CZĘŚĆ II · ROZDZIAŁ 31

Samopoznanie i realizacja siebie

KONRAD TOMASZ

1. Poznanie siebie

(1)

Poznawanie siebie związane jest z akceptacją samego siebie. Kto siebie nienawidzi, ten nie może na siebie patrzeć. Pogodna zgoda na swoje ograniczenia i niedomagania pozwala nam siebie odkrywać. Zauważamy, że w jednych sprawach jesteśmy podobni do drugiego człowieka, w innych się odróżniamy. Mamy swoje przewagi i niedomagania. Poznać siebie, czyli swoją ukrytą naturę, to także rozeznać swoje powołanie życiowe do odpowiedniego stanu i zawodu. Bez względu na swoje przeznaczenie nie wolno wstydzić się siebie ani pobudzać do wstydu innych z racji swojego miejsca na świecie. Przede wszystkim każdy z nas jest królewskim dzieckiem powołanym do posiadania nieba.

Poznanie siebie to zjawisko z przestrzeni metafizycznej, więc ma charakter nie tyle twardej pewności (choć i ją w pewnym stopniu się nabywa), ale poszukującej wiary, która potwierdza się dopiero z czasem. Trzeba stawiać kroki w ciemność niepewności, ufać Bogu, a wtedy czyni się postępy. Jest to proces stałego przekraczania siebie, dowiadywania się czegoś nowego o samym sobie, co się ujawnia w coraz to nowych sytuacjach. Praca w szerokim tego słowa znaczeniu, jakakolwiek pozytywna aktywność i duchowość będą prowadzić każdego człowieka do odkrywania samego siebie.

Zawsze trzeba pamiętać o tym, żeby zaczynać od rzeczy małych. Bóg wypróbowuje człowieka jak dobry szef pracownika. Daje mu najpierw najprostsze zadania, jak dzieje się to w pracy biurowej, kiedy zleca się nam coś kserować i biegać z papierami. Nie wolno nam obrażać się z tego względu, bo należy zaczynać od rzeczy małych. Ważne, żeby wszystko, co się robi, robić najlepiej, jak to jest możliwe. Wtedy zarówno szef w pracy, jak i Bóg powierzy nam rzeczy nieco większe i nadal będzie obserwował przede wszystkim nasze starania i sprawdzał, czy w te czynności wkładamy miłość. To ona jest najważniejsza. Jeśli się coś robi z łaski, niechętnie, bez zaangażowania, to samemu przekreśla się swój rozwój i traci szansę poznania siebie. Każda chwila życia jest najcenniejsza, bo już się nie powtórzy. Każde zaniedbanie, lenistwo, niechęć są marnowaniem czegoś, co swoją wartością przewyższa całe złoto świata, czyli dostępu do własnej duszy. Dobra praca i zaangażowanie pozwalają awansować zawodowo i społecznie. Trud podejmowany w duchowości prowadzi do świętości i do nieba. W życiu powinno być jedno i drugie. Każda jego chwila stanowi dar od Boga, więc należy z wdzięcznością ją przyjmować i pożytkować w najlepszy możliwy sposób.

(2)

Ludzie lubią się ukrywać w szarości, nijakości i beznamiętności. Zło się cieszy, gdy ludzie nie rozwijają się, tkwią w chaosie nieoznaczoności i nicości. Trzeba mieć odwagę, żeby się odróżniać i wyróżniać w sensie pozytywnym, sięgać ponad marazm przeciętności, nie być letnim.

(3)

Dojrzewamy duchowo do ujrzenia samych siebie dzięki pracy, duchowości i ascezie. Zobaczyć siebie to zwykle nie jest bardzo miłe doświadczenie, zważywszy, jak dużo każdy z nas ma na sumieniu, choćby zaniedbań. Dlatego stale trzeba pamiętać o przebaczającej, ciepłej i akceptującej miłości Ojca z nieba, który przecież widzi całe nasze życie, a jednak nie przestaje nas kochać. Miłość jest poznawaniem, a nienawiść odwróceniem się. Człowiek, poznając siebie, jednocześnie uczy się samego siebie akceptować, czyli kochać. Jednoczy się wewnętrznie, przez co postępuje integracja duchowa, a życie staje się bardziej wydajne. W naszym umyśle zanika chaos, wzrasta zdolność koncentracji i wybierania najwartościowszych rzeczy, zamiast zajmowania się błahymi sprawami, jak to robi większość ludzi. Trzeba umieć przebaczyć sobie, żeby obudzić swoje moce witalne do lepszego życia. Należy też stale oddawać się we władanie Boga, powierzać Mu każde doświadczenie, każde wyzwanie, sukces i porażkę. Nie my siebie stwarzamy. Jedynie uczestniczymy w kształtowaniu nas przez Boga jako posłuszne Mu dzieci. Dlatego najważniejsza okazuje się łączność w wewnętrznej miłosnej adoracji i współpracy z Bogiem.

(4)

„Człowiek poznaje siebie dopiero dzięki innym i poprzez innych. Nikt nie znajdzie drogi do siebie, gdy patrzy tylko w siebie, gdy chce siebie wydumać i wykreować. Jako istota relacyjna człowiek został tak stworzony, by stawał się sobą poprzez innych. By jego sens, jego zadania, jego wyzwania, jego możliwości ukazywały się mu dzięki obcowaniu z innymi ludźmi.

Spotkanie z Jezusem jest pośród wszystkich naszych spotkań, których tak potrzebujemy, spotkaniem decydującym, spotkaniem prawdziwie otwierającym. Wszelkie inne relacje ostatecznie nie dają nam jasnej odpowiedzi na pytanie, skąd przychodzimy i dokąd idziemy. Dzięki spotkaniu z Jezusem wschodzi fundamentalne światło, dzięki któremu mogę zrozumieć Boga, człowieka, świat, misję i sens – co następnie nadaje porządek wszelkim innym spotkaniom” (J. Ratzinger, Bóg i świat).

(5)

Pisałem już, że Logos jest także Drogą każdego człowieka. Poznać siebie to poznać swoją Drogę, czyli powołanie oraz dobry sposób jego wypełnienia. Każdy z nas ma swoją Drogę, która jest zapisana w Bogu i jako oczekiwanie w duszy. Modląc się i pozostając w łączności z Bogiem, łatwiej tę swoją Drogę odkrywamy, akceptujemy i przez nią przechodzimy.

(6)

Praca umysłu wymaga poznania, które używa prawdy, pojęć, definicji i słów – języka. Nauka czerpana z książek i doświadczeń innych jest częścią duchowości jako studium i rozważanie. Najlepiej realizujemy się, gdy jednocześnie dzielimy się swoimi owocami, ogłaszamy prawdę i swoje odkrycia. Mamy bardzo wiele wspólnego z innymi ludźmi, dlatego warto poszukiwać u nich dobrych nauk i samemu nimi się dzielić. Kto więcej daje, ten więcej dostaje – dzieje się to właśnie w tej kolejności. Przekonałem się o tym setki razy w ramach swojej szczupłej przecież aktywności na blogach i forach. Bóg bardzo przymnaża każdemu, kto nie skąpi innym. W moim przypadku ostateczny owoc tej prawdy stanowi ta książka, która nie tylko jest dzieleniem się jej treścią z odbiorcami, ale też w bardzo odczuwalny sposób powoduje mój własny wzrost duchowy.

(7)

Logos jest samopoznaniem Boga. Bóg poznał samego siebie i ujął w umyśle własną doskonałość. Ta myśl to Logos – Druga Osoba Trójcy. Z tej doskonałości powstał pomysł na towarzysza i partnera w miłości, który jest odbiciem Boga, czyli na człowieka. Następnie z woli Boga wybuchło stworzenie, a jego celem było uczynienie człowieka. Wszystkie inne byty są etapami kształtowania się materii, czego ostatecznym wynikiem jest właśnie człowiek.

Istotą teologii jest ludzkie poszukiwanie wiedzy o samym sobie i próba jak najlepszego odnalezienia się w życiu. Poznając Boga, poznajemy bowiem siebie zarówno poprzez podobieństwa, jak i przez różnice. Musimy więc dobrze przyjrzeć się naszemu Stwórcy, gdyż jesteśmy do Niego podobni jako uformowani na Jego obraz. Jednocześnie musimy zrozumieć swoje rozdzielenie od Boga, aby nie mylić z Nim swojej osoby, co przytrafia się wszystkim, którzy czynią siebie wzorcem i sądem w odniesieniu do innych. To duchowe, umysłowe i psychiczne rozdzielenie stanowi nasze narodziny do prawdziwego życia. Samoubóstwienie czyni nas martwymi, choć pobudzonymi do żądz. Dopiero zrozumienie tego rozdziału i własnej kondycji jest krokiem do prawdziwego i odpowiedzialnego życia. „Świat cierpi bóle rodzenia”, jak wyjaśnia nam Chrystus. W tym przypadku ten ból to skrucha i pogłębianie pokory w procesie odchodzenia od samoabsolutyzacji do samoidentyfikacji. Inaczej mówiąc, dochodzimy do tego, kim jestem, poprzez akceptację siebie w relacji i rozróżnieniu siebie od świata, od innych, a wreszcie do Boga. Człowiek, który tego nie dokonał, stale próbuje narzucać otoczeniu swoje normy i samego siebie jako jedyny wyznacznik dobra. Nieustannie wywyższa siebie w porównaniu do innych.

(8)

Bóg poznał siebie – tak powstał Logos, czyli doskonała myśl, pełne, nieskażone odbicie wszechrzeczy. Jako dzieci Boga zobowiązani jesteśmy także poznawać siebie i swoją rzeczywistość, bo w ten sposób nabywamy mądrości.

(9)

Droga człowieka – droga świadomości

Logos – Bóg złączony ze stworzeniem, most między Stwórcą a światem – „wciela się” w całym dziele stworzenia, tzn. jako zasada realizuje się poprzez świat. Podobnie jest z życiem człowieka. Przeżywamy cały cykl stworzenia, począwszy od kawałka materii, która coraz bardziej różnicuje się na poszczególne tkanki, dalej jako mikrob, potem robaczek, następnie rybka, trochę zwierzątko, aż w końcu kształtuje się człowiek w fizycznej postaci.

Tak samo powinien kształtować się umysł, wyostrzając treść pojęć i precyzując definicje. Poznając precyzyjnie świat, poznajemy swoje odróżnienie od reszty, rozpoznajemy własne cechy, wychodzimy z nieoznaczoności i niepewności co do siebie. Poznając różnice od innych rzeczy, w istocie doprecyzowujemy siebie. Dowiadujemy się, czym się różnimy od Boga (usuwa pychę), od zwierząt (usuwa bezmyślność i bezwolność), od demona (usuwa zło), a w końcu od rzeczy martwych (usuwa lenistwo). Grzech to powrót w stronę nieistnienia w bezkształcie i chaosie. Z kolei naprawa to indywidualizacja umysłowa, emocjonalna i duchowa. To wzrost świadomości siebie.

W Indiach bardzo wiele mówi się o świadomości. W praktyce oznacza to rzeczy dobre i złe, pomieszane. Kiedy na skutek ascezy naturalnej człowiek lepiej widzi rzeczywistość, oddziela realia od fantazji i chcenia, jest emocjonalnie obecny tu i teraz, to wiele zyskuje. Niestety, iluministyczne doktryny przesuwają uwagę (czyli dotyk świadomości) na sprawy złej metafizyki, transy łączące człowieka z duchami udzielającymi mu wewnętrznych wizji i obrazów po to, żeby go do siebie przywiązać, zniewolić. Wykształcenie władz ezoterycznych i magicznych nie jest poznaniem siebie, tak jak i obrazy w telewizorze nie są częścią oglądającego go człowieka. Jest to ucieczka od siebie, od realiów, wyzwań rzeczywistości i normalnego życia, zamknięcie się w fantastycznym wewnętrznym świecie, pewien rodzaj śmierci.

(10)

Narodzić się to oddzielić od Rodzica. Pycha polega na braku rozróżnienia siebie od Boga. Paul Tillich nazywa ten stan „człowiekobogiem”. Duchowość pozwala nam poznać Boga i siebie w odróżnieniu. Dowiadujemy się, co wiernego indywidualizuje i pozwala mu narodzić się z Boga, tzn. oddzielić, stać się osobą i bardziej sobą. Dopiero oddzielona, świadoma osoba może obcować z Bogiem i Go adorować (kontemplować). Wtedy możliwa jest miłość, wzajemność, duchowość i przebóstwienie, czyli przyjaźń z Bogiem i ustanowienie wolnego przymierza w dziele stworzenia i zbawienia.

Taką duchową indywidualizację stanowi też spotkanie z Logosem. Jest On w nas obecny, gdyż w nim zakorzenia się każde Boże prawo i zasada, które nas konstytuują. Dusza – forma człowieka – jest jego sensorium stale obcującym ze Stwórcą. Dusza nieustannie adoruje Logos, tzn. jest z nim połączona. To więź ontyczna, nierozerwalna. Dlatego nawet w piekle dusze mają kontakt z Bogiem, inaczej wcale by nie istniały. Samo poznanie jedności bytowej z Bogiem niczego nie wnosi do życia ani nie daje nadziei zbawienia.

To za mało do wiecznego szczęścia. Chodzi o połączenie świadomości i czynności, czyli o myślenie, wartościowanie, przeżywanie i postępowanie według Boga i w komunii z Nim.

