pojęte poruszenia serca, jako wewnętrzny początek ruchu ciała lub myśli. Towarzyszy temu sprężenie do działania, skurcz mięśni itp. Jak wiemy, zło i dobro pochodzą z serca jako całości, dziś powiedzielibyśmy „z wnętrza”. Używa się wielu terminów, aby to jakoś ponazywać, takich jak reakcja psychiczna, wewnętrzny impet, afekt, rozbieg woli, energia, siła psychiczna. Ujęcie i rozumienie emocji bywa różne, bardzo trudno jest jednolicie opisać rzeczywistości wewnętrzne człowieka.
(8)
Starożytne powiązanie emocji z władzą pożądliwą człowieka odkrywa przed nami kierunkowy charakter zarówno ich, jak i ludzkiego życia. Emocje to przecież człowiek. Nie stanowią czegoś osobnego. To człowiek w aspekcie motorycznym. Są w nas tą częścią, w której najbardziej widać, że nasze życie jest czymś dynamicznym, ukierunkowanym i celowym. W doskonałym świecie wszystkie te poruszenia – najpierw wewnętrzne emocji, potem czynów – kierowałyby się w stronę czegoś dobrego, potrzebnego, jakiegoś dobra. Manifestują celowość życia człowieka. Życie jest procesem, dynamiką istnienia. Podążamy do czegoś albo od czegoś uciekamy, zawsze jest to „coś” i jakiś ruch. Takie ujęcie okazuje się bliskie pojęciu „chęci”.
(9)
Emocje to coś chwilowego. Jeśli nasze reakcje stają się powtarzalne, przyjmują pewien schemat, który nazywamy „postawą” wobec czegoś. Nasze postawy mogą być różne. Te właściwe i dobrze w nas utwierdzone nazywamy „cnotami” (czyli zaletami). Te złe, grzeszne to nasze wady, przywary.
(10)
Siła psychiczna określana jest także mocą. O niej piszę osobno.
(11)
Błędy w rozumieniu emocji
Obecnie panuje myślenie sentymentalistyczne, czyli sprowadzające dobro i zło do doznań przyjemnych i nieprzyjemnych dla naszej emocjonalności. Pomija się zupełnie pracę rozumu i woli. Oznacza to pełne zaufanie swoim emocjom. Osoba nie wchodzi w dialog ze sobą, a swoje emocje traktuje jak ostateczną rzeczywistość. Jest to dzieło płytkiego myślenia opartego na religijnie traktowanej psychologii i psychoanalizie, które należy uznać za skrajną i szkodliwą postawę.
Wcześniej przez wieki panował woluntaryzm (chciejstwo), czyli lekceważenie przeżyć i tłamszenie ich w imię realizacji swoich aktualnych decyzji. Obie postawy, gdy są absolutyzowane, okazują się szkodliwe.
Ostatnio obserwuje się umoralnienie emocji. Wewnętrzne przeżycia, których się nie uzewnętrznia, nie mają wartości moralnej. Po prostu są jak pogoda, która się zmienia i jest taka, jaka sama chce. Członkowie New Age głoszą teorie, być może zaczerpnięte z Orientu, że należy odrzucić negatywne emocje i można przeżywać jedynie cukierkowe, słodkie uczucia. Usiłują wypierać te „złe” doznania, takie jak gniew, złość itp. Tego typu podejście kończy się utratą więzi z rzeczywistością, która ma także wymiar emocjonalny, reaktywny. W najlepszym razie powoduje to oderwanie od rzeczywistości, a w najgorszym – zaburzenia polegające przykładowo na epizodach nieokiełznanego gniewu i szalonej agresji, przetykanych wolitywnym przesłodzeniem.
(12)
Emocje a prawa
„Tam skarb twój, gdzie serce twoje”. Chrystus przypomina nam, że nasze serca poruszają nami w stronę rozpoznanej wartości, w kierunku oczekiwanego dobra. Warto siebie pytać, co jest moim największym skarbem. To coś właśnie naprawdę staje się moim bogiem. Oby to był Bóg.
Wartości to element przeżywania przez nas rzeczywistości prawnych (aksjologicznych). Prawa, zasady wyznaczają, co jest dobrem, a co stratą, co jest wartością, a co ubytkiem. Sprawia to, że emocje są władzą z przestrzeni praw. Prawa objawiają przyszłość, a emocje to siły kształtujące przyszłe zachowanie i dążące do osiągnięcia czegoś przynajmniej na chwilę. Emocje to motoryka popychająca człowiekiem z teraz, aby za moment czegoś dokonał. Kierują się więc prawami. Wcześniej wspomniałem, że w mechanizmie przeżyć, reakcji, emocji bardzo istotny okazuje się element myśli, zwłaszcza generalizacji. Generalizacje to inne określenie zasad świata. Emocje podążają więc za zasadami rozpoznanymi przez myśli. Są władzą w bliski sposób związaną ze zmysłem prawnym. Prawa przenoszą się na emocje, a te z kolei na działania. Emocje są więc nośnikami wartości, praw, dążeń (ducha), całej egzystencji.
Wartości to inaczej dobra, jakich poszukujemy i jakie chronimy. Terminy te pochodzą z różnych epok, ale są sobie bardzo bliskie. Najwyższe, szczególnie upragnione dobro możemy nazywać skarbem.
2. Skąd się biorą nasze emocje
(1)
Emocje są zjawiskiem społecznym, nie tylko wewnętrznym. Posiadamy zmysł odczuwania emocji i wszelkich innych przeżyć. Bóg przypomina nam, że wspólnota ludzka jest jednego serca i ducha. W tym ujęciu „duch” oznaczałby sferę dążeń człowieka bliską działaniu woli według trójpodziału duszy (P. Tillich opisuje istnienie tej sfery w Teologii systematycznej). Emocje udzielają się ludziom nawzajem. Czystym ich językiem jest muzyka.
Emocje, uczucia nie są czymś wyłącznie ludzkim. Czują i reagują także zwierzęta, a nawet rośliny. U człowieka sfera ta obejmuje dodatkowo sprawy duchowe, ostateczne. Emocje są manifestacją woli ludzkiej, a ta z kolei jest najpotężniejszą zaraz po Bogu siłą we wszechświecie. Niewiele wiemy o potędze ludzkiej woli, nie chodzi mi o żadne magiczne interpretacje. Wola jest aspektem działania duszy, więc jej manifestacje także w sprawach transcendentnych mają wymiar kosmiczny. Myśli tak dobre, jak i złe potrafią zmieniać rzeczywistość, wpływają na innych, na świat, są dla Boga wiadome. Nienawiść noszona w sercu rujnuje całego człowieka i jego otoczenie, miłość zaś potrafi w metafizyczny sposób przemieniać nie tylko danego człowieka, ale o wiele więcej na świecie.
(2)
Konkretny człowiek przeżywa emocje pochodzące z najróżniejszych źródeł: od siebie samego, z otoczenia – świata, od Boga i od demona. Człowiek jako mikrokosmos nosi w sobie miniaturę rzeczywistości, jakiej doświadczył. Dotyczy to w szczególności sił, jakie w nim działają i kierunkują jego życie. Gdy doświadczyliśmy wiele dobra, to mamy go w sobie odpowiednio dużo, podobnie dzieje się ze złem. Samo przeżywanie emocji nie ma wymiaru moralnego, nie jest ani zasługą, ani grzechem. Taki wymiar posiada jednak to, co z tymi emocjami czynimy oraz nasze postępowanie pod ich wpływem. Gdy ustępujemy pokusie popychającej nas do grzechu, grzeszymy. Gdy poddajemy się dobremu natchnieniu i wybieramy je spośród różnych w sobie, zdobywamy zasługi.
(3)
Proces rozróżniania noszonych w sobie natchnień nazywamy rozeznaniem duchowym. Duchowym dlatego, że wszystkie one mają jakiś wymiar ostateczny, prowadzą ku zwycięstwu albo upadkowi.
(4)
Emocje z natury są czymś, co dzielimy ze światem niższym od człowieka, ze zwierzętami. Choć dotyczą wszelkich sfer, także duchowej, to ich podstawowa przynależność odnosi się do spraw ciała. Sprawia to, że wiele naszych emocji w aktualnym stanie ludzkiego upadku, czyli upodobnienia się do zwierząt i demonów, reprezentuje potrzeby ciała.
Chrystus przypomina, że możemy żyć według ciała, zaspokajając jego pragnienia bez oglądania się na wszystko inne. Są to potrzeby rozkoszy zmysłowych, uznania w grupie, bycia podziwianym, władzy, propagowania swoich genów, lenistwa, piękna fizycznego, spełnienia życiowego w wymiarze spraw materialnych. Na określenie ludzi tak żyjących znajdujemy w Ewangelii określenie „wieprz”. Prawda jest taka, że obecne czasy stały się królestwem wojujących wieprzy.
W człowieku, jak w całym wszechświecie, toczy się nieustanny spór między potęgą demona czyniącego z ludzi wieprze, a delikatnym, ale nieprzemijającym głosem Ducha Świętego, wzywającego do życia na wyższym poziomie, niepomijającego spraw ostatecznych, ale właśnie je akcentującego. Ten spór w Kosmosie i w człowieku toczyć się będzie przez całą historię ludzkości, aż do jej kresu.
Człowiek został stworzony, aby przekraczał samego siebie, swoje niziny cielesne. Nie oznacza to ich potępiania ani niszczenia, jak to bywa w przesadnej ascetyce dualnej gnozy czy niekiedy w duchowości orientalnej. Nie dręczymy ani nie uśmiercamy ciała, ale uświęcamy je wraz z całym człowiekiem. Dialogujemy, przekonujemy, nie zabijamy. Przekraczamy je, bo się na nich nie zatrzymujemy, ale widzimy dalej, tam, gdzie już tego ciała nie będzie. Patrzymy w wieczność, w nowy byt, w Królestwo Boga, które najpierw jest w niebie dla dusz zmarłych, a później zapanuje na ziemi. Wtedy odzyskamy ciała, ale święte, piękne i uwielbione dzięki miłości.
Ludzie dziś na wszelkie sposoby imitują ten stan przez zewnętrzne upiększanie siebie i wewnętrzne samouwielbienie. Tymczasem trzeba upiększać serca i dusze, a ciała kiedyś same dostosują się do tego stanu. Uwielbić nas tak naprawdę może tylko Bóg, gdy się do Niego zbliżamy.