Im lepiej znamy siebie, tym bardziej zbliżamy się do Logosu. Nasz pierwotny apeiron, obcując z Logosem, uzyskuje właściwy kształt i sposób działania. Współpracując z Bogiem, współżyjemy z Nim, łączymy się w Mistyczne Ciało Boga i stajemy się Jego częścią. Wraz z oczyszczeniem duchowym ze złych myśli, intencji i przeżyć otwierają się duchowe oczy na Boga, znikają zasłony. Ten rodzaj poznania sprawia, że na człowieka pada nowe światło pochodzące od Boga, w którym może zobaczyć siebie w nowy sposób. Z tego powodu poznanie Boga jest dwukierunkowe, pomaga także lepiej zrozumieć samego siebie.

Na masę bezwolnych i bezkształtnych ludzi mówimy „szara masa”. To brzydkie, ale adekwatne określenie na ludzi nieukształtowanych, scalonych w tłumie. Dla nich wystarczy, że są przeciętnymi atomami społeczności. Z kolei zdziczali nadają sobie i swojemu życiu dowolne, dziwaczne i nienaturalne kształty, co jest równie złe. Pstrokacizna to zresztą tylko maskowanie szarości. Człowiek wierny czerpie prawdę o sobie ze źródła życia. Staje się sobą, nie chowa się w masie społecznej, ale i nie zakłada żadnych pstrokatych masek, kostiumów, póz. Po prostu jest, ciesząc się sobą i swoim istnieniem.

(11)

Człowieka czyni Prawo

Każde zwierzę ma jakiś intelekt, niektóre z nich całkiem sporo potrafią w kwestii swoich życiowych spraw. Człowiecza dusza rozumna to jednak inna sprawa. Chodzi o jaźń, czyli samoświadomość. Ów metafizyczny, typowo ludzki rozum w ramach samoświadomej pracy, autorefleksji, samokrytycznego podejścia jest zdolny kierować się prawem moralnym komunikowanym poprzez słowa. To nas odróżnia od zwierząt – percepcja prawa i życie według niego. Widać to zarówno w życiu, jak i w Biblii, gdzie Bóg mówi tylko do ludzi. Jest to jednak sytuacja paradoksalna, gdyż do zwierząt nie trzeba mówić. W nich bowiem słowo stworzenia już wybrzmiało, przez co są gotowe. Z kolei do ludzi trzeba mówić o dobru, gdyż w ten sposób kontynuuje się słowo stworzenia. Człowiek jest niedokończony. Słowo stworzenia, czyli prawo Boże, jest przekazywane do jego świadomości, aby dobrze postępował i się rozwijał.

Ten rozum moralny i metafizyczny jest wyróżnikiem człowieka, a prawo – esencją człowieczeństwa. Zwierzęta mają swoje instynkty do kierowania życiem, człowiek zaś musi myśleć, żeby żyć i być człowiekiem. Ktoś ładnie zauważył, że kod kulturowy (moralny) zastąpił kod DNA. Tak to też odbierają Żydzi, dla których dopiero zdolny do rozumienia Tory, czyli Prawa Bożego, jest w pełni człowiekiem. Żyd dziękuje Bogu, że nie jest niewiernym, bo dzięki temu podlega Prawu i jako taki ma zdolność do pełni ludzkiego życia. W tym zwyczaju widać sporą przesadę, ale sama myśl, że Prawo konstytuuje człowieczeństwo, okazuje się prawdziwa. Tak aksjologia spotyka się z ontologią. Wielu wywodzi tę pierwszą z drugiej i nazywa byt dobrem oraz nakazuje go chronić. Jest to słuszne, ale jeszcze słuszniejsze wydaje się wywodzenie bycia człowiekiem ze zgodności z Prawem, czyli wyprowadzanie ontologii z aksjologii.

Z tych wszystkich przyczyn poznanie siebie jest skorelowane z poznawaniem i rozważaniem Prawa Bożego, moralnego i religijnego. Człowiek powstał z Prazasady – Logosu, dlatego poznawanie i przyswajanie zasad szczegółowych prowadzi do wzrastania i powiększania swojego jestestwa.

(12)

Poznanie siebie w Ewangelii

Poznanie to funkcja jaźni. Świadomość siebie może dotyczyć wielu spraw, np. wglądu do duszy, właściwego rozumienia swoich aktualnych poczynań czy adorowania swoich wewnętrznych żądz. Wszystko to jest nami. Niektórzy poznają siebie, adorując się w lusterku – to też poznanie siebie.

„Poznaj siebie” – tak głosi centralna mądrość delficka. Maksymy pochodzące od mędrców greckich (sofosów) wykuto na kamieniach w Delfach – duchowej stolicy Grecji. Chodzi oczywiście o poznanie przede wszystkim swojej duszy. Ktoś napisał, że poznać swoją duszę i poznać Boga to dwa największe wyzwania. Ważne jest też bieżące oglądanie siebie i zdolność myślenia i mówienia prawdy o sobie.

W Ewangelii poznanie siebie jest bardzo ważne i ukonkretnione. Wiele mówi się o tych, którzy nie wiedzą, co czynią. Człowiek czyni zło, bo nie wie, co robi. Ślepy idzie w przepaść, nie mając tego świadomości. Podobnie rzecz ujmował Sokrates, według którego człowiek nie jest zdolny czynić zła w pełni świadomie, zawsze tłumaczy sobie grzech jakimś wydumanym dobrem. Zło jest nieświadome w tym sensie, że zaburza percepcję siebie i swojego postępowania. Wywołuje ono nieświadomość, odrywa od kontaktu z rzeczywistością, czasem trwale. Dlatego człowiek nie powinien uciekać od rzeczywistości ani kłamać samemu sobie, bo są to znamiona i skutki zła. Mamy być świadomi tego, co sami czynimy. Powrotem do dobra jest rachunek sumienia i wyznanie grzechów przed Bogiem. W ten sposób zostaje uleczona świadomość. Jak widać w Ewangelii, u Sokratesa i w myśli indyjskiej, świadomość siebie ma podstawowe znaczenie. Znać siebie to poznać, zrozumieć własne postępowanie, zintegrować się wewnętrznie. Nawrócenie, czyli porzucenie z uczynków i serca zła, powoduje rozjaśnienie świadomości, lepszą percepcję świata i siebie.

Jak często zastanawiam się nad samym sobą? Czy chętnie przyjmuję krytykę innych, która może być ratunkiem dla duszy? Kiedy ostatni raz odmówiłem sobie racji, uznając, że jednak cudze zdanie jest lepsze? Kiedy przyznałem, jak wiele rzeczy, relacji, sytuacji mi nie wychodzi? Jeśli tego nie robię, to być może tkwię w nieświadomości, uciekam od rzeczywistości.

(13)

Ludzie zazwyczaj mylą samopoznanie z akceptacją własnych przyzwyczajeń, nawyków, nałogów, a nawet upodleń, nazywając to swoją naturą. Społeczne, byle jakie, dziwne przykazania, modne zmanierowanie, chęć przypodobania się ogółowi – to wszystko nas wykoślawia i czyni kalekami duchowymi. Leszek Kołakowski napisał straszną bajkę o garbie, który rośnie człowiekowi na plecach, staje się coraz większy i z wyglądu do niego podobny, aż urasta do garbatego, wypaczonego duplikatu człowieka. Wtedy tego właściwego człowieka odrzuca i zajmuje jego miejsce w świecie. Mylimy prawdę o sobie z wykrzywionym obrazem siebie, jakim sami się czynimy.

Dusza określa moją naturę i pożądany kształt. Zatracić duszę to stracić kontakt z samym sobą, przyjąwszy za swoją naturę coś, co stanowi jej wypaczenie. Dusza jest czysta i to ona zawiera w sobie odbicie Boga. Żeby z nią się złączyć, trzeba powrócić do niewinności i czystości oraz wierzyć w Boga. Warto na jakiś czas oddzielić się od świata ludzi, żeby zacząć patrzeć własnymi oczami.

Świat ludzi udziela nam „swoich oczu”, swojego sposobu postrzegania i wartościowania. Uczeni nazywają taki zespół myśli i przeżyć paradygmatem lub światopoglądem. Znam taki świat, jakimi oczami na niego patrzę. Jedyne obiektywne i pełne spojrzenie to wzrok Boga. Percepcja w pełni zależy do wyznawanego światopoglądu. Jesteśmy w stanie dostrzegać tylko to, także w sobie, co dopuszcza nasze myślenie. Reszta jest nieokreślonym tłem, którego nie percepujemy. Poznanie ma związek z przeżywaniem, a to z kolei zależy od uznawanych wartości. Z tego powodu percepcja, światopogląd i wartości stanowią jeden zespół budujący osobowość człowieka. Nasza percepcja pozostaje zależna od zdolności opisu, wysłowienia, a to jest pochodną uznanego światopoglądu. Trzeba samego siebie kształtować, rozwijać, żeby mieć jak najszersze spojrzenie, żyć jedynie prawdą, tak jak Bóg.

2. Samorealizacja

(1)

Człowiek – działaniem Boga

Bóg nie istnieje w czasie, Jego akt stwarzania trwa cały czas. Świat i człowiek są nieustająco stwarzani. Bóg działa, a Jego działanie to świat i człowiek. Nie jest ono Bogiem w sensie egzystencjalnym, ale nieustannie zależy od Boga i nie może się w swojej istocie od Niego oddzielić. Świat nie jest Bogiem, podobnie jak mityczny taniec Boga nie jest samym Bogiem tylko Jego tańcem. Istnienie świata i człowieka to efekt nieustannej łaski Boga, działania, energii (jak to określają z grecka prawosławni; nie należy mylić z ezoterycznymi energiami). Świat jest efektem nieustannej Bożej aktywności, owocem aktu Bogu.

Przekłada się to na życie ludzkie. Dobry człowiek aktywnie współpracuje z Bożym działaniem, którego zasady przekazano nam w Objawieniu i Prawie. Dobre życie człowieka dzieje się w zgodzie z tym działaniem Boga, które tego człowieka tworzy. Jak świadoma strzała wypuszczona z łuku przez strzelca aktywnie dokłada starań do trafienia w obrany przez owego strzelca cel. Strzała, która samowolnie chybia celu, to prastary obraz grzesznika. Traci ona zespojenie ze strzelcem i własną naturą, przegrywa, cierpi.

Bóg nazywa nas sługami, którzy w najlepszym razie wykonują jedynie to, co im zlecono. Wynika to stąd, że dobre życie jest działaniem Boga poprzez nas i za pomocą nas. Wszystko, co robimy dobrego, wynika z Boga, jest przedłużeniem Jego działania, od Niego pochodzi, jest współdziałaniem z Nim. Bóg wręcz nazywa nas swoimi rękami, poprzez które działa na świecie, o ile z Nim współpracujemy. Życie polega więc na czymś innym niż dowolna aktywność ludzka. Jest to współdziałanie z Bogiem.

(2)

Aktywność, która pozostaje obojętna na wolę Boga, chaotyczna, nonsensowna, prowadzi do niszczenia, staje się mniej lub bardziej wroga Bogu i ludziom. To też niespełnienie człowieka i nieustanny głód metafizyczny pociągający za sobą pogłębiające się frustrację i agresję. Ktoś taki nie żyje, tylko istnieje i posiada aktywność, ale nietrafioną, choć nie zdaje sobie z tego sprawy. Źródło dobra tkwi w posłuszeństwie Bogu.

(3)

Dobre życie wymaga wolności, czyli przekraczania własnych ograniczeń i niemożności. Polega ona na znoszeniu wewnętrznych barier, zrzucaniu więzów, zdobywaniu nowych umiejętności. Wolność to swoboda wyrażania siebie, czynienia dobra wypływającego z ludzkiej natury.

(4)

Boża wola zapisana jest w Bogu i w nas. Dano nam talenty, których realizacja polega na ich wykorzystaniu. Wymaga to zdania się na swoją naturę. Niestety, zwykle jest ona zasłonięta absurdalnymi schematami myślowymi wynikającymi z mód, zbiorowych uprzedzeń i temu podobnych zjawisk. Dlatego konieczne jest jej odkrywanie, odsłanianie, uwalnianie spod więzów fałszywych norm. Kultura społeczna narzuca swoje nieraz negatywne, zdegenerowane wzorce. Tworzy się ideologie, które ograniczają ludzi w ich wolności ekspresji w dobru i zmuszają do służby chorym doktrynom. Coś złego stało się z ludźmi, począwszy od tzw. oświecenia. Od tej pory wielu poświęca swoje życie dla niszczycielskich idei. Presja rodziny, środowiska, bezmyślne naśladowanie negatywnych wzorców – to wszystko oddala człowieka od jego natury. W naszych czasach ludzie stali się przeraźliwie sztuczni, wyuczeni, upozowani, plastikowi. Coś takiego jak szczerość, prostota, dobroduszność, naturalna pobożność i pokora należą do rzadkości.

(5)

Realizacja bywa nazywana autoekspresją. W ogóle stosuje się wiele różnych terminów na to samo. Ekspresja siebie jest naszym obowiązkiem. Do mojego „ja” nie należą jednak skażenia, kaprysy, zachcianki, żądze. Tak jak brud nie jest częścią ciała, tak zło w nas nie stanowi naszej natury. Po polsku mówimy „wyżyć się, wyżywać się” na taką dogłębną w nas ekspresję zła. Złe chęci w nas bywają, ale nie należy ich ukazywać, tylko w drodze duchowej oddawać Bogu i prosić o uwolnienie od nich. Praca nad sobą jest podstawowym obowiązkiem każdego człowieka i to ona dopiero pozwala na odkrycie siebie spod warstwy narosłych nieczystości.

(6)

Mamy sumienie antycypujące sąd Boski. Dusza wykonuje zapisany dla niej taniec do Boskiej muzyki. Warto sobie wyobrazić, że już dziś staję ze swoim życiem przed Bogiem. Czy wykorzystałem każdą chwilę na coś dobrego, ciekawego, wartościowego? Z czym stanę przed moim Stwórcą? Trzeba żyć w miłości do Niego, która nadaje wartość naszemu życiu. Lepiej, kierując się miłością do Boga, dobra i ładu, podnieść nitkę, niż wybudować wieżę Babel z pychy.

(7)

Chrześcijanin, poszukując swojej drogi, opiera się na samym sobie, ale ma świadomość, że jego samopoznanie jest skażone razem z całą jego osobą przez skutki obecnego w nim zła. Dlatego samopoznanie chrześcijanina jest ostrożne i traktowane procesowo. Sam o sobie decyduje, ale nie uznaje swojego myślenia za stan ostateczny, otwiera się na dalszą przemianę. Zgadza się porzucić swoje dotychczasowe przekonania, zaprzeczyć sobie, przekraczać siebie, transcendendować samego siebie. W ten sposób, nie zaprzeczając wartości samopoznania, nie poprzestaje na swoim aktualnym stanie.

(8)

Dzisiejsze bezbożne nauki uczyniły z samorealizacji bożka. Samorealizacja, realizacja siebie to hasła stale powtarzane przez co płytsze nurty psychologii oraz New Age. Stosowane są różne terminy, ale chodzi o to, że człowiek ma żyć według samego siebie. Są w tym zaszyte najróżniejsze błędy, których nawet nie da się wszystkich omówić. Przykładowo „bycie sobą” rozumiane jest jako postępowanie według impulsów emocjonalnych czy nawet niskich popędów. W tym ujęciu człowieka traktuje się jak zwierzę, które nie potrafi zawiadywać samo sobą, tylko żyje według swoich niskich poruszeń wewnętrznych.

W New Age – wzorem gnozy orientalnej – wiele mówi się o realizacji w duchowości. Tutaj jednak oznacza to rozwój zdolności ezoterycznych i okultystycznych. Taki rozwój nie jest w ogóle rozwojem, tylko wikłaniem się w moce wypełniające świat, od których człowiek powinien jak najdalej uciekać.

Problemem jest zrozumienie tego, co jest moim „ja”, moją naturą, esencją, do której mam dorastać. Nie są to zwierzęce psychiczne odruchy ani magiczne „dary”, które zaprzeczają ludzkiej naturze. Moje „ja” wymaga odkrywania spod chorych żądz cielesnych i nieczystych sił duchowych. Znajduje się ono jeszcze głębiej, gdzieś przy Bogu, w Jego adoracji, a także w pracy, nauce, rozwoju życiowym. Jest na pewno w wierze i szacunku dla przykazań, które wyznaczają granice człowieczeństwa.

Współczesna neognoza (wiara, że można osiągnąć trwałe szczęście samymi siłami człowieka) przybiera także kształt fałszywej duchowości, religii (ubóstwienia) samego siebie i tzw. Wyższego Ja, któremu przypisuje się przymiot niemal nieomylności i wszechmocy. Magicy New Age wchodzą niekiedy nieświadomie w pakt z Szatanem, który podszywa się pod siły własne człowieka (owo Wyższe Ja), ofiarując swoje moce w zamian za jego duszę, kiedy zgodnie z szatańskim nauczaniem zajmuje się on samoadoracją i samouwielbieniem.

(9)

Niektórzy chrześcijanie, co stwierdzam ze zdziwieniem, przeciwstawiając się takiej fałszywej antropologii i budowanej na niej niekiedy szatańskiej nauce New Age, odrzucają w ogóle pojęcia samorealizacji. Jest to ogromny błąd, który może spychać umysły w przestrzeń niemocy, bezwładu i cierpienia, którego efektem będzie wzrost agresji, gdyż taka postawa wywołuje potężną frustrację, a nawet można ją w skrócie określić jako samoagresję. Należałoby raczej rozwinąć chrześcijańską myśl o samorealizacji natury ludzkiej, która wymaga duchowego i moralnego postępu, czasami (ale nie przez cały czas!) zaprzeczenia własnemu pojęciu i otwieraniu się na stałe przemiany, na przekraczanie siebie, Drogę.

Bóg jest w tym procesie natchnieniem i sędzią. Poprzez głos sumienia i natchnienia duchowe pomaga człowiekowi wspinać się i podźwigać z niemocy oraz wewnętrznych zawikłań. Dzięki temu postępuje proces regeneracji (przeciwny degeneracji), tj. rozwoju i sublimacji człowieka.

Chrześcijanie, który zaprzeczają wszystkiemu, co stanowi dorobek myśli człowieka, tylko dlatego, że została skażona, wynaturzają się. Chrześcijaństwo stale się rozwijało, gdy było w dialogu ze światem. Do każdego ludzkiego wynalazku potrafiło dołożyć odpowiadające mu części Objawienia i zaprezentować swoją wyższość oraz doskonałość myśli Chrystusa w każdym kontekście dziejowym, kulturowym i ideowym.

Dusza jest zasadą, prawem. Z niej wynika natura człowieka i – co za tym idzie – życiowe role i powinności.

(10)

Najcudowniejsza definicja pracy ludzkiej zapisana jest u św. Tomasza. Zgodnie z nią praca to realizacja człowieczej potencji. Zdanie to brzmi prosto, jasno i na temat. Mamy sferę możności daną przez Boga oraz głowę i dwie ręce, żeby te swoje możności realizować (aktualizować, jak to nazywają tomiści). Jeśli przez całe życie z oddaniem temu się poświęcamy, zło nie ma wielkiego przystępu do człowieka. Osoba czynna nie poddaje się nudzie i bezczynności, które są prostą drogą do zepsucia i grzechu.

(11)

W naturze człowieka jest to, że Bóg powierza nam na czas życia jakieś zadanie. Dano nam jakąś funkcję. To przekłada się na nasze talenty, które winniśmy odkrywać, żeby zrozumieć swoje powołanie. To ciekawe, że anioły nawet w swoich imionach miewają zapisaną swoją główną funkcję, np. Rafał znaczy „Bóg uzdrawia”. Jego historia zapisana w Księdze Tobiasza ukazuje, jak uzdrowił sytuację w rodzinach i przywrócił zdrowie chorym ludziom. To zastanawiające, że w tym imieniu mowa tak naprawdę o funkcji Boga. Myślę, że to uniwersalna relacja Boga i stworzenia, polegająca na tym, że swoje funkcje wykonujemy wraz z Bogiem, realizujemy talenty niejako w Jego imieniu. Wraz ze swoim powołaniem i zdolnością jego realizacji pochodzimy przecież od Boga.

W przeciwnym królestwie jest podobnie. Egzorcyści opowiadają, że pomniejsze demony wyznają swoje imię w postaci funkcji w tym sensie, że taką cechę szerzą u ludzi, np. Chciwość.

(12)

Ekspresja, samorealizacja to przejście od czegoś, co ma być, do czegoś, co jest. Jest to ruch, zmiana. Dążenia nazywane są sferą ducha w sensie zjawiska wewnętrznego człowieka. Człowiek najpierw nosi w sobie jakieś dążenia, intencje. Potem pojawia się wewnętrzna motoryka, czyli emocje, która jest ekspresją w stadium potencji, potrzebą zrobienia czegoś, poczuciem braku. Realizacja wymaga mocy ducha (woli) i uporządkowania wewnętrznego.

(13)

Rozróżnienie w postrzeganiu sfery powinności i realności jest bardzo ważne. Mylą się one wielu ludziom. Chętnie mówią, że coś na pewno jest, bo wydaje im się, że powinno być. Kiedy indziej nie zauważają realiów, ponieważ nie zgadzają się ze zdaniem takich osób na to, co może i powinno być. Dotyczy to także sfery własnych poczynań, kiedy ludzie, zadowalając się swoimi dobrymi chęciami, nigdy nie przekładają ich na czyny. Takie niezrealizowane dobre chęci to poważny problem powstrzymanej ekspresji, czyli odmowy realizacji swojego powołania.

(14)

Bóg powiedział: „Niech się stanie człowiek!”. Dorastamy do określenia „człowiek”. Rodzimy się podobnie do małpek, a ucząc się i rozwijając, uczłowieczamy się. Samorealizacja jest urzeczywistnieniem przede wszystkim siebie. Bóg nie po to dał nam życie, żeby powstawały rzeczy, budynki, maszyny itp. To wszystko i tak przeminie. Chodzi o to, żeby człowiek przeznaczony do bycia budowniczym, faktycznie nim się stał, nabrał umiejętności, godności, mądrości. Każdy ma taką swoją drogę, żeby dorosnąć i dojrzeć. Rzeczy są tylko instrumentami w tym procesie, a nie jego sensem. Realizując swoje powołanie, urzeczywistniamy przede wszystkim samych siebie. Przez swoje dzieła stwarzamy siebie. Pisząc tę książkę, mam tego niezwykle silne doświadczenie – przemienia ona bowiem mnie samego.

(15)

Wszyscy w mniejszym lub większym stopniu usiłujemy siebie realizować, w tym celu wykorzystujemy wolność. Najistotniejsze jest, jak to robimy: czy w dobry, czy zły sposób. Przykładowo ktoś urodził się do bycia uczonym, ale kradnie wyniki innych, fałszuje i dopuszcza się plagiatów cudzych publikacji, w końcu zyskuje tytuł. W takiej sytuacji czy faktycznie siebie zrealizował? Zmarnował swoją szansę w grzechu.

(16)

Realizacja należy do porządku rajskiego, a raj przepadł. Wtrąca się w to porządek diabelski, który przedstawia złe drogi realizacji. Najistotniejszy jest porządek Nowego Bytu. Czy Chrystus zrealizował swoje powołanie Króla świata? Nie, był prześladowany i został zamordowany przez własny naród. Ojciec w niebie oddał Mu jednak to, co musiał poświęcić dla większego dobra niż samorealizacja – dla uratowania dusz uwięzionych w czeluści Szeolu i piekle na ziemi pod władzą Szatana. Dlatego realizacja siebie nierzadko musi ustąpić prawości, jeśliby zaistniała potrzeba zgrzeszenia dla uczynienia siebie większym. Demon zapewniał Chrystusa, że w jednej chwili drogą na skróty, oddając mu pokłon, uzyska cały świat. Jednak to by oznaczało utratę samego siebie, swojej duszy, a tego robić nie wolno.

(17)

Zwykle podkreśla się, że Prawo Boże to zakazy Przykazań, ograniczenia. Jednocześnie nadmienia się, że nie zawiera pozytywnego ukierunkowania dla naszego życia. Rzecz jasna, pamiętamy o trzecim i czwartym przykazaniu, które są pozytywnie wyrażone. Przykazania znajdują rozwinięcie w szczegółowych nakazach i zakazach, spisanych w Księdze Powtórzonego Prawa. Te w tym momencie pominiemy i zastanowimy się na wolą Bożą jako naszym zobowiązaniem. Na początku było Słowo. Wszystko przez Nie się stało. To Słowo jest życiem i światłem. To Słowo brzmiało: „Niech się stanie…!”. Możemy ten nakaz traktować jako skierowane do nas Prawo. Mamy się stać i mamy się stawać. Słowo Boże jako wieczne wciąż, nieskończenie jest nad nami wypowiadane.

Z tego powodu grzechem, występkiem jest odmowa stania się, ucieczka w niebyt sercem, duszą, zapadnięcie się w siebie, pogrążenie w sobie, samodestrukcja. Występkiem jest więc rozpacz, apatia. Ostateczne zło w zderzeniu z tym przykazaniem to śmierć. Chrystus uczy, być może właśnie dlatego, że ostatnia zostanie pokonana śmierć. Jest ona totalnym złamaniem nakazu życia.

Niedługo potem w historii stworzenia znajdziemy następujące zdania:

„Gdy Pan Bóg uczynił ziemię i niebo, nie było jeszcze żadnego krzewu polnego na ziemi ani żadna trawa polna jeszcze nie wzeszła – bo Pan Bóg nie zsyłał deszczu na ziemię i nie było człowieka, który by uprawiał ziemię i rów kopał w ziemi, aby w ten sposób nawadniać całą powierzchnię gleby”.

„Pan Bóg wziął zatem człowieka i umieścił go w ogrodzie Eden, aby uprawiał go i doglądał”.

Kopanie rowów, uprawa ziemi, pielęgnacja ogrodu – są to dosłownie i w przenośni zajęcia najbardziej przyziemne. Zamiarem Bożym jest, żeby człowiek pracował. Praca staje się treścią naszego życia. Jak pięknie czytamy u tomistów: praca stanowi realizację możności człowieka. Ona jest jego spełnieniem, samorealizacją. Praca jest działaniem dla dobra swojego, wspólnoty i na chwałę Bożą. Ponoć św. Teresa pisała, że świętość realizuje się wśród garnków i rondli. Jakie to proste i piękne.

Człowiek mówi „Amen” nakazowi powstania z nicości i przyjmuje życie. Nie chce powrotu do nicości. Potem uznaje konieczność pracy i jego życie napełnia się treścią i przynosi pożytek. Z tworzywa świata wytwarza nowe rzeczy, naśladując w tym na swój dziecinny sposób dzieło stworzenia przez Ojca Niebieskiego. Znowu możemy pokazać podstawowe grzechy: ucieczkę w sny na jawie, fantazje o szczytnej przyszłości przy marnej chwili obecnej, przeniesienie swojego odczuwania gdzieś w sferę marzeń. Bezruch, lenistwo, zwlekanie, chorobliwe zalęknienie – to kolejne występki. Dochodzi do tego także pozorowanie pracy czy praca bez sensu i efektu, tzw. staranie się, zamiast wykonywania. Jak uczy nas Chrystus: poznasz drzewo po owocach.