3. Miłość i empatia
(1)
Bóg jest miłością – to największa tajemnica Wszechświata. Obdarował nas nią Chrystus. Niby jest ona znana, a wciąż niepojęta. Miłość to i uczucie, i postawa dobrego czynienia, a w wymiarze duchowym – najwyższa cnota.
(2)
Miłość zasadą Wszechświata
Nikt tego tak wprost nie wypowiedział, tylko Chrystus. Orbitujące elektrony, planety i galaktyki przypominają nam o prawdzie zasady miłości. Łączność i współtworzenie nowych zjawisk, jak wtedy, gdy dwoje ludzi tworzy nową rodzinę i daje nowe życie – to wszystko pochodzi od samego Boga. Jest On bowiem Rodzicem i Dzieckiem oraz Miłością pomiędzy nimi. Stanowi wspólnotę pełną wzajemnego świadczenia, obdarowywania, szacunku i doceniania. To doskonała wspólnota Osób, której główną zasadą jest miłość. Bóg jest bowiem Miłością.
(3)
Miłości, czyli przyciągające nas do czegoś poruszenia, są najróżniejsze. Często dla porządku odróżniamy za Grekami: storge jako związanie na przykład rodziców z dziećmi, eros jako miłość płciową, filię jako sympatię i przyjaźń, agape jako miłość duchową do Boga i ludzi.
W szerszym znaczeniu grecki eros to wszechwładna siła, która konstytuuje świat, to twórcza, potężna moc. Sprawia, że poszczególne elementy świata pozostają ze sobą w łączności. Według Indusów kama (pojęcie bardzo bliskie erosowi) była przyczyną powstania świata, świat stał się zatem z miłości. Także w Biblii właśnie miłość małżeńska jest figurą miłości Boga i duszy człowieka, która stanowi przecież przyczynę stworzenia świata.
(4)
Bóg odkrywa przed nami człowieczeństwo w nieustającym praktykowaniu miłości. Cała nauka dla nas streszcza się w przypomnieniu o potrzebie bezgranicznej miłości do Boga oraz miłowaniu siebie i ludzi jak siebie. W ten sposób sprawy serca okazują się najważniejszym fundamentem człowieczego jestestwa, będziemy przecież sądzeni z miłości.
(5)
Zmysł uczuciowy w nas bywa różnie nazywany: czułością, empatią, inteligencją emocjonalną itp. Działa on wraz ze zmysłem duchowym, czyli czuciem dążeń innych, które chętnie dzielimy. Trzecim jest zmysł moralny, czyli zdolność odbioru cudzego systemu moralnego. Wszystkie te rzeczy czujemy i przeżywamy wespół z innymi. Myślenie, wola w naturalny sposób poddają się temu czuciu. Możemy jednak odnieść się świadomie do własnych przeżyć i je korygować. Ten wpływ otoczenia Chrystus nazywa światem. Związany jest niestety z upodlonym stanem człowieczeństwa, dlatego też w większości upadla każdego człowieka. Chrystus zwyciężył świat, bo nigdy mu nie uległ, zawsze był wierny wyższym wartościom i swojej misji, nawet kosztem życia.
(6)
Bóg jest wielkim poznaniem, wręcz kontemplującym swoje dzieło, a także wszechprzenikającą czułością. Szczególnie silnie odczuwa to, co i my najsilniej przeżywamy, czyli ból. Będąc absolutną czułością, doznaje wraz z każdym człowiekiem jego radości i cierpienia. Każdy ból zadawany drugiemu człowiekowi jest przeżywany również przez Boga. Każde obdarowanie drugiego człowieka cieszy i dobrze do nas usposabia też Boga. Bóg na sądzie po prostu zwraca to, co sam od człowieka otrzymał – oto cała zasada. Bardzo jasno naucza o tym Chrystus. Człowiek sam siebie osądza przez to, co robi w życiu. Innego sądu nie ma.
Znamy tę czułość ze swojego doświadczenia. Tak właśnie przeżywają rodzice koleje losu swoich dzieci i ból, jaki jest im zadawany, a nawet ten, który same sobie zadają, pogrążając się w złu. Rodzic czuje wszystko nawet silniej niż samo dziecko. Każda matka i każdy ojciec znają ze swojej codzienności te przeżycia, jakich doświadcza także Wielki Ojciec wszystkich ludzi w stosunku do swoich dzieci. Dzieci niestety czasem wykorzystują ten mechanizm uczuciowy, żeby z jakiegoś powodu wziąć odwet na swoich rodzicach i na Wielkim Rodzicu. W imię tego upadlają siebie same.
4. Zaburzenia emocji
(1)
W raju, czyli w stanie, jakim stworzył dla nas Bóg, rozum, wola i przeżycia były doskonale zespolone i ukierunkowane w stronę prawdziwego dobra, w stronę Boga. Były czyste, zdrowe, piękne, nienaganne. Człowiek niestety wykrzywił i poszarpał swoją naturę, przez co popsuło się także jego wnętrze. Nawet św. Paweł, mimo swojej wielkiej przemiany mistycznej, doświadczał, że jednego chce w woli, a co innego robi pod wpływem nieskoordynowanych emocji. To straszne doświadczenie rozdarcia człowieka wewnątrz i głębokich braków dotyczących możliwości świadomego życia.
(2)
Poznać siebie to także poznać swoje emocje, razem z całą ich nędzą. Także z tym, że żyjemy pod ich wpływem jak niewolnicy, że wciąż za mało kierujemy własnym życiem.
(3)
Problemów emocjonalnych jest wiele. Wypełniają podręczniki psychologii, psychiatrii. Biorą się u zdrowych cieleśnie ludzi, a spowodowane są brakiem panowania nad sobą, przesadną samoafirmacją, akceptacją wszystkiego, co się pojawi w umyśle. To brak samokontroli i nawrócenia wtedy, gdy są potrzebne. To brak sprzeciwu wobec narzucających się złych myśli i dialogu ze sobą. Świat wdrukowuje do naszych wnętrz bez naszej zgody i wiedzy swoje wzorce (zasady postępowania). Przyjmujemy je za właściwe, jakbyśmy żyli w raju, ale nie żyjemy. Rządzeni przez złe moce jesteśmy w stanie lekkiego piekła, łagodzonego słabym wpływem Boga i dobrych ludzi.
Żyjemy w przestrzeni praw, myśli, reakcji, przypominamy ryby w wodzie. Funkcjonujemy w oceanie idei i przeżyć, wśród których nie wszystkie są dobre. Człowiek jest częścią wszechświata i to niezwykłą, bo także jego miniaturą. Jako mikrokosmos, czyli odbicie całości świata, mieścimy w sobie dostępny nam jego obraz i z niego wyciągamy wnioski dla własnego życia, zwykle nieświadomie. Kierujemy się przy tym prawami nowości (pierwsze, najsilniejsze), statystyki (częstsze, bardziej przemawiające), poddania się autorytetom i innymi. To naturalny mechanizm, którego działanie możemy jednak rozumnie korygować.
(4)
Nie przywiązujemy wagi do treści własnych myśli. W wielu umysłach trwa rozemocjonowany bełkot wewnętrzny, potok słów i pragnień bez przywództwa rozumu. Dzieje się tak pod wpływem nieuporządkowanych przeżyć. Wypowiadamy bezmyślne słowa do siebie samych oraz bezwiednie i bezwolnie akceptujemy treści wracające z pamięci. Taki człowiek przestaje być człowiekiem, staje się liściem targanym wiatrem. Ta bezwolność to zło wewnętrzne.
(5)
Pierwsze złe idee i emocje zostały nam przekazane przez węża w raju. Do dziś wzajemnie się nimi dzielimy.
5. Porwanie serca
(1)
Porwanie emocjonalne
Co nas uwiodło, porwało ku sobie, co nas pochłania? Co jest moim skarbem, przy którym nieustannie jest moje serce? O czym myślę dniem i nocą? Co mnie absorbuje mocniej niż wszystko inne? Czemu ulegam bezwarunkowo? W dzisiejszych czasach jesteśmy wręcz rozrywani namiętnościami, porywającymi ideami i ideałami. Dają one moc do działania, a nawet poświęcenia dla nich życia. Kierują myślami, profilują emocje, chęci, sympatie i antypatie. Musimy pytać siebie samych: Co jest w najświętszym miejscu mojego serca, w tej świątyni mojej miłości? Czy jest to mój Stworzyciel, do którego poszukuję drogi powrotnej, a tęskniące za Nim serce staje się najlepszym kompasem? Czy może jest tam coś doczesnego, przemijającego, co zwodzi mnie na manowce? Słoma przeznaczona do spalenia?
(2)
Skoro miłość, emocje bywają szalone, to czy istnieje dobre szaleństwo? Istnieje coś, co się określa jako misterium tremendum et fascinans, czyli doświadczenie boskiej niesamowitości z drżeniem grozy i absolutnej fascynacji zarazem.
(3)
Chrystus używa symbolu skarbu na sposób, w jaki patrzymy na Boga. Miłość to pragnienie, a to, czego pragniemy najbardziej, to nasz skarb. Z nim wiążemy oczekiwanie przyszłego szczęścia. Bez niego nie wyobrażamy sobie życia, on angażuje nas całościowo, nie daje spokoju, włada człowiekiem. Pragnienie skarbu wypełnia serce. „Tam skarb twój, gdzie serce twoje”. Człowiek zostaje porwany pragnieniem swojego skarbu. On stanowi centrum miłości, wokół którego organizujemy swoje życie. Dla wierzącego tym ostatecznym skarbem jest Królestwo Boga, czyli przebywanie przy naszym Stwórcy.
(4)
Prawdziwa wiara to porwanie, psychologiczne uwiedzenie, to dobre szaleństwo nieodbierające od rozumu, bo zgodne z jego chłodnymi ustaleniami. Ostateczne porwanie absorbuje naszą uwagę i wrażliwość. Wobec nieustających zmian życia codziennego ono jedno pozostaje niezmienne, trwałe, niepodlegające dyskusji. To poświęcenie, to miłość, która jest pełna zapału, ognia i duchowego żaru. To zespolenie, przylgnięcie, współudział w pracy, jaką wykonuje Bóg, tworząc cały czas świat. To jakby wsiąść do pociągu, który jedzie do nieba. Bóg jest Bogiem ŻYWYM i doświadczamy Go poprzez płynące od Niego poruszenia. Odnajdujmy się w Nim, kiedy wraz z Nim pracujemy.