(18)

Bóg daje nam siły, energię życiową. Kto nie realizuje siebie, szczególnie w aspekcie największego Przykazania miłości Boga, ten sprawia, że te siły zaczynają go palić od środka. Dawniej porównywano to do bólu naciągniętej cięciwy, której się nie wypuszcza. Jest to ból piekła. Niezrealizowana potencja obrócona przeciwko samemu sobie.

(19)

Hedonizm mówi: „Bierz z życia, ile możesz. Nic po nim nie będzie. Czegokolwiek chcesz, to musisz. Twoim prawem twoje chęci (też chucie, żądze, pożądania), nie wolno ich sobie odmawiać”. Z kolei ekspresja mówi: „Daj z siebie, ile możesz. To życie jest niewiele warte w całości, więc trzeba być przyzwoitym i pozostawić po sobie dobro. Na nagrody licz bardziej w przyszłym życiu, a tak naprawdę to dobre życie jest samo w sobie nagrodą”. Mieć czy być, jak to skwitował E. Fromm.

(20)

Stwórca dawcą szczęścia

Stworzono nas ze szczęścia i po to, żeby się nim dzielić. Człowiek spełnia się w ten sposób, że realizuje plan Stworzyciela wobec siebie. Możemy swoje życie opisać dwiema kategoriami – tym, co już zrobiliśmy, czyli zrealizowaliśmy, oraz tym, co możemy lub mogliśmy zrobić. Ta możność jest szalenie ważna, ona wyznacza bowiem coś, co czasem nazywamy przeznaczeniem albo właśnie Bożym planem. To jest sfera potencjalności albo po prostu potencjały. Ich realizacja jest realizacją siebie, daje poczucie spełnienia i szczęścia. W głębi siebie dążymy do satysfakcjonującego spełnienia. Stwórca stawia nas na ziemi w perspektywie szczęścia, którego dla każdego z nas pragnie i które ofiaruje, dając nam potencjały i możliwość ich realizacji.

Człowiek niezainteresowany samym sobą i swoimi potencjałami, który jest bezczynny albo postępujący wbrew własnej naturze, czuje się wewnętrznie chronicznie nieszczęśliwy i strapiony. Może to przybierać formy patologiczne: napięcia, nerwice i wszystko, co jest z tym związane, aż do ciężkich chorób i nałogów włącznie. Życie polega na przechodzeniu od potencjalności do realizacji. Stan, w którym to się nie dzieje, jest śmiercią za życia. Niezrealizowany potencjał gryzie człowieka od wewnątrz i staje się źródłem wielkiego niepotrzebnego cierpienia, które bywa znieczulane na wszelkie sposoby, często niegodziwe.

(21)

W Dzienniczku św. Faustyny czytałem, że dusze są o tyle szczęśliwe w niebie, o ile wykonywały wolę Bożą.

Chrystus otworzył nam niebo, ale i pokazał drogę do niego przez życie. Nie wymaga od nas żadnych szczególnych rzeczy. Ewangelia jest dosyć prosta i zwięzła, nie zawiera dla nas nadludzkich warunków, lecz same zwyczajne rzeczy: mamy żyć zgodnie ze swoim powołaniem, trzymać się dobrych spraw, omijać złe, szanować wszystko to, co dobre. To zwykła normalność. Nic, czego człowiek nie mógłby zdziałać. Nie muszę być nadludzkim mitycznym herosem, żeby dostać się na Olimp, czy też skrajnym ascetą, by sięgnąć po wyzwolenie od cierpienia. Mogę normalnie żyć na świecie, pozostając w zgodzie z własną naturą i powołaniem. Właśnie to w Ewangelii jest dla mnie najpiękniejsze – uświęcenie naszego normalnego życia jako przedsionka nieba. Taka nowina budzi w człowieku największą wdzięczność i radość, bo nic w nas nie jest odrzucone przez Boga, ale wszystko, czym jesteśmy, z wyjątkiem grzechu, ma być błogosławione i przebóstwione. To niesłychanie Dobra Nowina.

Dobra latarka to taka, która świeci, spełnia swoje zadanie. Pozostaje w zgodzie ze swoją naturą, ze swoją definicją w zamyśle twórcy. Podobnie człowiek czyni dobrze, gdy działa w zgodzie z zamysłem Stwórcy wobec siebie, żyje według przeznaczenia, powołania, Woli Bożej. Chrystus dodaje, że efektem dobrego życia w zgodzie z Dobrą Nowiną jest przynoszenie owoców, korzyści, a to wymaga w życiu aktywności.

Mówi się, że człowiek zdobywa „dobra”. Dobrze żyjąc, poszukuje dóbr zarówno materialnych, jak i duchowych. Chrystus podkreśla, że mamy gromadzić dobra („skarby”) w niebie i na nich się skupiać. Aktywny, przynoszący owoc człowiek przymnaża korzyści i przemienia świat. Pan Bóg dał nam krowy. Ludzie nauczyli się je hodować, doić, a z mleka robić sery. To było dobre, korzystne, sensowne. Człowiek, dobrze żyjąc, kontynuuje Bożą pracę stwarzania tu, na ziemi, rzeczy dobrych. W Dobrej Nowinie spotyka się i łączy to, co niebiańskie, z naszym codziennym życiem, które Chrystus podniósł do rangi niebieskiego przedsionka.

Jest wiele zagrożeń w tym procesie. Jedno z nich polega na zejściu na złą drogę, kiedy to pojawia się grzech, naruszenie praw miłości i dziecięcego posłuszeństwa. Drugie to zniechęcenie, apatia, acedia, tzw. lenistwo w służbie, siódmy demon. Cierpi na to tak wielu ludzi, co widać, gdy spędzają ogromną część życia na głupstwach, „zabijają czas” czy choćby gapią się bezmyślnie w wyświetlacze ruchomych obrazków, które ich ogłupiają. Tymczasem Chrystus zaleca nam owocować, przynosić nowe korzyści, czyli żyć, na ile się da, konkretnie, świadomie, racjonalnie, sensownie. Nawet odpoczywać czy zażywać rozrywki można tak, żeby przyniosła jakąś korzyść, choćby odpoczynek i relaks, albo ogłupiająco i szkodliwie.

W tym ujęciu, nastawionym na skutki, zło rysuje nam się bardzo prosto jako szkoda, ubytek, strata. W człowieku zaczyna się to od odejścia od własnej pochodzącej od Boga natury, rozdarcia samego siebie.

(22)

Realizacja to pełne zespolenie ze swoją naturą. Następuje dopiero po zmartwychwstaniu, co widzimy w życiu Chrystusa po powstaniu z martwych. Jest wtedy doskonały, cielesność zostaje w pełni poddana duchowości. Powoduje to, że ciało staje się tzw. ciałem uwielbionym, czyli zatraca ograniczenia materialne, a funkcjonuje jak zjawisko duchowe. Realizują się wtedy główne potencjały człowieka, te najważniejsze, dotyczące rozwoju duchowego, wiary i łączności z Bogiem.

(23)

Realizując potencjalne możliwości, sięgamy w sferę metafizyczną, gdzie je zapisano, i przenosimy ją na ziemię. Ze wszystkich stworzeń tylko człowiek ma taką zdolność.

(24)

Realizując potencjały, naśladujemy Boga, który jest absolutnie wierny swojej naturze. Nie ma w nim w ogóle potencjalności, bo wszystko od razu się realizuje (tomiści mówią o „aktualizacji”). Dlatego nie jest niczym dziwnym, że brak realizacji swoich możliwości, zaniedbanie, odmowa stanowią odwrócenie się od Boga, a zwrócenie w stronę zła. Non serviam – to zawołanie demona. Człowiek oddarty od swojej esencji, natury cierpi piekielny ból wynaturzenia i nieuwolnionej energii niespełnionych potencjałów. Najważniejsze są zdolności do kochania i wiary w Boga.

Ludzie to potencjalni towarzysze aniołów w posłuszeństwie Bogu lub demonów w odmowie. Sami się realizujemy w jednym lub drugim kierunku.

(25)

Chrystus uczył, że nie wolno ulegać presji świata (czyli ludzi wokół), tylko kierować się swoją wolą, wolną pomimo tej presji. Ta wola powinna być zgodna z wolą Boga. Trzeba stale kwestionować siebie, przekraczać, zaprzeczać dotychczasowemu sobie, jeśli to potrzebne, żeby się nadal uczyć i rozwijać, robić nowe rzeczy. Ten proces uwolnienia od ściągającej w dół masy ludzkiej oraz zapierania się siebie dla większego dobra bywa bolesny. Całe życie na ziemi jest „porodem” do ostatecznej egzystencji przy Bogu w niebie i Nowym Świecie. Rodzenie się jest bolesne, ale nie należy się przejmować tym, że trochę boli. Krzyż jest przecież częścią życia.

Dobra praca, sensowne działanie i twórczość mają skutki terapeutyczne, obniżają bowiem napięcie. Podobnie wpływa na nas zgoda z samym sobą, akceptacja swojej przyziemności i wykonywanie powinności. Póki żyjemy, możemy się nawracać, żałować straconego daru życia w grzechu i nieróbstwie. Dzięki Chrystusowi nawet najbardziej zepsuty człowiek może zostać włączony do społeczności zbawionych, jeśli szczerze się nawróci.

(26)

Mieć życie przed sobą to też posiadać różne potencje. Aktywne życie to ich realizacja, przez co kurczy się perspektywa życiowa, kończą się jakieś etapy. Życie jest też więc nieustannym umieraniem.

(27)

Władze – uzdolnienia człowieka

Można postrzegać człowieka przez pryzmat władz, jakie posiada zgodnie z teologiczną antropologią. Profesor A. Andrzejuk przypomina: „Władze – jak pamiętamy – to «część» możności wyspecjalizowana przez formę do wykonywania określonych operacji. A zatem władz jest tyle, ile gatunków czynności”. Tomizm opisuje władze człowieka w nieco innym ujęciu, niż zrobię to ja poniżej. Wskazuje bowiem na większe konstrukty człowieka (wola, intelekt). Mnie bardziej interesuje aspekt praktyczny i czynnościowy. Władza to zdolność wykonywania jakiejś czynności. Władze tworzą konstrukcję człowieka, naszego aparatu czynnościowego. Stanowią element nieredukowalny, pewną najmniejszą całostkę aparatu życiowego człowieka.

To, co nazywamy naturą człowieka (czyli ogółem naszych przyrodzonych uzdolnień i potrzeb), można opisać także od strony władz. Kiedy mówimy więc o upadku człowieczej natury lub o jej rozwoju, mamy na myśli też człowiecze uzdolnienia i sposoby ich ekspresji. Człowiek prawidłowo rozwinięty realizuje swoje władze/ uzdolnienia w sposób niezaburzony, a w sytuacji upadku traci swoje uzdolnienia lub źle je realizuje. Warto się zastanowić, jak to się dzieje, jaki jest mechanizm upadku, rozwoju i naprawy władz, czyli fragmentów natury ludzkiej. Dużo o tym myślałem i mam parę swoich spostrzeżeń, wypróbowanych na samym sobie.

Ludzka możność składa się z władz, czyli inaczej funkcji, zdolności, umiejętności. Poszczególne władze są poddane albo dobru, albo złu, co następuje samo w dzieciństwie i młodości pod wpływem wychowania i otoczenia. Trzeba umieć w sobie rozpoznawać, co w swoim życiu wykonujemy dobrze, a co źle. Władze można różnie opisywać, a także dzielić na konkretne przejawy, np. zdolność komunikacji to mowa, może też występować słuchanie oraz milczenie. Zepsucie, czyli zejście na złą drogę, w zakresie danej władzy może dotyczyć jakiegoś pojedynczego jej przejawu, jednak zaburza ją całą. Przykładowo, kto nie umie słuchać, nie będzie też umiał mówić, aby inni słuchali.

Jeśli jakaś władza została zepsuta, to nawet determinacja w danej chwili nie jest w stanie jej naprawić. Siłą woli, woluntaryzmem człowiek nie da rady siebie uzdrowić. Przykładowo, kto się źle nauczył zdobywania środków do życia, przyjął zły wzorzec – nabył chociażby przekonania, że trzeba kraść, aby zarobić – ten nie będzie umiał prawidłowo zabrać się za pracę. Trzeba uważnie słuchać własnych narzucających się myśli i słów, gdyż w nich jest aktualna kondycja psychiki i władz w ogóle. Rozumnym dialogiem z samym sobą w oparciu o prawdę i sumienie można naprawdę w dużej mierze zmienić siebie i swoje życie.

(28)

Odcinanie władzy

Człowiek, nabierając świadomości, doświadcza zła: grzesznych uczynków (i zaniedbań), ciągot do nich, wreszcie własnego przyrodzonego popsucia. Dusza w odruchu ratunkowym zdaje się czynić coś podobnego, jak to opisuje Zbawiciel, gdy poleca raczej odciąć sobie rękę lub wyłupić oko, niżby nimi grzeszyć. Dusza człowieka odruchowo robi coś podobnego – ratuje się tak, jak potrafi, właśnie odcinając część swojej aktywności. To się dzieje w naszym umyśle, wnętrzu, psychice, bez udziału woli świadomości, automatycznie. W kontakcie ze złem czysta jeszcze dusza zdaje się krzyczeć: „Nie mogę!”. Kiedy uraził nas np. gniew, krzyczymy wewnętrznie: „Nie mogę się gniewać!” pod wpływem doświadczenia złego wzorca wykorzystania tej władzy. Jest to podobne do przywołanej powyżej ewangelicznej rady, ale stanowi paniczny i wynikowo szkodliwy mechanizm obronny. Dusza człowieka odruchowo wyłącza jakąś zdolność, gdy doszło w niej do zaburzenia funkcjonowania. Powrót do aktywności, leczenie serca w moim przypadku związane były z wtórnym świadomym przeżyciem takich szoków z przeszłości, od których w umyśle i ciele powstawały martwoty dotyczące różnych udolności. Taki odruch psychiczny pozostaje w nas jak rana i wymaga ponownego przeżycia, uświadomienia, odkrycia i oddania leczniczej i uwalniającej mocy Boga. Rany psychiki zupełnie nie znikają, pamięć o nich zostaje, ale mogą przestać nas ograniczać.

Osobny temat to bardzo częste używanie terminu „realizacja” w kontekście jogi i podobnych praktyk hinduistycznych. Słowo to jest używane na wiele sposobów. Oznacza ono, jak rozumiem, czynienie postępów w praktyce i rozwoju świadomości w duchu religii dharmicznych. Często się mówi, że nauczycielami w tych tradycjach są osoby zrealizowane. Nabycie pewnych zdolności z tego obszaru też nazywa się realizacją.

Mam co do tego mieszane uczucia. Spotkałem się z nauczaniem pewnego swamiego o realizacji w sobie bóstwa. Obietnice te z jednej strony były interesujące, gdy odnosiły się do postępów moralnych, wzrostu empatii i harmonii. Z drugiej dotyczyły uznania siebie za boga w ramach światopoglądu monistycznego. Bardzo to przypominało obietnicę rajskiego węża: „Będziecie jak bogowie”. Jeśli taka realizacja miałaby oznaczać ubóstwienie samego siebie, to nie jest realizacją, tylko jej zaprzeczeniem.

Zamieszanie w terminologii związanej z samorealizacją stanowi pewien problemem. Jak pisałem, wzrost uzdolnień ezoterycznych i magicznych, a to też tak bywa określane, jest zanieczyszczaniem siebie, a nie spełnianiem. Tradycje dharmiczne niosą najróżniejsze elementy, od bardzo szczytnych – obejmujących autentyczną pokorę, zaparcie się siebie dla Boga, wyrzeczenie się zła i ascezę – do zupełnie temu przeciwnych: transu, okultyzmu (siddhi), skandalicznych praktyk tantry lewej ręki i podobnych. Postępy w tym wszystkim nazywane są samorealizacją. Nie sposób z tym się zgodzić, człowiek bowiem spełnia się tylko w tym, co święte i czyste. Inne rzeczy mogą napełniać go chwilową ekscytacją, którą trzeba stale podtrzymywać i eskalować, żeby trwała. Takie chorobliwe podniecenie nie jest szczęściem, choć bywa z nim mylone. Dlatego trzeba bardzo uważać, co się określa samorealizacją, gdyż łatwo z tym słowem na ustach popaść w jego przeciwieństwo w upadku egoizmu i pychy (ubóstwienia siebie).

Znani są tacy guru, którzy traktują siebie jako w pełni zrealizowanych. Wyróżnia ich to, że już nikogo nie słuchają, zakładając, że to wszyscy inni mają ich słuchać. Wyjątkowo negatywną postacią był dla mnie Sathya Sai Baba, człowiek posługujący się magią i oczekujący dla siebie hołdów należnych tylko Bogu. Jak czytałem, nawet w Indiach wśród pobożnych hinduistów (swamich, sadhu) budził raczej dwuznaczne reakcje, popularny zaś był wśród prostych ludzi i obcokrajowców. Tego typu popadnięcie w pychę dzięki magii oznacza upadek duszy w bardzo głębokie kręgi zła.

(29)

Termin „samorealizacja” nie schodzi z ust wyznawców neognozy Nowej Ery. Niestety panuje w tej społeczności takie samo pomieszanie postępów zarazem w dobru i złu, bez odpowiedniego oddzielenia. Stamtąd omawiane pojęcie prze szło do popularnej psychologii, która na wszystkie strony rzuca hasłami typu „Bądź sobą!” i wzywa do samorealizacji. Tak samo bardzo ostrożnie trzeba badać te wezwania. Zrealizować, czyli uczynić, można w życiu naprawdę bardzo wiele, ale nie wszystko przynosi korzyść. Najpierw trzeba naprawdę głęboko poznać własną naturę jako dziecka Bożego i dopiero wtedy przystąpić do jej czynnego urzeczywistnienia. Można bowiem zrealizować siebie także jako demona. To są niezwykle ważne dla każdego człowieka zagadnienia. Niestety nie wszystko, co nam proponuje psychologia popularna i ezoteryzm, naprawdę jest samorealizacją i spełnieniem opartym na wypełnieniu swojego życiowego powołania.

3. Praca

(1)

Jan Paweł II w Laborem exercens napisał następujące słowa na temat pracy:

„Praca jest dobrem człowieka – dobrem jego człowieczeństwa – przez pracę bowiem człowiek nie tylko przekształca przyrodę, dostosowując ją do swoich potrzeb, ale także urzeczywistnia siebie jako człowiek, a także poniekąd bardziej «staje się człowiekiem».

Bez tego nie można zrozumieć znaczenia cnoty pracowitości, nie można w szczególności zrozumieć, dlaczego pracowitość miałaby być cnotą – cnotą bowiem (czyli sprawnością moralną) nazywamy to, przez co człowiek staje się dobry jako człowiek. (…)

Praca jawi się w tej analizie jako wielka rzeczywistość, posiadająca podstawowy wpływ na kształtowanie się w sposób ludzki świata oddanego człowiekowi przez Stwórcę – jest rzeczywistością ściśle przy tym związaną z człowiekiem jako właściwym podmiotem oraz z jego celowym działaniem. Rzeczywistość ta, w zwyczajnym biegu rzeczy, wypełnia życie ludzkie i stanowi o jego wartości i sensie. Chociaż związana z trudem i wysiłkiem, praca nie przestaje być dobrem – i stąd człowiek rozwija się poprzez umiłowanie pracy. (…)

«Dla wierzących – uczy Sobór Watykański II – jest pewne, że aktywność ludzka indywidualna i zbiorowa, czyli ów ogromny wysiłek, przez który ludzie starają się w ciągu wieków poprawić warunki swego bytowania, wzięty sam w sobie, odpowiada zamierzeniu Bożemu. Człowiek bowiem, stworzony na obraz Boga, otrzymał zlecenie, żeby rządził światem w sprawiedliwości i świętości, podporządkowując sobie ziemię ze wszystkim, co w niej jest, oraz żeby, uznając Boga Stwórcą wszystkiego, odnosił do Niego siebie samego i wszystkie rzeczy, tak aby przez poddanie człowiekowi wszystkiego przedziwne było po całej ziemi imię Boże». (…) Świadomość, że praca ludzka jest uczestnictwem w dziele Boga, winna przenikać – jak uczy Sobór – także do «zwykłych, codziennych zajęć». Mężczyźni bowiem i kobiety, którzy zdobywając środki na utrzymanie własne i rodziny, tak wykonują swoje przedsięwzięcia, by należycie służyć społeczeństwu, mogą słusznie uważać, że swoją pracą rozwijają dzieło Stwórcy, zaradzają potrzebom swoich braci i osobistym wkładem przyczyniają się do tego, by w historii spełniał się zamysł Boży.

(…) wymowa życia Chrystusa jest jednoznaczna: należy On do «świata pracy», ma dla ludzkiej pracy uznanie i szacunek, można powiedzieć więcej: z miłością patrzy na tę pracę, na różne jej rodzaje, widząc w każdej jakiś szczególny rys podobieństwa człowieka do Boga – Stwórcy i Ojca. Czyż nie mówi: Ojciec mój jest rolnikiem (por. J 15, 1). (…)

Św. Paweł szczycił się tym, że pracował w swoim zawodzie (prawdopodobnie wyrabiał namioty) (por. Dz 18, 3) i że dzięki temu mógł również, jako Apostoł, sam zarabiać na swoje życie (por. Dz 20, 34n): «pracowaliśmy w trudzie i zmęczeniu we dnie i w nocy, aby dla nikogo z was nie być ciężarem» (2 Tes 3, 8). Stąd też płyną jego pouczenia na temat pracy, które mają charakter napomnienia i nakazu: «nakazujemy i napominamy ich w Panu Jezusie Chrystusie, aby pracując ze spokojem, własny chleb jedli» – tak pisze do Tesaloniczan (2 Tes 3, 12). Ci bowiem, którzy «wcale nie pracują (…), postępują wbrew porządkowi» (2 Tes 3, 11) – i Apostoł, w tymże samym kontekście, nie zawaha się powiedzieć: «kto nie chce pracować, niech też nie je» (2 Tes 3, 10). (…)

W pracy ludzkiej chrześcijanin odnajduje cząstkę Chrystusowego Krzyża i przyjmuje ją w tym samym duchu odkupienia, w którym Chrystus przyjął za nas swój Krzyż. W tejże samej pracy dzięki światłu, jakie przenika w nas z Chrystusowego Zmartwychwstania, znajdujemy zawsze przebłysk nowego życia, nowego dobra, jakby zapowiedź nowego nieba i nowej ziemi (por. 2 P 3, 13; Ap 21, 1) – które właśnie poprzez trud pracy staje się udziałem człowieka i świata. Poprzez trud – a nigdy bez niego. Potwierdza to z jednej strony nieodzowność krzyża w duchowości ludzkiej pracy, z drugiej strony jednakże odsłania się w tym krzyżu-trudzie nowe dobro, które z tej pracy bierze początek”.

(2)

Chrystus żył na ziemi trzydzieści trzy lata, z czego przez trzydzieści lat nauczał nas czynem poprzez święte życie w rodzinie i pracę. Zbawiał świat tylko przez trzy lata, zmieniał go, nauczał miłości. Przez trzy godziny umierał, a na trzeci dzień powstał z martwych. Trzydzieści lat wypełniła Mu ciężka praca, trud, pot, zapewne niedostatek, ale i miłość w domu – to było tzw. ukryte życie w szacunku u Boga i ludzi. Jeden do dziesięciu – to ważna proporcja, dziesięcina z czasu swojego życia oddana bezpośrednio Bogu, a reszta spędzona wśród ludzi, dla siebie, bliźnich i świata. Nauka czynem, a nie słowami, pozornie nieistotna, mająca jednak wielkie znaczenie.

(3)

W Księdze Rodzaju napisano, że stworzono nas do uprawy Edenu, do kopania rowu i nawadniania gleby. W pysze przeceniamy swoje znaczenie, w całym stworzeniu jesteśmy tylko częścią, elementem odpowiedzialnym za resztę ziemskiego świata. Opis stworzenia wskazuje nam na sześć dni stworzenia, a człowieka ukazuje jako jeden z elementów stworzonych. Mnie to jakoś uczy pokory. Wszechświat jest wielki, znajduje się poza naszym zasięgiem, cieszy jedynie Boga. Żyjemy na jakimś jego okruszku, gdzieś na uboczu – ta świadomość jakoś ustawia mnie psychicznie, czyni malutkim.

Biblijny autor upatrywał sensu ludzkiego życia w pracy. Kopanie rowu nawadniającego to jest też tworzenie jakiejś rozumnej kultury w ramach pracy. Ta metafora jest dla nas dziś bardzo aktualna – nakaz pracy połączonej z kulturą umysłową, techniczną, cywilizacyjną, organizacyjną. W czasie, gdy pisano i redagowano Księgę Genesis, kopanie rowów nawadniających było zbiorowym wysiłkiem wysoko zorganizowanego społeczeństwa, które dzięki temu stawało się zdolne wspólnie zapewnić sobie warunki odpowiednie do uprawy.

Od momentu dopuszczenia się grzechu pracujemy, żeby mieć, co jeść. W raju pewnie też mieliśmy pracować, z tą różnicą, że robilibyśmy to tylko dla własnej przyjemności i Bożej radości. Grzech nie był do niczego potrzebny, zniszczył Boże zamiary. Wielu ludzi próbuje jakoś uzasadnić, że grzech miał jakąś pozytywną rolę, że nauczył nas samodzielności i troski o siebie. To nie jest prawda, przeciwnie – wrzucił nas z poziomu aniołów dla świata do poziomu agresywnych potworów, które jakimś cudem u końcu czasów (teraz) podźwignęły się gdzieś w okolice człowieczeństwa, robiąc to jednak jedynie powierzchownie, mamy bowiem coraz czarniejsze dusze.

(4)

Czynić ziemię poddaną

Przekopujemy ziemię, obalamy wzgórza, zasypujemy doliny, zmieniamy krajobraz. Antroposfera, czyli obszar przekształcony przez człowieka, urósł na naszych oczach do takich rozmiarów, że mówi się o nowej epoce geologicznej zwanej antropocenem. W dziejach planety nastała era człowieka. Jesteśmy obecnie najważniejszym czynnikiem sprawczym dla wyglądu ziemi. Zostaliśmy stworzeni, jak to wiemy z prastarych zapisów Pisma po to, żeby czynić sobie ziemię poddaną i kopać w niej rowy nawadniające. Kultura przemienia naturę, choć od niej nie odchodzi, tylko ją porządkuje i czyni posłuszną człowiekowi.

Skąd pisarze biblijni sprzed trzech tysięcy lat wiedzieli, że do tego dojdzie? Że człowiek dokona tego w skali globalnej? Nie znali buldożerów, koparek, dynamitu, samolotów, pociągów Pendolino. Nie mieli pojęcia, jak wygląda świat. Jeździli na wielbłądach raczej w niezbyt długie trasy. Przyroda była dla nich czymś przerażającym jako całość. Morze przypominało węża otaczającego ziemię, wyobraźnia podsuwała im obrazy morskiego potwora. Niekiełznane życie przyrody przez millenia przywodziło im na myśl skojarzenia ze strasznymi morskimi Lewiatanami i ziemskimi bestiami, takimi jak Behemot.