(5)
Najwyższe przejawy porwania emocjonalnego to ekstaza i entuzjazm. Oba pojęcia pochodzą z dzikich obrzędów bachicznych, zostały jednak przystosowane do bardziej cywilizowanych przeżyć. Ekstaza to wyjście emocjonalne poza siebie, które czasem dotyczy też świadomości. To silne doświadczenie transcendencji. W wierze jest to doświadczenie mistyczne. Z kolei entuzjazm to poczucie bycia zawładniętym przez Boga. Duchowość entuzjastyczna jest obecna w chrześcijaństwie we wspólnotach charyzmatycznych, pozwalających Duchowi Świętemu nimi władać. Ich doświadczeniem staje się niezwykła radość obcowania z Bogiem.
(6)
Tym, co się przeciwstawia wierze, są inne porwania, które bywają nazywane namiętnościami, żądzami. Jakkolwiek to nazwiemy, to też porwania, uniesienia, idee fix, czasem grzeszne, a niekiedy pozornie nie, ale tak szczelnie wypełniają wrażliwość, że nie zostawiają miejsca na Boga. Stają się duchowym centrum, niby-bogiem, bożkiem, którego stawiamy w świątyni swojego serca i duszy.
To antywiary, czyli wiary w coś złudnego, które wchodzą w miejsce prawdziwej wiary. Jak każda wiara organizują ludzi w duchowe wspólnoty (synagoga Diabła), łączące w sobie wartości, przeżycia oraz dążenia (są jak prawdziwy Kościół jednego serca i jednego ducha). Ludzie zbliżonego antyetosu łatwo się zaprzyjaźniają i wzajemnie popierają. Antywiary – podobnie jak dobra wiara – budują wspólnoty egzystencjalne, rozumienia, przeżywania i postępowania.
(7)
Poznanie siebie oznacza poznanie swojego najwyższego uniesienia, tego, czego ostatecznie bronisz – to jest twoim Bogiem, skarbem. Czego nieustannie poszukuję, z czym mam być szczęśliwy, jest moim bogiem, czymś niezwykle cennym. To, co okazuje się dla mnie porywające, stanowi moją rzeczywistą wiarę.
(8)
Pierwszy na drodze dobrego szaleństwa jest sam Wcielony Bóg. On posunął się nawet do szaleństwa krzyża, poświęcił swoje życie z miłości do ludzi, aby nas ratować. My, jego słudzy, nie jesteśmy od Niego lepsi. Także od nas oczekuje się miłosnego szaleństwa i zapatrzenia w Niego. Przyjęcie krzyża wydaje się irracjonalne w kategoriach życia na świecie, dlatego uznaje się je za szaleństwo. W kategoriach wieczności jest ono jednak najwyższą mądrością.
(9)
Emocje łączą człowieka z Bogiem. Mamy być jednego serca i Ducha z wiernymi i z Bogiem. On kształtuje nasze emocje i postawy za pomocą narzędzi wpływających na serce.
Jednym z nich jest język mitu, czyli opowieści, która przemienia człowieka. Mit opowiadany dzieciom to dobra baśń, jak choćby Opowieści z Narni. Istnieje także historia, która jest mitem i pełną cudów baśnią, a wydarzyła się naprawdę. Miała swój wymiar rzeczywisty, a dla nas niesie także wymowę symboliczną, którą odnosimy do własnego życia. Są to dzieje objawienia i zbawienia, Narodu Izraelskiego oraz Chrystusa. Jesteśmy naśladowcami postaw świętych oraz Boga Człowieka. Obcując z tymi opowieściami, stajemy się podobni do przekazywanych przez nie wzorców.
(10)
Trzeba się otoczyć Bogiem, Jego głosem, dobrymi opowieściami, wartościową sztuką, muzyką, myślą. To pomaga utrzymać serdeczną z Nim więź.
6. Lęki
(1)
Poczucie zagrożenia jest jednym z najsilniejszych przeżyć człowieka. Troska o własne bezpieczeństwo, instynkt samozachowawczy sprawiają, że bardzo silnie reagujemy na niepewność co do swojego losu. To normalne ludzkie uczucie. Problem w tym, że bardzo silnie ono na nas wpływa i to na poziomach nieświadomych, a nawet celowo wypieranych. Warto się lękom przyjrzeć.
(2)
Pierwotnie nie było lęku. Błoga niewinność raju nie znała tego uczucia. Działo się tak także dlatego, że pierwsi ludzie w ogóle nie kierowali uwagi na samych siebie. Żyli, bezgranicznie kontemplując doskonałość świata, w której uczestniczyli w swojej dziecięcej, przyjemnie naiwnej prostocie. Chłonęli piękno, harmonię i pokój całymi sobą. Nie potrzebowali w ogóle zwracać uwagi sami na siebie, bo doskonały świat stworzony przez doskonałego Boga dostarczał im wszystkiego, co było potrzebne. Ich prostoduszna łagodność, podobna dobrym dzieciom, zwrócona była w całości poza siebie, wypełniała się zachwytem, radością i afirmacją. Wszystko było im przyjazne i na odwrót – oni byli przyjaźni wszystkiemu. Czasem ślady takiej kondycji odnajdujemy jeszcze u niektórych dzieci doświadczających dużo miłości i u prostych ludzi nietroszczących się zbytnio o siebie, a wciąż wyglądających dobra w świecie.
(3)
Ich upadek sprawił, że spojrzeli po raz pierwszy na samych siebie i ujrzeli własną nagość, czyli bezbronność. Tak narodził się lęk. Podnieśli rękę na Boga, łamiąc Jego zakaz, za co zapowiedziana była śmierć. Oczekiwanie śmierci, złego losu to lęk, który od tego czasu jest nierozerwalnie obecny w ludziach.
(4)
Ten lęk nazwijmy egzystencjalnym. Wewnętrzny niepokój żyjącego człowieka jest czymś, czego nie da się zlikwidować. Im dłużej żyjemy i więcej widzimy oraz rozumiemy, to przeżycie staje się coraz bardziej dolegliwe:
• jest to lęk przed cierpieniem będącym manifestacją obiecanej śmierci,
• jest to także lęk przed Bogiem, którego zapowiedź (prawo) realizuje się w różnych cząstkowych formach śmierci; boimy się śmierci jako spotkania z Bogiem i prawdą o samych sobie; większość historii ludzkości naznaczona była losem pośmiertnym w postaci Szeolu, Otchłani dusz, dlatego ludzie chcieli jak najdłużej żyć,
• lęk ten jest też niepewnością co do losów w wieczności, lękiem przed osądzeniem,
• jest również niepewnością dotyczącą własnej zdolności do realizacji siebie, dorośnięcia, rozwoju.
Lęk ten ma pewnie jeszcze inne wymiary. Ich wspólnym mianownikiem jest niewiedza, nieumiejętność instynktownego dobrego życia wobec wyobcowania od samego siebie (swojej natury, esencji) oraz od Boga. Jesteśmy ludźmi błądzącymi w ciemności, niezdolnymi właściwie kierować swoim życiem. Sama ta kondycja okazuje się bolesna, to doświadczenie rozdarcia wewnętrznego, dysonansu poznawczego. Czekamy, aby doświadczać raju, bo taka jest nasza natura. Realnie doświadczamy czegoś na kształt piekła. Trudno jest urodzić się radosnym, różowym jednorożcem z bajki i żyć wrzuconym do przepaści waśni, choroby, cierpienia, brudu i ciemności – manifestacji śmierci.
(5)
Z lękiem tym związane jest to trudne do pojęcia poczucie winy. Leszek Kołakowski słusznie zauważył, że dopiero odkrywając to wewnętrzne poczucie winy, stajemy się w pełni ludźmi.
(6)
Lęk ma wiele wspólnego z brakiem nadziei, która jest cnotą patrzenia na przyszłość z uzasadnionym optymizmem. Potrafi on przerodzić się nawet w nienawiść do przyszłości.
(7)
Człowiek nie potrafi funkcjonować z poczuciem zagrożenia, to nami tak silnie kieruje, że uniemożliwia normalne życie. Z tego powodu praktykujemy różne strategie radzenia sobie z lękiem.
(8)
Pierwsza strategia to naiwne udawanie, że się nie istnieje. Pierwsi Rodzice na myśl o Bogu ukryli się przed Nim w krzakach. Wielu ludzi dziś na wszelkie sposoby wyrzeka się swojej jaźni, samoświadomości. Poznając siebie, poznajemy swoje zalęknienie, słabość i chwiejność, będące dowodami naszego upadku. Kryjówką przed Bogiem jest piekło, swoisty stan duszy, która wyrzekła się Boga i siebie samej. W praktyce chodzi o zagłuszanie swojego wnętrza silnymi emocjami, zwykle pożądaniami, żądzami. Przypomina to oczywiście gaszenie pożaru benzyną, bo tylko potęguje wewnętrzny lęk, który narasta wraz z poczuciem winy. Prowadzi to w efekcie do wielkich wynaturzeń, zwłaszcza w naszej dobie.
Szczytem tego jest niszczenie umysłu poprzez alkohol, narkotyki i podobne stymulacje. Ekstaza grzechu i śmierci uwalnia od samego siebie. Jest to właśnie ta śmierć, przed którą ostrzegał ludzi swoją zapowiedzią Bóg. Sami ją w sobie wywołujemy.
(9)
Inne strategie opisane są w psychologii, obejmują one najróżniejsze mechanizmy obronne i patologie. Łączy je jedno: człowiek wyobcowuje się sam od siebie, od poczucia powinności i winy, swojej pamięci, bólu, które one niosą. Są ucieczką od transcendencji, człowiek zatrzaskuje się sam w sobie, w fałszu, który pielęgnuje.
Lęk łagodzi się na drodze duchowej pod doświadczeniem Bożej miłości. To pod jej wpływem należy identyfikować własne mechanizmy obronne oraz je wyłączać, rezygnować z nich. Coraz większy obszar swojego przeżywania przenosimy z wypartej nieświadomości do sfery świadomie zarządzanej.
(10)
Człowiek żyje w sobie z nieodkrytym lękiem tak jakby na niby. Wiele rzeczy robi tylko z powodu tych nieuświadamianych obaw, a to znaczy, że żyje bez przekonania, bez wewnętrznej energii. Robi najmniej, tyle, ile tylko musi, w nic nie wierzy. Lęk nie jest motywacją do życia, tylko do ucieczki od życia i jego pozorowania. Nie można naprawdę żyć w ten sposób. Tak jednak żyją niemal wszyscy ludzie. Przypomina to raczej sen niż życie; sen, który jest bratem śmierci. Lęk ten, mimo nieraz pozorów poprawności, jakie powoduje, zawsze jest podszyty nienawiścią do Boga, do siebie i całego świata.