Mimo to wiedzieli, co jest zapisane w naszej naturze. Rozumieli, jak nieodparcie człowiek dąży do poszerzenia swojego władztwa. Jednostki pragną powiększania swoich włości. Państwa i ludy wciąż marzą o podbojach i wzdychają na myśl o przeszłych imperiach. Posiadać znaczy tyle, co władać. Przekształcamy świat, będąc jednocześnie jego ofiarami, bezlitośnie mordowanymi przez dzikie zwierzęta i mikroby, pozbawieni obrony, której sami wyrzekliśmy się, odrzucając Boga. Potem coraz lepiej organizowaliśmy się we wspólnoty: paleolityczne gromady, rody, klany, szczepy, plemiona, ludy, w neolicie w społeczności osad i miast, miast-państw, państw terytorialnych. Wspólnymi siłami, bo jednostka nie jest zdolna do takiego wysiłku, przekształcamy groźną dla nas naturę i przyrodę w przyjazną i okiełznaną.

Dziś mamy technikę. Znamy zasady działania materii i ją eksplorujemy. Materialiści, nierzadko jako ateiści, bywają najgorliwszymi wykonawcami Bożego nakazu. Taka ironia losu. Pobożni dość często chorują na skryty manicheizm i przejawiają pogardę dla rzeczywistości ziemskiej. Wyjątkiem jest tomizm, który ostatnio uznano za niepotrzebny, ale w zamian nie stworzono dokładnie niczego równie poważnego. Niczego, co nauczy ludzi żyć na tej ziemi.

Realizm Zachodu – niestety w wersji materialistycznej – bierze górę i jest naśladowany na całym globie. Dzieje się tak, bo technika i czynienie ziemi poddaną okazuje się dla ludzi wygodne. Coraz nowsze narzędzia i medycyna czynią nasze życie względniejszym. Światopoglądy, religie, filozofie, tradycje, kultury całego świata zostają zmiecione przez okcydentalną i chrześcijańską wiarę w człowieka jako władcę i Bożego ogrodnika świata. Zapomnieliśmy w Europie własnej pierwotnej kultury ludowej, tradycji, śpiewów, wzorów, opowieści, rzeźb. Na wyścigi pędzimy za to po nowe świecidełka na baterie. Taka jest siła zapisanej w nas woli Boskiej, która potrzebuje coraz nowych narzędzi przemiany świata i komunikacji międzyludzkiej. Z tym nikt nie wygrał.

Człowiek dla samego siebie jest ogrodem wymagającym opieki i starań. W Pieśni nad Pieśniami Oblubienica płacze po upadku, ubolewając, że małe lisy wdarły się do winnicy i ją zniszczyły. W tym symbolicznym obrazie chodzi oczywiście o duszę Oblubienicy. Człowiek jest i ogrodnikiem, i ogrodem. Jakim sam jest ogrodem, tak i wyglądają jego włości, ten fragment świata, na jaki wpływa. Jaki pan, taki kram. Poznajemy człowieka po owocach, po efektach jego działania. Poznawczo będzie w następujący sposób: jaki kram – taki jest jego pan. Mój stan rzutuje na stan naszego otoczenia, jest jego odbiciem. Coś nam to przypomina. Wszak świat nosi piętno swojego Stwórcy, a człowiek miał być wręcz Jego obrazem. Jaki twórca, takie dzieło – dotyczy to obu relacji. Z drugiej strony Twórcę i twórcę poznajemy właśnie po dziele.

Gdy oderwie się władzę od moralności, dzieją się straszne rzeczy. Globalna wieża Babel – technika i kultura (gr. techne – „wszelka twórczość”, „technika”, „sztuka”) – wzmaga hybris (co opisywali już Grecy), czyli poczucie bycia ważniejszym od Boga, pychę. Świat kultury człowieka, znajdujący się pod ludzkim władaniem, staje się wtedy światem bez Boga. Człowiek sam jest częścią przyrody. Znaczy to, że jego działania także stanowią dzieło Boże (z wyjątkiem grzechu). Nie jesteśmy panami świata, tylko jego ogrodnikami – na jakiś czas dzierżawcami winnicy. To wyzwala z pychy.

Nasze dokonania nie są naszymi dokonaniami – czynimy ziemię poddaną z nakazu Boga. Jego polecenie pobrzmiewa w naszych duszach tak głośno, że gorączkowo prześcigamy się w staraniach i innowacjach. Najgorliwsi są ateiści, którzy odrzucają religię, upatrując w niej hamulca tego procesu. Tymczasem, chcąc nie chcąc, wypełniają wolę Stwórcy wyrażoną na początku, a zapisaną w Piśmie, kiedy nasi przodkowie biegali jeszcze z dzidami, a własny kraj był dla nich trudny do ogarnięcia, nie mówiąc już o kontynencie czy świecie.

Nie jest więc ważne, czy jesteśmy wierzącymi, czy ateistami – wszyscy, czy tego chcemy, czy nie, pełnimy w jakiś sposób Wolę Ojca Niebieskiego, bo taka jest nasza natura, jest to w nas wyryte w sposób absolutny. Ta techniczna pogoń jednoznacznie poprzez Genesis kieruje nasze oczy na Stwórcę, pozwala Go odnajdywać, a wraz z Nim poznawać Jego głos i Objawienie Jego Praw ograniczających naszą „wszechmoc”. Jest to jeszcze jeden „dowód na istnienie Boga”, który kieruje wzrok duszy ponad ten ziemski ogród, w stronę Jego dawcy i władcy z wdzięcznością i uległością wobec Jego miłości.

Chcemy dawać z siebie jak najwięcej, bo przecież nasz kapitał duchowy, moralny, uczuciowy tym jest większy, im więcej z niego dajemy. Praca nas wzbogaca, czego symbolem (jedynie) są płynące z niej dochody, nie wszystkim przecież dane. Ubogaca nas ona przede wszystkim duchowo jako te skarby, które w swojej pokornej cichości gromadzimy w niebie za swój trud.

(5)

To ciekawe, że każde tworzenie ma wymiar rodzenia. Kto cokolwiek w życiu stworzył, ten wie, jakie to bywa trudne, jakie bóle trzeba przechodzić, zwłaszcza za pierwszym razem. Tworzenie to jakby odcinanie od siebie wcześniej powstałej idei, która zostaje zmaterializowana w dziele. Podobnie dziecko oddziela się od matki, co jest trudne dla nich obojga. Nawet idee i słowa przekazywane innym mają wymiar jakby rodzenia się ze świadomości ich twórcy. Tworzenie jest podobnie trudne i zarazem uszczęśliwiające niczym prawdziwe rodzenie. Stworzone dzieło, jak urodzone dziecko, staje się darem dla świata, w którym zaczyna funkcjonować, a przede wszystkim dla Boga. Jako dobre jest przecież Jego dziełem, które zostało wykonane ludzkimi posłusznymi rękoma.

Bóg pracował, gdy nadawał byt, potem odpoczywał. Podobnie człowiek, gdy nadaje istnienie lub porządek rzeczom świata, staje się podobny Bogu. Praca jest wspaniałą drogą do uświęcenia, czyli nabrania podobieństwa boskości.

(6)

Dano nam talenty, zdolności, potencjały. Realizujemy się poprzez dokonania, dzieła. Dokonania nas cieszą i zachwycają dokładnie tak samo, jak Boga spoglądającego na swoje dzieło. Kamil C. Norwid pisał, że praca i piękno (czyli zachwyt) są ze sobą powiązane: „piękno na to jest, żeby zachwycało, (…) praca, by się zmartwychwstało”. Udana praca buduje nas od środka, pod jej wpływem rośniemy w sobie, napełniamy się dumą i pewnością siebie. Czujemy się potrzebni, ważni.

(7)

Praca wiąże się z trudem, wysiłkiem, poświęceniem. Jest uciążliwa, miewa wręcz wymiar bohaterstwa, przekraczania siebie, własnej inercji, lenistwa, ospałości. Pracowitość to cnota, która przekracza tę niechęć, ale niekoniecznie ją znosi. Niechęć do pracy może zawsze nam towarzyszyć jako moc chaosu wymagająca przezwyciężenia.

(8)

Niezwykle ważna jest duchowa praca nad sobą. Duchowość u współczesnych niemal nie istnieje. Panuje cywilizacja śmierci i nosimy w sobie tę śmierć. Dzisiejsi ludzie są słabi. Jakby chcieli zbawić się przez sen. Najlepiej, żeby ktoś inny za nich żył, aby stał się jakiś cud, który sam doprowadzi ich do porządku. Nasiąkliśmy złem, pogardą dla Boga. Odgruzowanie swojej wrażliwości duchowej trwa niekiedy lata, ale właśnie w tych czasach trzeba się na tym wyjątkowo mocno skupić.

(9)

Niestety lenistwo i acedia zupełnie opanowały sprawy duchowe. Od tego psują się też inne dziedziny życia. Praktycznie nie istnieje dziś poważna filozofia, dogorywa w banale teologia (w najlepszym razie, w najgorszym staje się zgorszeniem i wrogością w stosunku do zdrowej wiary). Leniwi straszą samych siebie trudem, odstępują. Podoba mi się cytat z Księgi Przysłów: „Idź, leniu, do mrówki!”. Niektóre zwierzęta są od nas mądrzejsze.

(10)

Grzech lenistwa, czyli acedia, nie jest najmniejszy; w istocie należy do najpoważniejszych. To kwintesencja buntu demona. Non serviam! Nie będę służył! Tkwienie w bezczynności przy kolorowych ekranach i ekranikach to poza współczesności. Ludzie za życia zamieniają się w kamienie, zgrzybiałe trupy. Potrzeba na nowo dzielności (arete), żeby obudzić się ze złego snu otępienia i bezruchu.

(11)

Demon acedii jest tak potężny, że nikt już nie wymienia jego imienia, nikt przed nim nie ostrzega, zamroczył umysły, spowszechniał, zapanował. Odmowa pracy, nauki, trudu stała się wygodną modą dla wielu nawet całych społeczności. To jest straszna degeneracja. Powoduje złość na innych, obwinianie całego świata, a w niektórych krajach nawet rozruchy uliczne. Chrześcijański etos pracy, zwłaszcza krzewiony przez protestantów, dał światu rozwój cywilizacyjny i majątkowy.

4. Kultura i wytwórczość

(1)

Kultura to wszystko, co nie jest naturą, cała wytwórczość własna człowieka. Do pewnego stopnia człowiek sam stanowi własny wytwór, więc jego aktualny stan – podobnie jak kultura – wynika z jego działania.

(2)

Bóg ma naturę (istotę i istnienie) oraz swoją wytwórczość, czyli stworzenie. Podobnie człowiek posiada swoją naturę, ale niestety w dwojakim wymiarze. Łączy w sobie naturę od Boga, która jest nam zadana do jej osiągnięcia (esencję w duszy i w Logosie), oraz naturę w swoim aktualnym stanie upadłą, zepsutą.

Poza tym mamy swoją wytwórczość, czyli kulturę. Kultura związana jest z wytwórczością i pracą, a ta wynika z potrzeby realizacji człowieka, jego ekspresji. Dotyka to sfery duszy. Współczesna wspólnota, wrogo nastawiona do sacrum, okazuje się też kulturobójcza. Jakość kultury umysłowej i sztuki jest niska, nastały ciemne czasy.

(3)

Człowiek został stworzony do pracy, czyli miał świadomie przetwarzać swoimi rękami naturę w kulturę, tworzyć coś jeszcze lepszego, niż zastał. Kultura jest efektem, owocem życia człowieka, nadaje mu sens i treść.

(4)

Kultura jest niejako przedłużeniem człowieka, przykładowo adaptujemy się do otoczenia poprzez narzędzia, które wytwarzamy. Ręce wzmacniamy choćby motyką. Wyręczamy swoje siły, orząc wołami. Zamiast na nogach poruszamy się na koniach i samochodami, nawet przyprawiamy sobie skrzydła i latamy samolotami. Wzmacniamy oczy lunetami, satelitami, mediami. Wreszcie własne głowy obudowujemy działaniem zewnętrznej pamięci w postaci pisma, a ostatnio mózgów elektronicznych.

(5)

Zwierzęta kształtuje ich DNA. Człowiek z kolei potrzebuje czegoś więcej, żeby mógł samodzielnie ukończyć dzieło swojego stworzenia. W tym zakresie to kod kulturowy zastępuje kod DNA. Ma on więc ogromne znaczenie, ponieważ przekształca ludzi. My kształtujemy kulturę, a ona nas, zwłaszcza sztuka i zapis idei (teologia, filozofia itp.). Stanowi ona niejako zewnętrzny nośnik pamięci wspólnej i wymiany myśli. Co ciekawe, wymiana przekształcających informacji występuje zaczątkowo nawet u bakterii, które potrafią wstrzykiwać sobie nawzajem informacje w postaci nowych fragmentów kodu genetycznego – w ten sposób przekazują sobie mutacje. Edukacja to wprowadzanie dziecka do wspólnoty kulturowej. Potem w życiu bardzo często obcujemy z wytworami kultury przekazującymi myśli i przeżycia innych ludzi.

(6)

Wspólnoty ludzkie tworzą swoje kultury duchowe (religie), swoiste obyczaje, estetykę, sztukę. Taka kultura musi być partykularna, gdyż z definicji stanowi zasób jakiejś grupy – plemienia, narodu itp. Jest to powiązane do tego stopnia, że nieraz stosujemy termin „kultura” zwłaszcza w archeologii do wskazania nieznanej etnicznie, ale tożsamej estetycznie wspólnoty ludzkiej. Podobnie funkcjonują dziś „subkultury” jako grupy wyodrębnione zwyczajami.

Własna kultura nadaje człowiekowi tożsamość, czyni go częścią większej całości, osadza w historii i pozwala uczestniczyć we wspólnej pracy. Być osobą to mieć relacje, więzi z innymi osobami. Dlatego generalnie kultura nie jest uniwersalna, dotyczy konkretnych wspólnot. Tym sposobem funkcjonuje kultura japońska, Indian Irokezów, krakowska ludowa, jakiegoś plemienia. Niestety w naszych czasach telewizja i media narzucają swoje wzorce kulturowe i większość społeczeństw porzuca naturalną kulturę i ulega procesowi amerykanizacji. Ma to dobre strony, chociaż tak naprawdę szkoda, że ludzie się wstydzą swoich lokalnych strojów, sztuki, zwyczajów. Dochodzi nawet do tego, że języki pomniejszych grup wymierają, a wraz z nimi ich kultura słowa i myśli. Jeszcze nie tak dawno w moich stronach można było co wieś usłyszeć nieco inną gwarę. Niewielkie społeczności lokalne kultywowały swoją tożsamość własnym strojem, nieco innymi zwyczajami, ornamentyką, potrawami. Na szczęście niektórzy do tego wracają, ale większość woli upodobnić się do wzorców z telewizora na ścianie, zamiast dbać o to, co czyniło ich przodków innymi, szczególnymi, ciekawymi. Niestety przez telewizję promowane jest upodobnienie wszystkich do jednego wzorca, co upadla człowieka jako pozbawionego właściwości, tradycji i w ogóle realnej wspólnoty z własnymi sąsiadami, rodakami. Wytworzył się typ człowieka bez tożsamości, posłusznego sługi reklam i inżynierii społecznej. Jest to bardzo wygodne dla sprzedawców tych samych towarów przeznaczonych dla wszystkich na Ziemi. Ten proces odbiera godność w postaci więzów z innymi ludźmi, poczucia przynależności i sympatii. Tworzy to niestety słabe nieosadzone w świecie jednostki oderwane od rzeczywistości, neurotyczne i podatne na manipulacje. Na świecie jest wiele kultur, a każda z nich musi być jakaś i czyjaś. To, co się ludziom wydaje uczestnictwem w medialnej kulturze ogólnoludzkiej, tak naprawdę jest brakiem jakiejkolwiek przynależności kulturowej.

Chrześcijaństwo nie wytwarza jakiejś odrębnej własnej kultury. Owszem, miało ogromny wpływ na wiele wytworów człowieka, ale jego piękno polega na tym, że adaptuje się do różnego otoczenia obyczajowego, etnicznego, estetycznego, nawet filozoficznego. Funkcjonuje w nim też ruch ujednolicający, mający na celu zachowanie spójności, ale dotyczy on kwestii czysto liturgicznych. Taka była reforma gregoriańska w średniowieczu. Niemniej postępy chrystianizmu pozostawiają przestrzeń do bycia sobą w aspekcie kulturowym i nie wymuszają totalnej jednolitości. Chrystianizm wręcz potrzebuje lokalnych kultur, żeby się rozwijać i ubogacać. Chłód i powaga Europy, spontaniczność Afryki są to zupełnie różne formy ekspresji wiary, ale obie mogą znaleźć miejsce w Kościele.

Bóg daje duszę, z kolei rodzice – ciało, a wraz z nim wygląd, melodię (głosu), kształt, strukturę, konstrukcję, temperament, kolor skóry, oczu itp. Podobnie wygląda to w odniesieniu do religii – jej treść jest wspólna i pochodzi od Boga, ale forma to element kultury ludzkiej.

Bóg jak rzeźbiarz stworzył człowieka z gliny, jakby swoje dzieło sztuki. Zaraz potem sami zaczęliśmy tę ziemię kopać i uprawiać.

(7)

Gdy człowiek na skutek grzechu zdziczał i stracił swoją naturę ludzką, Bóg pomógł nam przetrwać i dał nam ubrania. Stał się wytwórcą kultury w tym zakresie, żeby kompensować straty w człowieczeństwie. Kultura w postaci dobrych obyczajów, praw, wzorców właściwego zachowania zaczęła funkcjonować jako narzędzie ratowania człowieczeństwa w człowieku. Paradoksalnie stała się potrzebna po to, żeby leczyć zepsutą naturę.

Arno Arzenbacher pisał, że filozofia jest potrzebna, kiedy zaburzy się naturalne funkcjonowanie, zakwestionuje je. Przed filozofią stoi zadanie powrotu człowieka do natury, ale w postaci nieskażonej, pierwotnej. Zdrowe idee, wiara i religia wraz ze swoimi wytworami, dobra filozofia i obyczaje, prawo państwowe – wszystko to usiłuje przywracać oszalałemu i zdziczałemu człowiekowi zachowanie właściwe dla jego utraconej w grzechu godności. Ludzkość przechodzi od intuicyjnego życia, nieco pozbawionego refleksji nad sobą, do w pełni świadomego we wszystkich jego aspektach. Kwestionowanie pierwotnych naturalnych sposobów życia prowadzi do konieczności objęcia wszystkiego rozumną i werbalną refleksją. Jest to z jednej strony proces przechodzenia od natury do kultury w zakresie funkcjonowania ludzkiego życia, z drugiej postępuje zgorszenie, bo o ile poddawanie w wątpliwość dotychczasowych intuicyjnych przyzwyczajeń dociera do wszystkich, to już rozumna kompensacja tego upadku dokonywana jest przez nielicznych. Z tego powodu razem z rozwojem świadomości moralnej u niewielu ludzi, w większości przypadków postępuje dzikość. Przykładowo, przez tysiąclecia szanowano świętość rodziny. W którymś momencie poddano ją w wątpliwość jako „zabobon”, a ta postawa rozszerzyła się obecnie na całą populację Zachodu. Jednocześnie ciągle jest nieliczna grupa tych, którzy potrafią się rozumnie oprzeć temu rozkładowi (chaosowi) i świadomie przyjąć postawę obrony rodziny i jej trwałości na podstawie racjonalnych argumentów. U tych ludzi instynktowny szacunek dla rodziny przeszedł w świadomy, który przezwycięża powszechne zło i nonsens. Natura została zamieniona w kulturę umysłową. Większość popada przy tej okazji w dzikość, nie korzysta z rozumu i świadomości. Taki jest obraz tzw. postępu. Faktycznie wszyscy mamy szansę brać w nim udział, ale większość zamiast tego wybiera upadek. Niewielka reszta poświęca okazję do zdziczenia na ołtarzu człowieczeństwa, co wymaga pewnego samozaparcia, a nawet heroizmu.

(8)

Nago czy w ubraniu przed Bogiem

Tuż po stworzeniu, w stanie pierwotnej niewinności, ludzie byli nadzy. Wszystko, co ważne, nosili w środku. Ich przymioty i zalety stanowiły część ich subtelnych natur, pierwotnie spoistych, jednolitych, zintegrowanych, nierozbitych, niepodzielonych. Na twarzach i w oczach jako oknach dusz mieli wypisaną godność, nie potrzebowali symboli, zewnętrznej manifestacji ani barier. Byli częścią świata obok równie niewinnej przyrody. Stanowili jedno ze światem.

Grzech rozbił ludzką naturę. Odebrał człowiekowi godność. Bóg dał nam ubranie. Ono odróżniło nas od zwierząt, do których się upodobniliśmy, ulegając instynktom ciała zamiast potrzebom duszy. Sama natura człowieka tak upadła, że potrzebna okazała się swoista proteza godności ludzkiej, co w jakiś sposób zastępuje wewnętrzną doskonałość, którą utracono. Ubranie stało się taką zewnętrzną formą stałej manifestacji, także wobec samych siebie, okiełznywania zwierzęcych niskich instynktów na rzecz przymiotów duszy, bronią w duchowej walce. Zaczęło ono też funkcjonować jako bariera między człowiekiem a światem, który przestał być mu posłuszny i życzliwy.

Z czasem wzmocniły się związki między strojem a godnością danej osoby. Ubranie stało się oznaką takiej a nie innej godności – inaczej ubiera się kapłan, inaczej żołnierz, jeszcze inaczej chłop. Zrodził się też problem strojenia się, tzn. przybierania stroju ponad swoją godność, strojenia się w cudze piórka, swoistego sposobu na przechwalanie się. Doszła do tego moda jako przejaw uniformizacji stroju, swoista norma społeczna, która otwarła nowy rozdział w zjawisku strojenia się.

Nie wiem, czy należy wiązać wizję ubrania w raju z Nowym Testamentem i jego obietnicami. Trzeba pamiętać, że Apokalipsa mówi o tych, którzy „opłukali szaty we krwi Baranka”, którzy „choćby byli szkarłatni, nad śnieg wybieleją”. Przed obliczem Boga stają usprawiedliwieni w białych szatach. Nie są nadzy. Szaty symbolizują ich dusze, ale przede wszystkim po prostu są na nich.

Być może świadczy to o braku powrotu do raju. Nie ma możności cofnięcia czasu do momentu, zanim pojawił się grzech, który jest przecież rzeczywistością obiektywną i faktem. Nie oddamy już Bogu ubrań, nie powrócimy do dawnej doskonałej godności. Nie wejdziemy do Bożego Szabatu z własnej mocy. Jedynie Chrystusowa zasługa może nas upadłych wynieść przed tron Boży. Chrystus zmaże z nas winę, ale pewne skutki grzechu, powiązane z naszą historią, pozostaną.

Zastanawiające jest to, że Chrystus nie tworzył niczego materialnego, np. nie spisywał swojej nauki. Wydaje mi się to znamienne. Fakt ten wskazuje, że Jego nauczanie jest ponad zwykłą twórczość ludzi, nie staje z nią w jednym szeregu. Ewangelia stanowi kryterium dobra w stosunku do wszystkiego, co ludzie uczynili. Nie przynależy do żadnej partykularnej kultury ludzkiej ani tradycji duchowej czy też narodowej.

Inna sprawa, że jej treść jest tym przejawem kultury, który zastępuje intuicje natury w związku z jej upadkiem. Ewangelia to gotowa odpowiedź na pytanie o to, jak żyć, sformułowana z myślą o człowieku, który sam z siebie już nie potrafi być święty i dobry.

(9)

Kultura osobista jest potrzebna. Musimy uczyć się, jak przyzwoicie i godnie żyć w środowisku innych ludzi. Zaprzecza jej czynne zdziczenie i eksponowanie natury, czego obserwujemy niestety coraz więcej. Dlatego zakamuflowana pod mianem sztuki pornografia w filmie i w teatrze nie będzie kulturą wysoką. Kultura wymaga bowiem poszanowania zasad i ustanowienia kryteriów, inaczej staje się zwierzęcym popisem. Golizna w teatrze to przejaw natury w najgorszym tego słowa znaczeniu, a to jest już mordem na kulturze jako takiej.

(10)

Jak widać, kultura ma dwa oblicza, jest dwuznaczna co do wartości. Funkcjonuje coś, co stanowi wytwór człowieka, a jednocześnie zaprzecza rozwojowi kulturalnemu, polega na zepsuciu i dzikości w formie kulturowej. Taka zła kultura powstała z pierwszym grzechem. W istocie każdy grzech jest przejawem ludzkiej kultury i wytwórczości w jej złym wydaniu. W najgłębszej naturze człowieka nie było zła, to demon i sam człowiek doprowadzili do manipulacji świadomością ludzką tak, że stała się początkiem występku. Zauważa to G.K. Chesterton, twierdząc, że grzech to ludzka samodzielna wytwórczość. Widzimy to dziś w klinicznych przykładach, gdy najpierw u nielicznych pozornie uczonych rodzi się jakaś chora idea, np. zdeklarowany ateizm, a następnie udziela się ona ludowi. Na tej podstawie pojawiają się najgorsze nawet zbrodnie. Nie ma to nic wspólnego z prawdziwą naturą człowieka jako dziecka Bożego, która ulega pod naporem złej woli zatraceniu.

Wieża Babel to symbol tego procesu, gdzie zła kultura w istocie prowadzi do zdziczenia, chaosu, a na koniec tych starań do wojny między ludźmi, braku wzajemnego szacunku i zrozumienia. Człowiek panujący nad światem dzięki technice staje się demonem, próbując być w swojej pysze bogiem. To znamienne i wyraźne połączenie w historii ludzi, zwłaszcza na Zachodzie, gdzie techne (kultura) powoduje coraz większą hybris (pychę), a potem upadek, zapaść duchową i moralną. W greckich tragediach poświęcano wiele uwagi temu rozdziałowi pomiędzy naturalnym dobrem człowieka a przymusem w kierunku zła ze strony społeczeństwa i władzy.

Na Zachodzie od czasów I. Newtona tryumfuje technika dzięki poznaniu praw mechaniki przyrody. Prawidłowości te są notorycznie ekstrapolowane na techniki sterowania ludźmi na wzór mechaniczny. Oświecenie ogłosiło świat wraz z ludźmi na nim żyjącymi po prostu mechanizmem. Później ten, kto okazywał się silniejszy i bardziej wpływowy, usiłował być dla niego zegarmistrzem i nastawiać jego działanie według swojego uznania. Zachłyśnięcie się techniką na gruncie okiełznania przyrody przeniosło się na ludzi. Skutkiem tego stał się modernizm z jego obrzydliwymi wynalazkami, takimi jak rozwój i realizacja idei masońskich, bolszewickich, faszystowskich i innych bezbożnych totalizmów. Człowieka sprowadzono do narzędzia w rękach ideologów i przywódców. Taką rzeczywistością jest też nieludzka postać kapitalizmu, która wysysa z ludzi wszystkie siły, a z klientów – wszystkie pieniądze przy użyciu skutecznych mechanizmów zarządzania i manipulacji. Niewolnicy swoich pracodawców poświęcają pracy traktowanej jak zła religia całe swoje serca, dusze, siły i umysły. Krzywda ludzka i brak umiaru zawsze prowadzą do upadku.