(11)
Bóg nam objawia inne podejście. Polega ono na akceptacji lęku i doświadczenia grozy w spotkaniu z Bogiem. Bojaźń Boża to początek zdrowienia. Wyjście ludzkości na wojnę z Bogiem (grzech) przypomina frontalny atak mrówki na rozpędzony pociąg. Mamy prawo się bać, żyjąc w taki sposób. Stary Testament wiele mówi o bojaźni Bożej jako o doświadczeniu grozy wywołanym całą tą sytuacją i wielkością Boga. Jest ona w nas przez cały czas – to ten nieodrodny lęk egzystencji. Wystarczy go nie tłumić, nie bronić się przed nim, ale go po prostu przeżyć. Nietłumiona bojaźń staje się drogą do naturalnej, niewysilonej skruchy przed Bogiem, a to już brama do świętości.
Skruszone, czyli pozbawione wojowniczości, serce nawiedzane jest przez Boga. Zaczyna się droga duchowa naznaczona wieloma pociechami. Bóg przytula do siebie dusze, które zaprzestają z Nim wojować. Znamię grozy jednak pozostaje jako stabilizator emocjonalny naszych nie zawsze zacnych zapędów.
W drodze rozwoju duchowego wzrasta miłość do Boga, wdzięczność za stworzenie i zbawienie. Na powrót pojawia się dziecięca miłość z ufnością zapatrzona w Ojca. Miłość przezwycięża lęk. Nie likwiduje go, ale przestaje on być ważny wobec chęci wspomagania pracy Wielkiego Rodzica. Każde dobre dziecko z całych sił chce wspomagać rodziców, dotyczy to także dzieci Bożych. Miłość przenosi uwagę z samego siebie, tak bardzo zogniskowaną w ramach grzechu, na Drugiego, na obiekt zakochania. Z czasem dusza staje się jak młoda, świeżo zakochana dziewczyna – stale myśli i wzdycha do Ukochanego. Kocha bez lęku, jak o tym mówi Pismo.
(12)
Bóg ofiarował nam przepiękną modlitwę, która jest najprostszą formułą służącą naszemu uzdrowieniu. Jest to Koronka do Miłosierdzia Bożego, w której wciąż powtarzamy: „Dla Jego bolesnej męki, miej miłosierdzie dla nas i całego świata!”. Ta formuła zawiera w sobie bojaźń, skruchę, uznanie swojej własnej oraz uniwersalnej światowej winy. W skrusze kieruje się z uwagą i prośbą do Ojca Przedwiecznego, powołuje się nie na swoją zasługę (bo jej nie ma), ale na Syna Boga. Poza tym integruje z samym sobą i resztą ludzi (całym światem). To najprostsza i najczystsza formuła prostująca nasze chore dusze i umysły, wielki dar dla naszych czasów. Niezmiernie miłe jest też to, że Bóg wypowiedział to pouczenie po polsku.
(13)
Różne są rodzaje fałszu wewnętrznego. Nie sposób wymienić wszystkich fałszywych strategii, jakimi posługują się ludzie, próbując ukryć swój lęk przed Bogiem. Poniżej wskażemy niektóre z nich:
• zapominanie o Bogu, ukrywanie się w doczesności, w świecie,
• atakowanie Boga, wiary, Kościoła, kapłanów; projektowanie na nich swojego zła, aby je w nich na niby zwalczać; czynienie sobie obrazu Boga na własne podobieństwo jako winnego i złego, potępienie Go i zabicie; odrzucamy, bo boimy się odrzucenia; zabijamy Boga w sobie i w Chrystusie zapomnieniem i grzechami, bo boimy się być zabitymi; jednak to właśnie jest dla nas samych samobójstwem,
• osądzanie, czyli potępianie innych, żeby poczuć się sędzią, a nie sądzonym; służy temu choćby pogarda dla innych, rzucane przekleństwa, wyzwiska, złe słowa i złe traktowanie innych; poczucie bycia lepszym od innych stale budowane obmową i przesadną krytyką,
• uznanie siebie za boga; tak wiele jest teraz takich wierzeń, zwłaszcza z kręgu New Age, jakoś nieudolnie wzorowanych na wierzeniach indyjskich, ale pozbawionych ich szlachetności i ascezy,
• uwielbienie siebie samego i pozorowanie, że jest się już w niebie poprzez zapewnianie sobie piękna, siły i niekończących się rozkoszy zmysłowych,
• unikanie myślenia o sprawach ostatecznych, udawanie zwierzęcia pozbawionego duszy i wieczności,
• roztopienie się psychicznie w świecie, w klimacie swojej epoki, zawsze jakoś upiornym, choć udającym dobro,
• straceńcze pragnienie samounicestwienia, zastępujące lęk przed byciem unicestwionym; unicestwienie przez samego siebie,
• apoteoza i ideologia słuszności grzechu w celu stłumienia poczucia winy,
• wywoływanie lęku przed sobą u innych; zastraszamy, niejako zmuszamy innych do dzielenia naszego lęku, aby sobie ulżyć,
• udawanie nieistnienia; robimy wszystko, żeby niczego nie robić; chcemy mieć jak najmniej wspólnego sami ze sobą.
(14)
Istnieje drugi główny rodzaj lęku, czyli lęk światowy, lęk przed nawróceniem. Odczuwamy presję psychiczną ze strony Władcy Świata, który chce, aby o nim nie mówić ani nie myśleć. Domaga się przy tym, aby bezwzględnie być mu posłusznym w grzechu i nieświadomości oraz wyobcowaniu. Pan Świata razi nas swoim lękiem przed dobrem, wiarą, nawróceniem. Faktycznie posiada pewne środki, aby boleśnie razić ludzi. Może jednak człowieka wracającego do Boga co najwyżej ugryźć w piętę, jak to nazywa Pismo. Uświęcający się człowiek dostaje się pod ochronę Boga, a przy tym wzbudza pewien nienawistny lęk w demonach. Dlatego świętość je przepędza, także poprzez egzorcyzmy.
Ludzie także niechętnie patrzą na świętość. Mieszkańcy ciemnej jamy niezbyt lubią tych, którzy powstają do światła. Ściągają ich przemocą z powrotem w dół. Presja świata (ludzkości) ukierunkowana na to, aby żyć przeciętnie dla swojego stanu i nie okazywać wiary ani miłości, jest ogromna, choć zwykle cicha i skryta, ciemna i brudna. Boimy się odruchowo ważniejszych od siebie, rządu, modnej siły politycznej według porządku świata rządzonego przez Władcę Ciemności. Nie chcemy się narażać kolegom, sąsiadom, otoczeniu. Człowiek zwykle pragnie się wtopić w tło i być niezauważalnym albo przeciwnie – wybić się tak wysoko w poczucie siły i ważności, żeby stać się nieosiągalnym. Obie strategie są fałszywe. Jedna to pokora wobec zła, a druga – zło w czystej postaci.
Bóg nakazał nie lękać się, bo zwyciężył świat. Jeśli już kogoś, to Jego trzeba się obawiać, bo On nas osądzi. Ludzie najwyżej na chwilę się obrażą czy nas wyśmieją, ale Bóg osądza na wieki, nie tylko karząc, ale też podziwiając dobrego, posłusznego człowieka, który przemógł nacisk świata.
(15)
Słowo Boże uzdrawia ze światowego lęku. Warto rozważyć Psalm 64 (w przekładzie paulistów):
„Boże, słuchaj mojej głośnej skargi.
Uchroń mnie od lęku przed wrogiem. Ukryj mnie przed zgrają złoczyńców, przed tłumem czyniących nieprawość. Ostrzą swe języki jak miecze, słowa gorzkie wyrzucają jak z łuku, by w skrytości razić niewinnego. by z zimną krwią ugodzić go znienacka. Umacniają się w złym zamiarze, rozważają, jak ukryć pułapki; mówią: «Któż je dostrzeże?». Obmyślają nieprawość; szykują tajemne plany. Wnętrze i serce człowieka jest niezbadane! Lecz Bóg ugodzi ich swymi strzałami, nagle odniosą rany, zawiodą ich własne języki. Zatrwożą się wszyscy, którzy to zobaczą, i lęk ogarnie każdego człowieka. Będą głosić dzieła Boże, zrozumieją Jego czyny. Sprawiedliwy rozraduje się W PANU, do Niego się ucieknie; chlubić się będą wszyscy prawego serca”.
W pierwszej części widzimy człowieka powalonego złą i podstępną mową ludzi występnych. Modli się do Boga jakby w poczuciu beznadziei i bezsilności. Trafiają go słowa niczym strzały, jak miecz go ranią. Są podstępne, perfidne. Szuka ochrony, widać samemu nie potrafi się obronić. Ta sytuacja go przerasta, nie jest w stanie dać odpowiedzi.
Czytając Pismo, czytamy o własnym życiu. Takie wrogie słowa, jak te z Psalmu, nieraz nas dosięgały. Nie umieliśmy się obronić, nie umieliśmy na nie odpowiedzieć, byliśmy bezsilni. Taka sytuacja jest traumatyczna, zwłaszcza u dzieci. Łatwo popaść w chroniczny lęk, zamknąć się w sobie.
Psalmista tego jednak nie czyni. Modli się. Zanosi to doświadczenie przed Boga. Nie oczekuje cudu, po prostu się modli, mając przed oczami perspektywę wieczności. Dzięki temu nie popada w rozpacz i traumę. Oczekuje sprawiedliwości, która prędzej czy później nadejdzie z ręki Bożej.
Ta modlitwa i to odniesienie do Boga mają szczególne działania: postrzegamy Boga jako nie tyle cudownie ratującego zgnębionego człowieka, co raczej jako Kogoś, Kto naprawia swoją sprawiedliwością zło ukazane w opisanej sytuacji. Działanie Boże zostało przedstawione w czasie przyszłym, jako nadzieja i ostateczna perspektywa.
Między pierwszą częścią psalmu: opis zła oszczerców, a dalszym działaniem Boga wyraźnie zarysowano paralelę. Źli ludzie wzbudzają lęk w krzywdzonym człowieku. To jest lęk toksyczny. Nie mają prawa zastraszać człowieka, winni go szanować, bo to bliźni. Ich słowa przypominają strzały. Są podstępni i liczą, że nikt nie zrozumie ich knowań. Zapewne wbijają zastraszonego człowieka w chorobliwe milczenie.
Z kolei Bóg w wizji psalmisty także wzbudza lęk, również rzuca groźne strzały. Jest to jednak lęk zdrowy, uzasadniony ogromem i mocą Boga. W tym lęku człowiek milknie, język zawodzi, ale nie pozostaje w milczeniu (jak wskutek toksycznego lęku w stosunku do krzywdziciela). Ten lęk (zwany zwykle bojaźnią) wycisza człowieka i otwiera na doświadczenie Boga, który jest nie tylko ogromny, ale i dobry. To sprawia, że człowiek zaczyna rozumieć dzieła Boga, przeciwnie niż nieprzeniknione knowania oszczerców. W następstwie tego doznaje uniesienia, radości i zaczyna naturalnie i szczerze wysławiać dzieła Boże. Uratował się przed popadnięciem w toksyczny lęk, rozpacz i traumę. Uratował się przy Bogu.
Widzimy, jak zły napastnik uzurpuje sobie niejako rolę Boga i to w piekielny sposób. Jest to bolesne dla jego ofiary.
Uzdrowienie przynosi doświadczenie prawdziwego Boga. Nie jest ono łatwe, bo to doświadczenie lęku. Ostatecznie uzdalnia nas jednak do zrozumienia zdarzeń swojego życia i uwalnia serce do radości. Psalmista znajduje drogę od toksycznego lęku i rozpaczy do nadziei, pocieszenia, a nawet chwalebnego uniesienia. Nie jest to łatwa droga, wiedzie przez kontakt z Bożą potęgą. Prowadzi od złego, nonsensownego lęku przed człowiekiem poprzez jeszcze głębsze i dotkliwsze, ale za to uczciwe i sensowne doświadczenie ogromu i mocy Boga.
7. Rozemocjonowanie – namiętności, żądze, przywiązania, zniewolenia
(1)
„Gdzie zazdrość i żądza sporu, tam też bezład i wszelki występek. Mądrość zaś zstępująca z góry jest przede wszystkim czysta, dalej – skłonna do zgody, ustępliwa, posłuszna, pełna miłosierdzia i dobrych owoców, wolna od względów ludzkich i obłudy. Owoc zaś sprawiedliwości sieją w pokoju ci, którzy zaprowadzają pokój. Skąd się biorą wojny i skąd kłótnie między wami? Nie skądinąd, tylko z waszych żądz, które walczą w członkach waszych. Pożądacie, a nie macie, żywicie morderczą zazdrość, a nie możecie osiągnąć. Prowadzicie walki i kłótnie, a nic nie posiadacie, gdyż się nie modlicie. Modlicie się, a nie otrzymujecie, bo się źle modlicie, starając się jedynie o zaspokojenie swych żądz” (Jk 3, 16–4, 3).
(2)
Indyjskie nauki duchowe podkreślają zły wpływ przywiązań do rzeczy i spraw materialnego świata. Nauki chrześcijańskie mówią jeszcze bardziej stanowczo o zniewoleniu światem. Emocje, które składają się na ten stan, nazywane są różnie: żądzami, namiętnościami itp. Obejmują uczucia z kategorii związania z czymś, czyli przejawy miłości i pożądania. Są nieczyste, gdyż mamy całym swoim sercem najpierw kochać Boga, a dopiero potem siebie i ludzi, czyli przedmioty wieczne dla uczuć i przywiązań. Sprawy doczesne przemijają, a przywiązanie do nich ukierunkowuje nas w stronę śmierci, a nie wiecznej, radosnej wspólnoty w komunii Boga i ludzi. Zniewolenie polega na tym, że miejsce przeznaczone dla wartości wyższych w sercu zajmują rzeczy i sprawy niskie, które jeśli są osadzone na miejscu Boga, panują nad człowiekiem z przerażeniem im służącym. To absolutne poniżenie człowieka, który miał być panem nad światem, a stał się niewolnikiem rzeczy.
(3)
Niechrześcijańskie nauki ascetyczne odkrywają część prawdy, gdy zaprzeczają wartości życia doczesnego, a otwierają człowieka na sprawy wieczne. Jakie są te wieczne rzeczywistości – tego jednak nie wiedzą zbyt dobrze, zatopione w domysłach setek różnych doktryn i religii, w których bywa tyle dobrego, co i złego, mylącego. Chrystus oczyszcza nauczanie o wieczności z ludzkich naleciałości, a otwiera nas na poznanie wieczności Boga, własnej duszy, przyjaźni z ludźmi. Asceci niechrześcijańscy mogą wygasić swoje przywiązania do doczesności karmiącej nas złudzeniem jej wartości, są w stanie także odkryć kontemplacyjnie niektóre aspekty Absolutu. Chrystus to dopełnia miłością; pokazuje, jak właściwie ukierunkować swoje życie, a nie wyrzekać się go. Asceza indyjska i jej pochodne dążą za daleko, prowadzą bowiem do wyrzeczenia się siebie i zatracenia nawet jaźni albo przeciwnie – do ekspansji swojej jaźni w stronę bycia kosmicznym bóstwem. Chrystus uczy zaś przekraczania siebie w miłości, gdzie moje niższe ja światowe (uwarunkowane – w rozumieniu stosowanym w tradycjach orientalnych) zostaje ominięte na rzecz ja duchowego, ja duszy kontemplującej Stwórcę.
(4)
Silne, narzucające się emocje sprawiają, że ludzie cieleśni żyją nieustannie pod ich wpływem. Nauczyli się wszelkimi siłami wygaszać działanie rozumu i woli. Aby tak się działo, nie dopuszczają w ogóle do głosu swoich wewnętrznych władz. Nieustannie bombardują siebie poprzez zmysły coraz intensywniejszymi bodźcami ze świata. Zagłuszają głos rozumu, sumienia, duszy w ogóle. Narzucają sobie coraz silniejsze przeżycia konsumpcyjne, erotyczne, funkcjonują wśród hałasu i zgiełku mediów, sięgają po miałką literaturę itp. Gdy tego za mało, zabijają świadomość alkoholem, narkotykami i podobnie działającymi stymulacjami, np. muzycznymi. Fundują sobie ekstazy zmysłowe i cielesne, byle być cały czas pod wpływem zewnętrznej stymulacji. Po prostu nie umieją samodzielnie wewnątrzsterownie żyć i doświadczają lęku wobec takiej perspektywy. Wielu ludzi stale dostarcza sobie bodźców z zewnątrz, narkotyzują się nimi, często muszą je coraz bardziej intensyfikować, aby w ogóle działały w ich umierającej psychice. Tracą w tych swoich uniesieniach i ekscytacjach kontakt z rzeczywistością, ze sobą. Karmią swoje żądze na przemian z zawiścią wobec tych, którzy je sprawniej zaspokajają. To szatańskie błędne koło.
Nasza epoka zatopiona jest w emocjonalnej kałuży tryumfującej ekstazy szatana. Ludzie stale poszukują tego typu ekstaz.
(5)
Samo odrzucanie świadomości jest podstawową zbiorową histerią. Dzisiejsi ludzie po prostu wolą oszaleć, niż myśleć i zachowywać się racjonalnie, mądrze.
(6)
W trudniejszych przypadkach pojawia się nałogowe przywiązanie do jakiejś szkodliwej rzeczy lub zachowania. Nałogowiec to już tylko cień człowieka, jakim powinien być, niewolnik własnej słabości. Sama skłonność do nałogów to także specyficzna fala światowej emocji udzielająca się ludziom pomiędzy sobą. Są jednostki, po których to widać, gdy wpadają z nałogu w nałóg.
(7)
Ciążą nad nami złe miłości potrzebujące uzdrowienia, nowego ukierunkowania. Niespokojne jest serce człowieka, dopóki nie spocznie w Bogu, jak pisał Augustyn. Dopiero w niebie wygasną wszystkie głody, porywy, pragnienia, potrzeby. Dlatego ludzie fundują sobie materialną błogość na niby-drodze używek, luksusów, cudzołóstwa. Nie jest to jednak prawdziwa błogość duchowa, to nie jest niebo na ziemi.
(8)
Panują nad nami emocje. Chociaż do tego się przyzwyczajamy, to nie musi tak być. Trzeba się przebudzić do świadomego i odpowiedzialnego życia. Musimy uwierzyć, że można żyć naprawdę.
(9)
Pierwszym Rodzicom dano niemal cały świat, poza owocami z jednego drzewa. Ewa chciała wszystkiego. Ta zachłanność dotyczyła zjedzenia bez wyjątku wszystkich owoców. Do dziś tym, co popycha nas do zła, co nazywamy żądzami, jest jakaś nieopanowana zachłanność. Ludzie mają pewne dobra, ale chcą wciąż więcej i więcej, pragną wszystkiego. To nie ma końca, jest absolutne. Przedmiot żądzy staje się dla nich bogiem, bo tylko pragnienie Boga może być i jest nieskończone i nigdy nie zostanie spełnione do końca.
Te dobra są różne – materialne i psychiczne. Zawsze ten proces rozgrywa się wśród ludzi tu, na Ziemi. Jeżeli zahacza o sprawy Boże, to tylko po to, żeby je sprofanować i użyć do swoich niskich celów. To są przywiązania do marności, materii, doczesności.
(10)
„A wąż był bardziej przebiegły niż wszystkie zwierzęta lądowe, które Pan Bóg stworzył. On to rzekł do niewiasty: Czy rzeczywiście Bóg powiedział: Nie jedzcie owoców ze wszystkich drzew tego ogrodu? Niewiasta odpowiedziała wężowi: Owoce z drzew tego ogrodu jeść możemy, tylko o owocach z drzewa, które jest w środku ogrodu, Bóg powiedział: Nie wolno wam jeść z niego, a nawet go dotykać, abyście nie pomarli. Wtedy rzekł wąż do niewiasty: Na pewno nie umrzecie! Ale wie Bóg, że gdy spożyjecie owoc z tego drzewa, otworzą się wam oczy i tak jak Bóg będziecie znali dobro i zło. Wtedy niewiasta spostrzegła, że drzewo to ma owoce dobre do jedzenia, że jest ono rozkoszą dla oczu i że owoce tego drzewa nadają się do zdobycia wiedzy” (Rdz 3, 1–6).
Historia Ewy pokazuje etapy pożądania. Najpierw patrzyła na owoc obojętnie. Pod wpływem kłamstwa spojrzała na niego w nowy sposób. Pożądanie zaczyna się od specyficznego nowego spojrzenia. Znaczy to też, że zaczynamy sobie przedmiot pożądania wyobrażać innym, niż jest faktycznie.