(11)

W złej kulturze postępuje oddarcie jej od natury, tej głębokiej, duchowej. Pojawiają się tzw. autonomizacje, gdzie kultura bez natury prowadzi do demoralizacji, zdeprawowania, estetyzmu. Są też kierunki odrzucające kulturę. Mowa tu o różnego rodzaju naturalizmach. Ich pospolitą postacią jest zwykłe chamstwo, brak ogłady i szacunku dla innych. Chamstwo to nienawiść do zasad społecznych wypracowanych przez kulturę.

(12)

Toczy się dyskusja w sprawie kultury. Kto ją zdobędzie, posiądzie świat. Kultura bowiem jest jednocześnie formą komunikacji między ludźmi, a co za tym idzie – sposobem kształtowania umysłów. Ludzie stale rodzą się, uczą, rozwijają i zmieniają. Szatan jest ich panem, a w praktyce dodatkowo władcą kultury człowieka. Mieszają się w niej dobre i złe elementy, bo człowiek świadomie nie przyswaja zła, więc musi być ono pomieszane z dobrem. Wynikowo przewagę zyskują złe postawy, przez co postępuje destrukcja. Trwa diabelski marsz przez instytucje. Jednocześnie ludzie pobożni zaskorupiają się w siermiężnym wycofaniu się z wspólnot kulturowych – potępiają udział w instytucjach i skazują się na marginalizację.

W chrystianizmie znajdziemy lekarstwo na świat i jego zepsutą kulturę pomieszaną ze zdziczeniem. Jest to wyjście na pustynię, gdzie nie ma świata ludzi, i spojrzenie świeżym wzrokiem na to wszystko. Bóg patrzy z góry, więc człowiek też musi przyjąć taką perspektywę.

Były kierunki filozoficzne przypominające o potrzebie powrotu do natury. W antyku na Zachodzie pojawili się myśliciele kyniccy, ale zanikli. Ich przekaz był zresztą bardziej bezproduktywną kontestacją, a ich późnymi wnukami stali się w pewnym stopniu odrzucający normy społeczne hippisi. Kontestacja to o wiele za mało.

W Indiach jest wielka tradycja grup i jednostek oddzielających się od społeczeństwa i jego sposobu życia. Mówi się nawet, że pobożny człowiek powinien za młodu uczyć się religii, a potem żyć w świecie, mieć dzieci i pracować. Następnie w wieku średnim może odejść od życia aktywnego i skupić się na sprawach wyższych. W ostatnim okresie staje się sannjasinem, ascetą zupełnie oddanym religii, bez niczego swojego i światowego. To jest doktryna czterech asan, czyli etapów doskonałego życia. Wraz z systemem warn tworzy oblicze tradycyjnego hinduskiego życia społecznego (warnaasana). W Indiach niektóre grupy ascetów dźinijskich tak unikają związków ze społeczeństwem i kulturą, że chodzą zupełnie nago.

Taoizm klasyczny był filozofią, która podważała wartość rozwoju kultury i nauki ludzkiej. Postulowano powrót do natury, którą jest Tao, życiodajny Absolut. Syntezy Laozi i Zhuangzi mają ogromne walory moralne. Ich naśladowcy wychodzili ze społeczeństwa do życia w odosobnieniu, gdzie poświęcali się kontemplacji spraw ostatecznych. Niestety taoizm filozoficzny nosi w sobie znamię ostatecznego odcięcia się od reszty ludzi, pewnego arystokratyzmu duchowego. Na skutek tego nie jest dla wszystkich atrakcyjny. W praktyce w życiu społecznym Chińczyk jest konfucjanistą, z kolei wzorce taoistyczne powracają, gdy człowiek zostaje sam ze sobą i ma czas głębiej pomyśleć, kontemplować wieczność.

Czasy Eliasza, w jakich żyjemy, to też czasy Jana Chrzciciela. Warto tak jak on odejść w ustronne miejsce. Jan żył darami przyrody jak Adam w raju. Ubierał się w skóry zwierząt – tak jak Adam odziany był przez Boga. Żadna kultura nie przesłoniła mu spojrzenia na ludzkie dusze i serca. W symboliczny sposób powrócił do raju, skąd doskonale widział całe zło tego świata. Był żywym powrotem do początku, regresem od chorej kultury, zupełną antytezą dworskiego zepsucia Heroda.

Pierwszy Eliasz był pustelnikiem nie ze swego wyboru. Uciekał przed zemstą diabolicznych władców. Także on pożywiał się dzięki przyrodzie – pożywienie przynosiły mu bowiem kruki. Bóg w odosobnieniu uczył go, jak odzyskać równowagę nawet po najgorszych przejściach.

Człowiek pierwotny – „szlachetny dzikus” – jest w każdym z nas. Trzeba umieć czerpać z tego zasobu i włączać naturalne ludzkie dobro do dorobku kulturowego. Konieczne jest przywracanie łączności natury i kultury w miejsce postępującego sojuszu antynatury (zdziczenia) z antykulturą (złymi ideologiami).

(13)

W raju wszystko było kultem, składaniem czci Bogu. Później pierwsze przejawy kultury wyższej i sztuki instynktownie związane były z życiem religijnym. W ramach obchodów religijnych i przy świątyniach w czasie misteriów na chwałę bogów powstawały przykładowo:

• sztuka – poezja, rzeźba, malarstwo,

• myślicielstwo – pierwociny filozofii i teologii w mitach i eposach,

• teatr – pochodzi z przedstawień religijnych (dionizyjskich w Grecji, jasełek itp. w średniowieczu),

• sport – igrzyska przy świątyniach w Olimpii; w Delfach pochodziły od turniejów ofiarniczych.

Pierwotnie kultura była formą kultu. Pracując, tworząc ją, oddajemy cześć Bogu. Ten jej prawdziwy sens został zagubiony w miarę profanacji życia człowieka, jednakże należy go przywracać. Dziś kulturoznawcy odkrywają, że ludzie w niemal całej historii poszukiwali łączności z bóstwem (wedle ich słownika – z sacrum). Owo sacrum było osią egzystencji społeczeństwa.

Wobec sprofanowania kultury bardzo przybyło jej ilości. Wytwarza się obojętnie co, byle dużo. Odbiorcą kultury stał się człowiek, dzieła sztuki już nie są ofiarowane bogom, a co za tym idzie – ich jakość przestała mieć znaczenie.

Widzimy coś niepokojącego – odwrót od kultury. Narastają zjawiska antykulturowe:

• ukazywanie natury człowieka w miejsce kultury – zaczyna królować pornografia, która znajduje najszerszy odbiór w literaturze, sztuce wizualnej, nawet wkracza na deski Teatru Narodowego,

• narasta nieufność wobec dzisiejszej pseudokultury i jej masowe odrzucenie, co skutkuje chamstwem,

• chamstwo – nienawiść zasad postępująca w sztuce, w obyczaju, w medialnym przekazie informacyjnym, w formie.

Lekarstwem na to jest odkrywanie swojej duchowej natury dziecka Bożego i jej ekspresja w postępie dobrej kultury umysłowej, społecznej, obyczajowej – każdej.

5. Zasługa

(1)

Po co w życiu się staramy? Dlaczego jeden prześciga drugiego? Co nas napędza do działania? Po co w ogóle żyć? Nie da się tego wyjaśnić bez wiary w Boga. Żyjemy po coś, życie ma zatem sens. Trudzimy się, instynktownie kierując się nadzieją. Każdy z nas nosi w sobie intuicyjnie przeczuwaną prawdę Ewangelii, zgodnie z którą człowiek, dobrze żyjąc, gromadzi sobie skarby w niebie. Wiemy, że życie jest krótkie, a śmierć odbiera wszystko, co tutaj zyskaliśmy. Mimo to do ostatniej chwili staramy się, trudzimy, myślimy o jak najlepszych rezultatach. Da się to zrozumieć, tylko mając na uwadze jakieś dalsze życie po tej egzystencji. Pewnym wytłumaczeniem jest prawo karmy, które przenosi obietnice dobrych skutków na przyszłe wcielenia. Reinkarnacja okazuje się jednak niemożliwa, dusza bowiem jest połączona z jednym konkretnym ciałem jako forma z materią, nie ma wędrówki między ciałami. Chrystus mówi w Ewangelii o skarbach w niebie i o zapłacie, jaką Ojciec Niebieski przygotował swoim robotnikom. Chrześcijaństwo to natura człowieka, potwierdza to, co intuicyjnie przeczuwamy.

Właśnie dlatego w życiu się trudzimy, dzielnie znosimy przeciwności i krzyże, wydźwigamy swój świat i siebie z niebytu do istnienia. Sens życiu nadaje nadzieja nagrody niebie. Jest ona zupełnie naturalna i słuszna. Tak nas zaprojektowano, żeby w tu, na ziemi, trudzić się dla uzyskania korzyści w przyszłym życiu. Takich obietnic w Ewangelii pojawia się wiele. Wskazują one, że Boża nagroda jest jednolita dla wszystkich zbawionych, a stanowi ją samo wieczne życie przy Bogu, czyli najważniejsza rzecz. Potwierdza to przypowieść o robotnikach, którzy przychodzili do pracy o różnych porach i wszyscy zarobili tyle samo. Zdarzają się też wypowiedzi Chrystusa o tym, że na sądzie Bóg różnicuje jednak w jakimś stopniu pozycję zbawionych – jedni zyskują mniej, inni więcej. Cała przypowieść o talentach mówi nam, że zasługa jest przed Bogiem ważna, trzeba wykorzystać dane nam przez Niego dary i samodzielnie je pomnażać. Bóg odpłaca po śmierci sługom dobrym i wiernym w sposób niezwykle hojny.

Zbieramy zasługi u Boga swoim dobrym życiem, w tym zakresie działa zasada odpłaty. Ludzie całymi sobą przeczuwają taki obrót spraw i na wyścigi w życiu mnożą wysiłki w tym, co wydaje im się dobre. Co jest naprawdę taką największą zasługą, to widzimy w scenie sądu ostatecznego, gdzie sądzi się z miłości do innych. Także osiem błogosławieństw przynosi nam ukonkretnione obietnice nagrody za poszczególne zasługi duchowe.

(2)

Zło wykorzystuje na swoją rzecz intuicyjny pęd do przyszłego dobra w niebie. Ludzie w tym życiu pokładają nadzieję w nagrodach, nadmiernych przyjemnościach. Chrystus ostrzega, że kto grzeszy i czerpie z tego satysfakcję, ten już tutaj odbiera nagrodę (czy raczej kradnie), więc w niebie dla niego jej nie będzie.

(3)

Błędem jest dogadzanie sobie na świecie, wynagradzanie sobie cierpień, niepokoju, bólu. Wszystkie używki i nałogowe zachowania mają wymiar kompensacji cierpienia. Nawet pozornie niegroźne, takie jak lenistwo czy nałogowe oglądanie mediów, są próbą zaznania nieba na ziemi, bo tam już nie trzeba się trudzić. Nie chodzi mi o gnostycki lub purytański zakaz szczęścia i w ogóle zadowolenia, tylko o to, żeby nie popadać w użyciu w bezmyślność i przesadę. Lepiej rozwijać w sobie powściągliwość (umiarkowanie), która jest jedną z cnót kardynalnych i odnosi się do rozumnego i prawego kontrolowania swoich potrzeb.

Sensu życia nie stanowi zażywanie przyjemności, tylko wytwarzanie jak najlepszego efektu i zanoszenie go do Ojca. Chodzi przede wszystkim o sprawy duchowe, przyrost wiary, nadziei i miłości na świecie. Rzeczy materialne to tylko słoma na spalenie, która prędzej czy później obróci się w proch. Drzewo poznaje się po owocach, a wartość człowieka po zasługach dla Boga.

(4)

Porządek zasługi i nagrody został wykorzystany przez zło, żeby nauczyć ludzi złych zasług dla złych „nagród”. To prawo życia ludzkiego zamieniono na gromadzenie win i kar, które są negatywnymi odpowiednikami zasługi i nagrody. Także i w tym ludzie się ścigają, wyprzedzają jeden drugiego. Straszliwy porządek zła wykorzystuje dobre mechanizmy dla zniszczenia człowieka.

(5)

Nakłada się na to wszystko trzeci ostateczny porządek zbawienia. Jedynie Chrystus samodzielnie zgromadził dość zasług, żeby wejść do nieba. Jako grzesznicy zdolni jesteśmy tam się dostać tylko jako Chrystusowy naród, dzielący losy ze swoim Królem. Chrystusowi dano także prawo sądzić ludzi jako lud oddany Mu we władanie. Dzięki Chrystusowi zbawionych nadal obowiązuje pewna część porządku nagrody, winy zostają zmazane, a na pierwszy plan wysuwają się znowu do jakiegoś stopnia życiowe zasługi. Przy Chrystusie i dzięki zbawieniu możliwe jest przede wszystkim uzyskanie najważniejszej nagrody, jaką stanowi życie wieczne przy Bogu. Z pewnością występuje jakieś zróżnicowanie między zbawionymi, a wynika ono z tego, na ile dany człowiek pełnił w życiu wolę Boga, a tym samym zyskiwał zasługi.