Ewa wyrobiła sobie potrójne fałszywe wyobrażenie owocu. Uwierzyła, że jest smaczny i jadalny, piękny i daje wiedzę, czyli wzrost osobisty. Wiedziała przecież, że przynosi śmierć. Owoc miał być niemal całkowicie doskonały, sycić ciało, zmysły i pomnażać wiedzę. To koresponduje z trzema pokusami wymienionymi w dalszej części Pisma, do których można sprowadzić wszystkie pożądania: pożądliwość oczu (piękno), pożądliwość ciała (nasycenie), pychę wiedzy. Ewa przeżyła je wszystkie, ale zrobiła to na własne życzenie, gdyż najpierw sama o tym zdecydowała, według własnej woli spojrzała na owoc na sposób zasugerowany przez węża. Wszystko zaczyna się od aktu woli, po nim następuje samoczynne działanie sił w naszej psychice.
(11)
Człowiek nie tyle chce pożądać, co być pożądanym, a że jest to zjawisko symetryczne, to zaczyna od własnego pożądania. Niestety kieruje je wobec przemijających rzeczy materialnych. Powstaliśmy z pragnienia i tylko Bóg nas pożąda miłością potężną jak śmierć (Pieśń nad Pieśniami). To Bóg nas pragnie, chce nas do siebie przyjąć, wchłonąć w swoje mistyczne Ciało (Kościół, Królestwo Boże, Nowy Byt). Piszę o tym we fragmencie o pragnieniu jako przyczynie stworzenia.
(12)
Ogień żądzy nieba, tej najpotężniejszej z żądz, pali nas wewnątrz. To tak naprawdę w nas jedyne prawdziwe pragnienie. Nauczyliśmy się je lekceważyć, przekonujemy siebie, że przecież na pewno tam trafimy. Przy tym wymyślamy sobie sztuczne nieba: bogactwo, seks, władzę lub sławę i przetwarzamy zdrowe pragnienie Boga w pogoń za wiatrem i złudzeniem.
To właśnie ten ogień pragnienia Boga jest ogniem piekła, gdy zostaje źle skierowany, a po naszej śmierci staje się odarty ze złudzeń i pali żywym bólem widomej w całej okazałości straty. Ten ogień jest w człowieku też płomieniem życia, porywającym go do działania. Jest euforią nieba i adoracji Pana w nieustającym spełnieniu niemającym nigdy końca, matką wszystkich żądz, którą trzeba oczyścić, wysublimować, której trzeba ulec i za którą należy podążać.
(13)
Ciało dąży do innych ciał. Materia chce do materii. Z tego powodu trzeba żyć według Ducha Świętego, ufać Mu bardziej niż samemu sobie.
(14)
Chciwość to podstawowa wada. Elementarną zaletą jest umiarkowanie, o czym piszę przy okazji omówienia cnót duszy.
(15)
Siedem złych postępków
Bezbożna myśl, zapomnienie o Bogu, wyparcie się Go czynią człowieka ostateczną wartością. To pycha sprawia, że człowiek uznaje siebie za pana świata. Taki człowiekobóg (słowo z myśli P. Tillicha) nieświadomie usiłuje naśladować Boga, stać się władcą wszystkiego i wszystkim władać. Przemawia przez niego chciwość. Pragnie posiadać też w sprawach rozrodczych – to już nieczystość. Ona składa też lubieżne obietnice zadowolenia ze zła. Człowiekobóg wtedy zauważa, że nie jest sam, że są inni ludzie, którzy mają rzeczy i kobiety/mężczyzn, których on jednak nie posiada, choćby chciał. Pojawia się zawiść separująca od innych, odmawiająca innym dobra. Te niezaspokojone pragnienia i widok pożądanych dóbr u drugiego człowieka powodują frustrację i złość, żądza sprowadza agresję. To gniew i wojna. Walka jednak nie pomaga, ponieważ żądza pozostaje nienasycona. Uruchamia się mechanizm wynagrodzenia sobie jej braków, czyli nieograniczona konsumpcja wszystkiego, co popadnie. Taka postawa – obżarstwo – ma ukoić niedosyt innych rzeczy. Także i ono jednak nie pomaga, ale szkodzi. Uświadomienie sobie tej prawdy prowadzi do zapaści wewnętrznej i apatii. Tak przejawia się bezczynność. Lenistwo, acedia zniechęca do poprawy. Oto człowiek, który doświadczył grzechu. Znamy siedem grzechów głównych, jakby złych sił w człowieku. Każdy konkretny grzech jest tymi siedmioma, ale samo zgorszenie to coś jednolitego i kompleksowego.
(16)
Problem przywiązania do codzienności i zapominania o praktyce duchowej zostaje omówiony przez Chrystusa w przypowieści o gościach zapraszanych na ucztę. Większość wymawia się pilnymi sprawami domowymi i rodzinnymi, czym obraża zapraszającego. To sytuacja Boga zapraszającego nas na ucztę niebieską, której początkiem jest modlitwa, duchowość, religia. Ludzie zbyt zajęci codziennością marnują okazję, żeby się na tej uczcie znaleźć.
(17)
Jest takie skrótowe ujęcie tego problemu sprowadzające się do dylematu człowieka: być czy mieć. „Mieć” to znaczy żyć dla swoich pożądań, zaspokajać swoją łapczywość. Z kolei „być” to interesować się samym sobą, jakością siebie i tym, jak odbierają mnie inni, a nade wszystko Bóg. Nie da się tego połączyć, bo serce ma się jedno i skarb jeden. Kto goni za żądzami, traci siebie samego i Boga.
(18)
Żądze, chucie to są różnego rodzaju żarłoczności – łakną w nadmiarze, nie bacząc na szkody, także te na własnej osobie. Zawsze odbierają coś innemu człowiekowi, są kradzieżą. Każdy grzech ma wymiar takiej złodziejskiej chuci.
Żarłoczność to permanentne niezaspokojenie, jest w tym jakaś zła nieskończoność i absolutność. Przypomina działanie otchłani wewnątrz człowieka, która go wciąga i bez końca niszczy. Według Biblii są trzy modelowe żarłoczności: pożądliwość oczu, ciała i pycha żywota, czyli żarłoczność duszy pożądającej uwielbienia. Stanowią one o całości zła.
Jedna żarłoczność powoduje inne, bo wszystkie są odmianami tej jednej podstawowej – ssania raz otwartej otchłani. Zaspokajanie żądz nie daje zaspokojenia, tylko przeciwnie – powiększa moc otchłani. Dlatego żądze w wyniku praktyki przechodzą do coraz gorszych perwersji. Próżnia otchłani wsysa i zabija wszystko w sobie i wokół siebie.
(19)
Człowiek bardzo szybko dorabia sobie „filozofię” mającą uzasadnić, uprawnić swoje zło. Wmawia sobie, że „musi”, że to pożądane coś jest mu konieczne. Potrafimy kłamać samym sobie, o ile nie ogarniemy się sensownym krytycznym myśleniem.
Nie ma sensu dialogować z otchłanią, trzeba ją z całą mocą odrzucić. Opanowanie siebie zawsze ma wymiar ascezy, pewnego umartwienia, odcięcia od przedmiotu żądz. Wymaga to radykalnych kroków. Potem można już w dobry sposób uczyć się od nowa własnych potrzeb.
(20)
Ostatnie Przykazanie Boże odnosi się do obowiązku okiełznania swoich żądz. Mamy nie pożądać cudzych rzeczy, spraw, żon. Literalnie dotyczy ono najcięższych żądz, szybko prowadzących do zawiści, złości, kradzieży i zdrad małżeńskich. Chrystus w całym Nowym Testamencie rozciąga jednak to pouczenie na przywiązanie do świata w ogóle i nakazuje uwalniać się od jakichkolwiek światowych przywiązań.
8. Niektóre problemy związane z emocjami
(1)
Niestety wszyscy cierpimy na zaburzenia emocji. Są one wykonawczą kontynuacją woli, niestety nie zawsze ta wola pochodzi z nas samych. Emocje przenoszą się z człowieka na człowieka, popychając kolejne osoby w tym samym kierunku, niekoniecznie zamierzonym i przemyślanym. Są jak popchnięcia do jakiegoś działania lub odczuwania. Należą one do rzeczywistości normatywnych, a to znaczy, że stanowią nośniki wartości i praw. Kształtują w ten sposób człowieka. Niestety żyjemy jakby zanurzeni w przestrzeni wypełnionej duchowo intencjami, myślami i emocjami. Chłoniemy je, nie zdając sobie z tego sprawy, i uznajemy za część siebie, choć są jak fale radiowe pochodzące spoza nas, ale nami poruszające. Mówi się, że są jak pogoda w człowieku, co sprawia, że w niewielkim stopniu panujemy nad nimi aktualną wolą.
(2)
Nie mam zamiaru wyręczać ani powtarzać pracy, jaką wykonuje poważna akademicka psychologia, która odkrywa funkcjonujące mechanizmy psychiki i dzięki temu niesie pomoc ludziom cierpiącym. Chciałbym poniżej rozważyć kilka spraw, moim zdaniem, istotnych dla duchowości. Trzeba też przestrzec przed pułapkami, jakie są na nas zastawione.
(3)
Poważnym problemem Zachodu jest psychologizm, czyli sprowadzanie wszystkich zachowań człowieka do mechaniki emocji i funkcjonowania osobowości. Owszem, dobrze jest poznać siebie od tej strony, zrozumieć swoje typowe reakcje i pewne ograniczenia wynikające z rysu psychicznego. Niemniej, człowiek nie jest maszyną i nie potwierdziły się żadne tego typu teorie, przez setki lat zatruwające Zachód. Mechanika I. Newtona była szybko ekstrapolowana na wszystkie dziedziny, co dało początek zachodniemu ateizmowi. Do dziś ateiści uważają świat za przestrzeń zupełnie zdeterminowaną, a życie człowieka za bezwolną wynikową uwarunkowań. Sami zresztą zachowują się niczym bezwolne korki na falach zła. Na podbudowie deterministycznej i mechanicznej wytworzono socjologię, a potem różne teorie psychologiczne, w szczególności psychoanalityczne, które traktują człowieka jak maszynę kierowaną emocjami, popędami i odruchami. Można te dziedziny uprawiać bez takiego deterministycznego zacietrzewienia, a tym samym nadal traktować człowieka jako osobę, która potrafi przekraczać swoje uwarunkowania i zachować wolną wolę. Niestety, jest też w praktyce wiele szkół pozostających przy pełnym psychologizmie. Tacy ludzie uczą wielu złych rzeczy, w tym technik manipulacji innymi. Dawniej wydawało im się, że wystarczy nauczyć się zarządzać emocjami, żeby uzdrowić ludzi. Ta wiara zupełnie się nie sprawdziła, człowiek to coś o wiele więcej niż emocje. W praktyce bardzo trudno odróżnić dobrą humanistyczną psychologię, zmierzającą do leczenia psychiki bez wrogich ingerencji, od niemal magicznych technik pochodzących z New Age.
Funkcjonują też całkowicie magiczne nowoerowe praktyki, np. ustawienia powiązane z teorią pola morfogenetycznego/morficznego. Półmagiczny charakter ma, zdaje się, tzw. NLP, pochodzące, jak przypuszczam, z zaklęć (nazywanych afirmacjami) obecnych choćby w okultyzmie indyjskim. Generalnie wiele zjawisk z psychologii oraz psychoanalizy to metafizyczne wizje filozoficzne i antropologiczne oparte na okultyzmie. Mogą one w ograniczonym stopniu pomóc, ale wynikowo sieją spustoszenie w sferze duchowej.
(4)
Nie wiemy, w jaki sposób emocje przenoszą się między ludźmi, wiemy jedynie, że to się dzieje. Chrystus mówił do Alicji Lenczewskiej, że nasze myśli mają wielką moc, a myśli, intencje i emocje przez nie wywołane stanowią w pewnym sensie jedną całość. Zgodnie z ezoterycznymi teoriami człowiek posiada jakby dodatkowe ciało niematerialne uczestniczące w jakiejś subtelnej materii przenoszącej także emocje. W Biblii nie ma niczego takiego, nauka także nie notuje takiego nośnika. Dlatego osobiście nie sądzę, aby coś takiego istniało. Byłem kiedyś ezoterykiem i okultystą i doznawałem działania sił duchowych, które przedstawiano mi jako różnego rodzaju energie. Faktycznie były to po prostu siły magiczne niepochodzące z żadnego trzeciego wymiaru rzeczywistości, normalne duchy poszukujące zamieszkania w człowieku, który by je przyjął w siebie pod dowolnym przebraniem, jakie przyjmują. Kanałowanie, mediumizm to kontakt z mrocznymi siłami, z którymi lepiej się nie wiązać. Dlatego w moim pojęciu teorie okultystyczne i ezoteryczne nie przekazują rzeczywistej wizji metafizyki, tylko taką, jak jest wygodna „duchowym przewodnikom”, czyli podejrzanym duchom. Z tymi przeczuciami, intuicjami, migracją emocji, woli zapewne ma wiele wspólnego to, że tworzywem świata są w jakiś sposób zasady, prawa. Myśl, intencja są przekazami jakiejś zasady. W tym kontekście może się okazać, że nasze głębokie pokłady przeżywania dotykają podstaw rzeczywistości zbudowanej z praw, co wydaje mi się zupełnie prawdopodobne.
(5)
Rozluźnieniu emocji służy relaksacja, nazywana też medytacją, o czym napiszę nieco dalej.
(6)
Cierpimy na urazy emocjonalne. Mają je chyba wszyscy. To utrwalone w nas niewygasłe przeżycia o charakterze szoku. Pochodzi on z bezradności wobec sytuacji przerastającej możliwość reakcji zwłaszcza dziecka. Szok pozostaje w psychice i zakłóca świadomość, wyłącza percepcję, rozum i wolę. Jest to obciążenie, które w sobie nosimy, a ono nas upośledza życiowo.
(7)
Obciążenia, krzyże psychiczne, rany serca – mamy je wszyscy. Także Chrystus został na ostatek ugodzony fizycznie włócznią w serce jakby na obraz tego, jak wielkie cierpienia tam nosimy. Ból duszy nie ma ograniczenia, nie jest też widoczny, bywa naprawdę przepotężny. Znamy to wszyscy. Nie oszczędzono tego nawet najlepszemu z ludzi, Jezusowi Chrystusowi. Nie afiszował się ze swoim cierpieniem, a przecież nosił je stale w sobie jako odrzucony Król świata i Syn Boży. W Getsemani ten ból w krańcowej postaci spowodował krwawy pot, tam doszedł do apogeum.
Chrystus nie ukrywał swoich ran, nawet po zmartwychwstaniu nosił je na sobie. Obok właściwych zranień dręczy nas wstyd i żal, że w ogóle się wydarzyły. Nie potrafimy zrozumieć, że porządek i bezpieczeństwo raju zamieniły się w królestwo zła, chaosu i cierpienia na ziemi.
(8)
Jakąż straszną rzeczywistością uczuciową jest apatia. Nie należy jej mylić z apatheią, o której napiszę w dalszej części książki. Apatia to siłowe stłumienie emocji, autoagresja, uwewnętrzniona złość. Bierna autoagresja bywa czasami najwyższym poziomem gniewu, prowadzi do obniżenia nastroju, w stronę depresji. Apatheia jest postawą skierowania serca na Boga i spokojnego przyjmowania kolei losu na ziemi, zdrowego dystansu do życia.
(9)
Chrystus przy użyciu typowej dla emocjonalnych ludzi Bliskiego Wschodu przesadni (hiperboli) uczy, że jeśli oko stało się przyczyną grzechu, to trzeba je wyłupić, bo lepiej być zbawionym bez oka niż potępionym. Ewangelia nie zawiera zaleceń obcych naturze człowieka, ona pewne rzeczy niejako wyciąga z obszaru podświadomości i ukazuje jako właściwe. Uważam, że tak jest w tej sprawie.
Jest taki mechanizm obronny osobowości, który polega na tym, że zepsuty obszar psychiki zostaje odcięty, a impulsy z niego pochodzące – stłumione. Gdy przykładowo coś się zepsuło w obszarze relacji rodziców z dziećmi, to dziecko w tym miejscu psychiki nosi jakby próżnię. Skutki tego są oczywiście negatywne, ograniczają percepcję i funkcjonowanie, czynią dysfunkcyjnym, niepełnym, jakoś zatraconym. Dla mnie ta nauka Chrystusa niesie pewne pocieszenie. W jej myśl nasze wewnętrzne martwoty i tak czasem są czymś lepszym, niż gdybyśmy podlegali w pełni złym doświadczeniom i je naśladowali.
Mam takie osobiste doświadczenie, z którego wynika, że trauma to kontakt ze złym nakazem, złą zasadą. Bycie okradzionym skłania do okradania innych, bycie deprawowanym prowadzi do deprawowania innych itd. Odruchowym sposobem odparcia jakiejś sytuacji jest pozbawienie się części zdolności życiowej, owo wy łupienie oka, ucięcie ręki. To nas upośledza wewnętrznie. Jest to jakby kontakt z komunikatem: „Musisz grzeszyć!”, na co wnętrze człowieka odpowiada: „Nie mogę!”. Na zły nakaz odpowiada zabiciem w sobie możliwości. Jest to lepsze niż dopuszczenie się grzechu. Niemniej to także jakiś rodzaj zabijania. Można się podnosić z takich martwot, klinczów dwu walczących ze sobą fałszów. Chrystus jest zmartwychwstaniem, nadzieją uwolnienia z piekieł, także tych wewnętrznych.
Zło wywołujące uraz to zawsze dotyk piekła, które potem podajemy dalej albo przynajmniej nosimy w sobie z bólem. Chrystus przychodzi także do wewnętrznego piekła w sercu człowieka i swoją kochającą obecnością przemienia je w niebo. Trzeba Go do tych naszych piekieł, ciemnych pokoi w sercu zapraszać. Piekło to nienawiść, w tym przypadku nienawiść wewnętrzna do samego siebie, którą obecność Chrystusa zaproszonego do tej sytuacji może uzdrowić.
(10)
W kościołach, które słyną z cudów, najwięcej wotów na świadectwo uzdrowienia ma kształt serca. Bóg jest naszym Panem, któremu mamy zanosić swoje utrudzenia, a On nas pociesza. To się stale dzieje. Uzdrowienia psychiczne są jednym z elementów duchowości. Trzeba rozważać, medytować, przetwarzać natchnienia Boskie na swoje życie, a stopniowo wszystko w nas się naprawi.
Bóg czasem daje krzyże także psychiczne. Nie trzeba się temu dziwić, bo świat jest pełen cierpienia dość chaotycznie rozsianego między ludźmi, w każdym razie dotyka ono każdego. O ile świadomie je przyjmujemy i sobą zarządzamy, pewne słabości, obciążenia stanowią rodzaj łaski. Na przykład chroniczne osamotnienie i psychiczna separacja od ludzi może być świetną okazją do odkrycia Boga, a nawet mistyki. Traumy mogą otwierać nam oczy na innych podobnie cierpiących i prowadzić do powstania wspólnot samopomocy, z czasem do postępów w duchowości. Każde cierpienie, jeśli dobrze je przeżywamy, może otwierać oczy na nowe, nieznane nam wymiary życia i na Boga nie mniej cierpiącego. Czasem warto rozważyć, co Bóg mówi poprzez dane cierpienie, do czego wzywa, co stawia nam przed oczami, i za tym pójść. Dobry Łotr na krzyżu uznał swoje winy i odkrył Boga, a wraz z Nim otrzymał natychmiastowe zbawienie – trudno o lepsze zakończenie jego koszmarnej przecież historii. Zły Łotr zamknął się w sobie, skupił na zemście na innych za swój ból i niczego nie zyskał. Wybór należy do nas.
(11)
Urazy często są opisywane jako rozejście się oczekiwań i nadziei z realiami, a raczej realiów z oczekiwaniami, tzw. dysonans poznawczy. Ciekawą psychologią dysponuje buddyzm, który akcentuje wycofanie się z oczekiwań wobec świata jako prowadzących do cierpienia. Jest w tym pewna racja, bo oczekujemy świata doskonałego, a nie żyjemy na nim. Dlatego trzeba poddać swoje pragnienia rozumnej weryfikacji. Jeśli przykładowo wymagam od innych ludzi bycia idealnymi, w tym od rodziców, to domagam się po prostu niemożliwego, bo idealnych ludzi na tym świecie nie ma. Ogólnie tego typu „idealizm” jest proszeniem się o ciężkie zaburzenia emocjonalne, a może być nawet wstępem do schizofrenii. Weryfikacja swoich oczekiwań ma z pewnością skutki ozdrowieńcze.
(12)
Psyche to była niegdyś dusza człowieka jako całość. W materialistycznym ujęciu ostatnich czasów sprowadzono psyche – duszę jedynie do psychiki, czyli zjawisk emocjonalnych. Niektórzy niemądrze powtarzają nieprawdę, że psychologia to nauka o duszy, co ma oznaczać, że innej duszy niż warstwa emocjonalna nie ma. Skutki tego są daleko idące na Zachodzie. Już nawet w Polsce szeroko utożsamia się zagadnienie duchowości z psychologią. Księża uczą się psychoanalizy i psychologii, a wynikowo zamykają swoją posługę na sprawy duchowe, przez co stają się kościelnym terapeutami. To niezwykle poważny błąd, de facto materializmu i ukrytego za nim ateizmu. O duszy napiszę jeszcze osobno, ale już wspomniane jej funkcje pokazują, że to o wiele szersza struktura. Przede wszystkim jest to uniwersalny wymiar człowieka, każdy ma taki sam rodzaj duszy, to one nas wszystkich czynią równymi i do siebie podobnymi. Jest to nasza część przynależna do drugiej części rzeczywistości, do świata duchowego. Dusza ma zdolność do adorowania Boga, stanowi, jak to określił P. Tillich, sensorium Boga. Zła moc wypiera wiedzę o duszy, żeby nas pozbawić łączności z Bogiem, zepchnąć w ateizm oraz skłócić i skłonić do walki z innymi ludźmi.
(13)
Niemoc w psychice pochodzi z nadmiaru przeżyć, które się ze sobą spierają, zamiast się jako przeciwzasady jednoczyć. Nasze ciemne części psychiki, gdzie spychamy swoje problemy, wypełnione są takim nieświadomym przepychaniem. Mogą się zjednoczyć dzięki przyjęciu ich do świadomości, ponownym przemyśleniu dawnej sytuacji i przyjęciu właściwej decyzji, np. o przebaczeniu człowiekowi jego winy, sobie – bezradności i występków, Panu Bogu – niesłusznie noszonego do Niego żalu. Mogą to być też innego rodzaju postanowienia. Ważne, że świadomość przepracuje sytuację, tzw. pętla emocjonalna zostanie domknięta, a rozdarcie wewnętrzne zastąpione zjednoczeniem. Raną psychiki jest jej dezintegracja, rozpad na części, dotknięcie chaosu, Nieładu, rozkładu. Powrót do życia to reintegracja psychiczna, ponowne zespolenie rozbitej osobowości, przywrócenie kompletnego wymiaru tożsamości. Samo istnienie ciemnych miejsc w psychice jest raną, jakby dziurą. Niektóre dają się wyleczyć, inne pozostają jak blizny u żołnierza po ciężkiej wojnie. Tak czy inaczej, dzięki Chrystusowi z każdą raną i najgorszą nawet przeszłością można pójść do nieba, a wcześniej żyć owocnie duchowo.
(14)
Generalnie nie możemy popadać w sentymentalizmy, egzaltacje itp., żyć wyłącznie na podstawie swoich emocji i uczuć (jakiegokolwiek nazewnictwa używamy). Bywają one jak pogoda i często są zabarwione egoizmem, grzechem. Chrystus do Alicji Lenczewskiej powiedział tak: „Zaprzyj się swoich uczuć i odczuć i trwaj w oddaniu siłą twej woli. Oto droga zjednoczenia – jak modlitwa w Ogrójcu” (A. Lenczewska, Świadectwo, pn. 7 VIII 89, godz. 19:30). Czasem po prostu musimy pełnią swojej mocy wytrwać w dobru na przekór własnym emocjom, to jest naśladowanie Chrystusa w Ogrójcu.
9. Przeżycia w stosunku do samego siebie
(1)
Podobnie jak Bóg człowiek posiada życie wewnętrzne. Jest jaźnią, samoświadomością, a więc ogarnia siebie samego i posiada stosunek do swoich spraw. Można wyróżnić co najmniej dwa rodzaje naszego patrzenia i przeżywania:
• skierowane na zewnątrz, na rzeczy; kieruje postępowaniem człowieka, pracą, bieżącymi poczynaniami, wyposażone w ziemski rozum zdolny poznawać prawa życia na świecie i je stosować,
• skierowane na własne poczynania i je oceniające, ustosunkowujące się, samokrytyczne i samoafirmujące, wyposażone w rozum duchowy i sumienie zdolne poznawać prawa wieczności i je stosować.
(2)
Noszę w sobie chęci. Jeśli się realizują, powstaje radość i zadowolenie. To powoduje dumę i sprawia, że potem chce się jeszcze więcej. Chęć – zaspokojenie – radość – duma – większa chęć, to samonapędzający się mechanizm życia.
Jeśli te chęci odnoszą się do dobra, wzrastamy w nim. Jeśli dotyczą grzechu, utwierdzamy się w grzechach. Serce kręci się od chęci do jeszcze większej chęci. Kiedy te chęci są dobre, to serce nabiera dobrego zwyczaju – chęci do dobrych działań są coraz większe, wzrasta też radość. Utrwaloną dobrą chęć nazywamy cnotą, zaletą. Są to też dobre nawyki, przyzwyczajenia. Czynią człowieka lepszym ogólnie, lepiej mu się żyje – pracuje, uczy się, jest weselszy, mądrzejszy. Skuteczniej działa, ma dużo dobrych sił.
Jeśli te chęci są złe, wtedy to koło także się zatacza. Człowiek cieszy się, kiedy uda mu się zgrzeszyć, robi się z tego dumny, chce jeszcze. Pogłębia się jego wada, zepsucie, czasem uzależnienie czy zniewolenie. Jest dumny, ale w pusty sposób, bo przecież nie zrobił niczego dobrego, a jedynie zaszkodził. Ta fałszywa duma to jedna z postaci pychy.
Mamy też sumienie, które jest wyższą funkcją rozumu człowieka. Można je ignorować i stale się napędzać w grzechu i wadzie. Nie jest to jednak bezkarne. Odcinając się od swojego sumienia, człowiek odcina sobie głowę, rozum. Owszem, będzie coraz sprytniejszy w grzechu, ale pomału zatraca zdolność ujrzenia siebie, myślenia o tym, co najważniejsze. Rozum to władza duszy. Człowiek, wyrzekając się sumienia, pomału traci duszę. Zmienia się w zwierzątko. Nadal potrafi egzystować, z dnia na dzień radzić sobie w życiu w konkretnych sprawach, ale zatraca istotę bycia człowiekiem – odcina się od spraw duchowych, od zrozumienia czegoś więcej niż chwila obecna i proste przyjemności. Ogłupia się, schodzi do poziomu zwierzaka.
Popatrzmy teraz, co się dzieje, kiedy chęć się nie realizuje: chęć → nie udaje się → złość (potrzeba przełamania przeszkody, oporu) → nic to nie daje, smutek → żal, co do pierwotnej chęci.
Znowu nie ma znaczenia, jaka to była chęć. Serce po prostu tak działa, samo z siebie nie jest mądre. Mądra jest głowa, rozum, dusza. Dlatego jeśli pojawia się u nas zła chęć, a my ją powstrzymujemy, to trochę się złościmy przy tym wszystkim, bo cierpi nasza chęć, potem popadamy w smutek, a następnie w żal.
Ten żal nas leczy ze zła, choć nie jest przyjemny. To zmaganie ze sobą niekiedy jest trudne, zwłaszcza gdy już wiele razy zażyliśmy przyjemności i dumy z grzechu. Wtedy żałujemy ciężej. Żal za grzechy czy ten leczący grzeszne chęci towarzyszy nam w życiu religijnym, także na Mszy. Mówimy, że człowiek ma czyste serce, jeśli brakuje w nim złych intencji, nie pielęgnuje złych chęci. Na Mszy najpierw jest spowiedź powszechna, potem przed przyjęciem Chrystusa bijemy się w piersi, żałując za zło, i prosimy o zmiłowanie podczas „Baranku Boży”. Oczyszczamy swoje serca, żałując.
Te chęci do zła pojawiają się też bez naszego udziału. Przenoszą się między ludźmi: od dorosłych wciąż nieświętych, od kolegów, poprzez media. Nie zawsze nad nimi panujemy, są trochę jak pogoda i po prostu czasem się psują. Dlatego człowiek wierzący powinien oczyszczać serce, żalem lecząc w sobie złe chęci, nawet wtedy, gdy nie jest im winny, a one po prostu się zdarzają.
Nasze serca są głupiutkie, pędzą za wszystkim, co je porwie. Tym niemniej głowa powinna być dla nich pasterzem, który opiekuje się tą naszą wewnętrzną niemądrą owieczką. Pilnować jej, pielęgnować ją, opiekować się nią. Z serca pochodzi wszystko, co robimy, całe nasze życie. Pan Jezus uczy, że z serca pochodzi dobro i zło. Czasem ten wymiar życia zatopiony w świecie wypełnionym niedobrymi chęciami i emocjami nazywany jest skrótowo „ciałem”, zwłaszcza w Nowym Testamencie. Święty Franciszek proponował traktować to swoje niemądre „ciało” jako młodszego brata, którego potrzeba stale wychowywać i pilnować.
Łatwo jest zapaść się w grzechach, bo w takiej uczuciowej wymianie między ludźmi znajduje się mnóstwo złych chęci. Wystarczy nic nie robić i iść za każdą miłą chęcią, a w końcu zatracimy siebie, swoją duszę, swoją rozumność, bo zło nas zniszczy od środka, uzależni, pogrzebie. Chcąc zachować siebie, swoje zalety, sprawności, musimy trochę się ze sobą pomęczyć i uprzątać ten ogródek naszych serc od niedobrych chęci, czyli pokus, żądz. W trudnych sprawach trzeba się też pomodlić. Lepiej myśleć, co się robi, na co się godzimy, jakie chęci dzielimy z innymi.
Celem jest radość z dobrego. Nie ma innej radości. Grzeszący człowiek przez chwilę się cieszy, ale sumienie go boli. W takiej sytuacji odcina się od sumienia i duszy, a tam w głębi czuje jeszcze większy ból. Robi się zgorzkniały, bezduszny, niemiły. Odreagowuje złością do innych, ma kiepskawy humor. Coś go męczy, nieraz nie wie co. Niby ma radości i pyszni się swoimi wyczynami w złu, ale to krótka satysfakcja, niepełna, pusta. Odnosi się tylko do płaszczyzny emocjonalnej, a nie dotyczy rozumu, sumienia.
Człowiek utwierdzony w dobru czerpie czystą i prawdziwą radość i przyjemność z tego, co dobrego zdziałał. Nie stracił duszy ani głowy, nie jest rozbity wewnętrznie. Przeżywa prostsze, ale o wiele głębsze zadowolenie, ową wieczną radość ofiarowaną przez Chrystusa.
